„Na Nowy Rok dostałem od swojej kobiety rogi. Po wszystkim bezczelnie myślała, że nadal będę jej bankomatem”
„Po tej wizycie zaczęła pisać. Najpierw neutralnie – jak się czuję, czy wszystko w porządku. Potem bardziej ckliwie. Że tęskni, że źle sypia, że życie u niego to nie bajka, a raczej tania telenowela. Że on jej nie rozumie, że wylicza każde zakupy, że nie traktuje jej poważnie. Że u mnie było inaczej”.

Nie byłem święty, ale zawsze uważałem, że uczciwość między dwojgiem ludzi to podstawa. Zwłaszcza jeśli przez kilka lat dzieli się z kimś dom, pieniądze i łóżko. Życie z Sylwią miało swoje wzloty i upadki, ale nigdy nie przypuszczałem, że w noc sylwestrową zostanę wystawiony na pośmiewisko. Kiedy wznosiłem toast z sąsiadami, ona całowała się z jakimś przyjezdnym typem na tyłach bloku. Gdyby chociaż miała odwagę się przyznać... A potem myślała, że wszystko będzie po staremu. Że nadal będę płacił rachunki i udawał, że nic się nie stało. Naiwność nie zna granic.
Sylwester wszystko zmienił
Nie przepadam za hucznymi imprezami. Głośna muzyka, tańce do rana, tłumy pijanych ludzi – nigdy mnie to nie bawiło. Sylwia wręcz przeciwnie. Dla niej każda okazja była dobra, by założyć kieckę z cekinami, wyciągnąć szpilki z szafy i błyszczeć. Zawsze mówiła, że Sylwester trzeba świętować z przytupem, „bo jak zaczniesz rok, taki on będzie”. Ja wolałem zacząć go na spokojnie. Dlatego w tym roku, tak jak w poprzednich dwóch, zgodziliśmy się na kompromis – domówka u sąsiadów z klatki obok. Trochę ludzi, dużo jedzenia, zero tłoku i można było wrócić do domu w kapciach.
Nie podejrzewałem, że ta noc będzie ostatnią, jaką spędzimy razem. Sylwia była w szampańskim nastroju od samego rana. Co chwilę poprawiała makijaż, sprawdzała w lustrze, czy sukienka dobrze leży, a mnie co rusz poganiała, żebym się ogarnął. Trochę mnie to bawiło, trochę drażniło, ale starałem się nie psuć jej humoru. W końcu miał to być tylko jeden wieczór.
W połowie imprezy straciłem ją z oczu. Myślałem, że poszła pogadać z sąsiadkami albo zadzwonić do matki, jak to miała w zwyczaju. Kiedy wybijała północ, podszedłem do okna z kieliszkiem w dłoni, gotów do toastu. Wtedy go zobaczyłem. Ona – jego ręce na jej biodrach, jej usta przy jego szyi. Stali za śmietnikiem. Nie kryli się specjalnie. Kieliszek wypadł mi z ręki.
Jak mam się zachować?
Nie zrobiłem awantury. Nie wyskoczyłem za nimi, nie zrzuciłem z balkonu pustej butelki po szampanie, choć przez chwilę bardzo chciałem. Stałem jak idiota, z rękami opartymi o parapet i patrzyłem, jak moja kobieta ociera się o jakiegoś typa. Po chwili wróciła, jak gdyby nigdy nic. Policzki miała zaróżowione, włosy potargane, ale zgrywała niewiniątko.
– Zimno na dworze jak w psiarni – rzuciła, śmiejąc się i poprawiając sukienkę. – Masz może jeszcze trochę szampana?
Podałem jej kieliszek bez słowa. Wziąłem głęboki oddech. W środku wszystko się we mnie gotowało, ale postanowiłem zagrać to po swojemu.
– Dobrze się bawiłaś na dworze? – zapytałem cicho, patrząc jej prosto w oczy.
Znieruchomiała na sekundę. Tylko jedną. Potem już znowu była w roli. Uśmiech, teatralne uniesienie brwi.
– Co ty gadasz? Wyszłam tylko na papierosa. Przecież wiesz, że u Doroty nie palą.
– Sama?
– No pewnie. A z kim niby?
Milczałem. Upiła łyk szampana, po czym mruknęła:
– Nie psuj mi nocy, dobra? To Sylwester.
Przez chwilę myślałem, że może jednak się przesłyszałem, że to był ktoś inny. Może jakieś durne żarty sąsiadów. Chciałem w to wierzyć. Aż dwa dni później zobaczyłem zdjęcie. Ona i ten sam facet. Ramię w ramię, przytuleni, uśmiechnięci. Ktoś wrzucił je na Facebooka z podpisem: „Najlepszy sylwester ever”.
Mój dom to nie hotel
Kiedy wróciła z pracy po Nowym Roku, czekałem na nią w kuchni. Światło było zgaszone, siedziałem przy stole z laptopem otwartym na zdjęciu. Nie powiedziałem nic, po prostu odwróciłem ekran w jej stronę. Zatrzymała się w progu i przez moment patrzyła na monitor bez słowa. Potem westchnęła ciężko, jakby właśnie dowiedziała się, że znowu trzeba iść do pracy w sobotę.
– No i co z tego? – zapytała, zdejmując buty. – Przecież to nic nie znaczyło.
– Aha – rzuciłem. – Czyli całowanie się z obcym facetem w sylwestra, za moimi plecami, „nic nie znaczyło”?
Wzruszyła ramionami.
– Wypiłam. On był miły. Ty stałeś z tymi swoimi smutasami, jakbyś przyszedł na stypę, a nie na imprezę. Byłam znudzona.
– Znudziłaś się naszym związkiem, to trzeba było pogadać, a nie wchodzić mu na kolana – syknąłem, wstając. – I nie mów mi, że to tylko jeden raz.
– A jakby był więcej niż jeden, to co? Co byś zrobił? Wyrzucił mnie z mieszkania?
Popatrzyłem na nią z niedowierzaniem. Głos miała pewny, butny. Wiedziała, że to ja płacę rachunki, że samochód i lodówka są na moje nazwisko. Przez lata, kiedy ona kombinowała z fuchami i zmianami pracy, ja trzymałem ten dom na powierzchni.
– Zróbmy sobie przerwę – rzuciła jeszcze. – Potrzebuję przestrzeni.
– Przestrzeń masz od dziś – powiedziałem spokojnie. – Tylko nie tutaj. Wynoś się.
Czego ona jeszcze chce?
Wyniosła się następnego dnia. Zabrała dwie walizki, kilka pudeł z kosmetykami, trochę mebli. Nawet nie zapytała, czy może. Po prostu poinformowała, że wpadnie po resztę jak się ogarnie. Ja tylko skinąłem głową. Niczego nie niszczyłem, nie wyrzucałem jej rzeczy przez balkon. Nie robiłem scen. Ale zamieniłem zamek w drzwiach. Chciałem mieć spokój.
Myślałem, że zniknie na dobre. Że pójdzie w tango z tym swoim „miłym” i będzie miała to, czego szukała. A ja pozbieram się, jakoś ułożę życie na nowo. Mijały tygodnie. Cisza. Żadnych wiadomości, żadnych prób kontaktu. Aż do momentu, kiedy pojawiła się przed moimi drzwiami z plastikowym pojemnikiem w dłoniach.
– Zrobiłam gołąbki. Wiem, że lubisz – powiedziała, jakbyśmy się pokłócili o pilot do telewizora, a nie o zdradę.
Zamurowało mnie. Stała, uśmiechnięta, z kokiem na głowie i paznokciami zrobionymi jak zawsze – perfekcyjnie. Jakby nic się nie stało. Jakby jej nieobecność była tylko chwilowym epizodem, po którym wszystko wraca na swoje miejsce.
– Sylwia, czego ty chcesz? – zapytałem cicho.
– Pogadać. Zjeść coś. Być może... wrócić. U ciebie jest spokojnie. Tam, gdzie teraz jestem, wszystko się sypie. On nie taki, jak myślałam.
Popatrzyłem na nią, potem na gołąbki.
– Wiesz co? Weź je sobie. Albo daj temu swojemu księciuniowi. Ja już się najadłem. Twoich kłamstw.
Zamknąłem drzwi.
Tylko naiwni wierzą w powroty
Po tej wizycie zaczęła pisać. Najpierw neutralnie – jak się czuję, czy wszystko w porządku. Potem bardziej ckliwie. Że tęskni, że źle sypia, że życie u niego to nie bajka, a raczej tania telenowela. Że on jej nie rozumie, że wylicza każde zakupy, że nie traktuje jej poważnie. Że u mnie było inaczej. Że przy mnie czuła się bezpieczna.
Nie odpisałem. Nie dlatego, że chciałem się bawić w ciche dni. Po prostu zrozumiałem, że nie jestem już tym facetem, który latami znosił jej humory, kredyty na kosmetyczki i wieczne „pożycz mi pięć stów, oddam za tydzień”. Coś się we mnie przestawiło. Byłem zmęczony. Zmęczony tym, że byłem dla niej jak bankomat z funkcją tulenia, kiedy miała gorszy dzień.
Tydzień później zjawiła się znowu. Tym razem bez pojemnika, ale za to z oczami pełnymi łez i wiatrem w głowie.
– Popełniłam błąd – wyszeptała. – On tylko udawał, że mu zależy. Myślałam, że mnie kocha. A on tylko szukał darmowej rozrywki. Gdy mu powiedziałam, że chcę wrócić, wyśmiał mnie.
Stałem w drzwiach z założonymi rękami.
– A do mnie wracasz, bo wiesz, że mam stałą pracę i pełną lodówkę, tak?
Zamilkła. To milczenie powiedziało wszystko.
– Sylwia, powiem ci jedno. Nie wraca się tam, gdzie spaliło się mosty. I nie myli się miłości z wygodą.
Znowu zamknąłem drzwi. Tym razem na dobre.
Czas się rozliczyć
Minęło kilka miesięcy. Czas zrobił swoje – rany się nieco zabliźniły, emocje opadły, a ja wróciłem do życia, które może nie było spektakularne, ale było moje. Nikt nie kręcił się po mieszkaniu z wiecznym fochem, nie znikały mi z konta pieniądze, nikt nie przewracał oczami, gdy włączałem ulubiony film. Samotność nie jest taka straszna, kiedy masz święty spokój.
Z Sylwią nie miałem już żadnego kontaktu. Słyszałem tylko od wspólnych znajomych, że po rozstaniu z tamtym typem wróciła na stare śmieci – czyli do matki. Podobno próbowała znaleźć kogoś nowego, ale nikt nie chciał się pakować w życie z kobietą, która nie umiała postawić się na własnych nogach. I kto by pomyślał – dziewczyna, która kiedyś potrafiła rzucić tekstem „ja to zawsze umiem się ustawić”, została sama, z walizką ciuchów i wspomnieniami.
Nie żywię do niej już złości. Prawdę mówiąc, bardziej mi jej szkoda niż cokolwiek innego. Może gdyby potrafiła docenić to, co miała, nie skończyłaby w punkcie wyjścia. Może gdyby choć raz zapytała mnie, czego ja chcę, jak ja się czuję… Ale nie. Ona potrzebowała sponsora, nie partnera.
A ja w końcu zrozumiałem, że nie muszę być nikim więcej niż sobą. I że miłość bez szacunku to jak kredyt bez pokrycia – prędzej czy później wszystko się sypnie. Dziś patrzę na to z dystansem. Może kiedyś kogoś poznam. A może nie. Tak czy inaczej – przynajmniej nie jestem już gościem, który trzyma kogoś przy sobie tylko portfelem.
Andrzej, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy piekłam pierniczki, usłyszałam rozmowę męża z inną kobietą. Od razu święta przestały mnie cieszyć”
- „W prezencie od dzieci dostałam wyjazd do sanatorium. Wzbraniałam się, ale zimowy kulig od razu roztopił moje serce”
- „Siostra ma prawie 40 lat, a nadal żyje na garnuszku rodziców. Nie wiem, kiedy się w końcu weźmie za jakąś robotę”

