Reklama

Wyprasowany obrus, najlepsza porcelana i rosół, który gotowałam od piątej rano. Pamiętam każdy szczegół tego poranka. Była sobota, koniec sierpnia. Powietrze było lepkie, duszne, zapowiadało burzę – taką, która łamie drzewa, ale oczyszcza atmosferę.

Wszystko przygotowałam

Wstałam, gdy Waldemar jeszcze chrapał. To jego chrapanie przez pięć dekad było ścieżką dźwiękową mojego życia. Czasami miałam ochotę przyłożyć mu poduszką, żeby tylko nastała cisza, ale tego dnia patrzyłam na jego siwą czuprynę z czułością. Pięćdziesiąt lat. Pół wieku prania skarpet, wspólnych kredytów, wychowywania Wojtka i Asi, chorób, wakacji w Dziwnowie i niedzielnych obiadów.

Spojrzałam w lustro. Zmarszczki wokół oczu świadczyły o tym, że dużo się śmiałam, te wokół ust – że często zaciskałam zęby, by nie powiedzieć za dużo. Włożyłam perły – prezent od Waldka na 30. rocznicę. Wtedy jeszcze się starał. Kiedy wstał, był dziwny. Nie narzekał na ból w krzyżu, co było jego porannym rytuałem. Unikał mojego wzroku.

– Pięknie wyglądasz, Zosiu – mruknął, wiążąc krawat przed lustrem w przedpokoju. Jego dłonie drżały.

– Dziękuję, Walduś. Dzieci będą o trzynastej. Wszystko gotowe?

– Tak. Musimy porozmawiać, ale… może po obiedzie? Albo w trakcie. Zobaczymy.

Zbagatelizowałam to. Myślałam, że może kupił wycieczkę do sanatorium i chce zrobić niespodziankę przy dzieciach.

Nic nie podejrzewałam

Stół wyglądał perfekcyjnie. Na środku bukiet 50 róż – to załatwił nasz syn. Asia przyjechała z mężem i synami, którzy od razu zaczęli biegać wokół stołu. Było gwarno, domowo, bezpiecznie. Czułam dumę. Przetrwaliśmy wszystko: stan wojenny, transformację ustrojową, bezrobocie Waldka w latach 90., moją operację biodra. Byliśmy skałą. Gdy podałam rosół, Waldemar wstał. Zapadła cisza. Wszyscy uśmiechali się wyczekująco.

– Zosiu – zaczął, a głos mu się łamał. – Dzieci. Pięćdziesiąt lat to szmat czasu.

– Za zdrowie rodziców! – wyrwał się zięć, ale Waldemar uciszył go gestem dłoni.

– Nie przerywaj mi, Jacek. To szmat czasu. I dziękuję ci, Zofio, za to wszystko. Ale… – wziął głęboki oddech, jakby miał zanurkować w lodowatej wodzie. – Ale człowiek ma tylko jedno życie. Zrozumiałem to teraz, gdy moje plecy odmówiły posłuszeństwa.

Spojrzałam na niego zdezorientowana. O czym on mówi?

– Chcę przeżyć resztę dni, czując, że żyję. Zakochałem się.

Zakochał się

W pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszałam tykanie zegara w kuchni.

– Co ty gadasz, ojciec? – warknął Wojtek, wstając powoli. – Za dużo wypiłeś przed obiadem?

– Nie, synu. Jestem trzeźwy jak nigdy. Odchodzę. Patrycja na mnie czeka.

– Patrycja? – wydukałam. To imię brzmiało w moich ustach jak ciało obce. – Pielęgniarka z rehabilitacji?

Waldemar wyprostował się, jakby nagle ubyło mu lat.

– Ona mnie rozumie. Widzi we mnie mężczyznę, a nie tylko dziadka do naprawiania kranów. Ma 42 lata, ale duszą jest w moim wieku. Spakowałem się rano.

To, co działo się później, pamiętam jak zlepek chaotycznych scen z kiepskiego filmu. Wojtek rzucił się na ojca z pięściami, zięć musiał go trzymać. Asia płakała histerycznie, tuląc dzieci, które też zaczęły wyć ze strachu.

Ja siedziałam nieruchomo nad stygnącym rosołem. Patrzyłam na tłuste oka w zupie i myślałam o tym, że zapomniałam posolić ziemniaki. Mózg odciął mi emocje. To mechanizm obronny. Gdyby dopuścił do mnie to, co się właśnie stało, pewnie pękłaby mi jakaś żyłka w mózgu.

– Wynoś się! – wrzeszczał Wojtek. – Nie masz prawa! W rocznicę?! Ty stary…

– Nie wyzywaj mnie! Mam prawo do szczęścia! Zofia sobie poradzi, zostawiam jej mieszkanie! – krzyczał Waldek, już w przedpokoju, szarpiąc się z walizką, którą, o ironio, kupiłam mu na imieniny.

Po prostu odszedł

Trzask drzwi był ostateczny. Zostaliśmy sami. W powietrzu wciąż unosił się zapach jego wody kolońskiej zmieszany z zapachem pieczonej kaczki, której nikt już nie tknął. Wyszli po godzinie. Dzieci chciały zostać, ale kazałam im iść. Musiałam zostać sama. Kiedy zamknęłam za nimi drzwi, osunęłam się na podłogę w przedpokoju, wciąż w tej eleganckiej sukience.

Zostawił mnie dla kobiety, która mogłaby być jego córką. Dla kobiety, która masowała mu plecy i pewnie szeptała, jaki to on jest silny i męski, podczas gdy ja prosiłam, żeby wynosił śmieci i brał leki na nadciśnienie.

Pierwszy tydzień był piekłem. Nie wychodziłam z domu. Zasłoniłam okna. Wstydziłam się wyjść do sklepu, bo miałam wrażenie, że kasjerka w sklepie wie. Że sąsiadki na ławce już plotkują: „Widziałyście? Pogonił za młodą, a Zofia została na lodzie”. W nocy budziłam się i machałam ręką, szukając go obok. Jego poduszka była zimna, ale trzeciej nocy zauważyłam coś dziwnego. Wyspałam się. Nikt nie chrapał. Nikt nie zabierał mi kołdry. Nikt nie wstawał trzy razy do toalety, zapalając światło.

Doceniłam samotność

Drugi tydzień to była faza gniewu. Wojtek zadzwonił i powiedział, że widział ojca na mieście.

– Mamo, on wygląda śmiesznie – relacjonował z satysfakcją. – Kupił sobie spodnie rurki i czerwoną koszulkę polo. I pofarbował włosy. Wygląda jak wyliniały lis. A ta jego Patrycja… Mamo, ona go doi. Widziałem, jak płacił za jej zakupy w drogiej drogerii, a sam stał z boku jak szofer.

Wtedy wstałam, wzięłam wielki worek na śmieci i zaczęłam sprzątać. Jego stare swetry, które cerowałam latami – do kosza. Jego kolekcja kufli do piwa, które zbierały kurz – do kartonu i pod śmietnik. Jego fotel, w którym zawsze siedział przed telewizorem – przesunęłam do kąta i postawiłam tam swoje kwiaty. Zaczęłam oddychać. W trzecim tygodniu poszłam do fryzjera.

– Pani Zosiu, robimy to co zawsze? Trwała i lekki fiolet?

– Nie, obcinamy na krótko. Nowocześnie. I miodowy blond.

Kiedy wyszłam z salonu, czułam się lżejsza o pięć kilo. Zamówiłam pizzę, której Waldemar nienawidził, twierdził, że to ciasto z odpadkami, i obejrzałam komedię romantyczną, śmiejąc się w głos.

Zrozumiałam brutalną prawdę: przez lata byłam nie tylko żoną, ale matką, pielęgniarką, kucharką i sprzątaczką dla dorosłego mężczyzny. Jego miłość była przyzwyczajeniem do wygody. A teraz? Teraz inna kobieta musiała słuchać jego pretensji.

Nie wyszło mu

Mijał czwarty tydzień. Zadzwoniła Asia.

– Mamo… Tata dzwonił.

– I co?

– Płakał. Podobno Patrycja nie jest taka, jak myślał.

– Co, nie umie robić gołąbków?

– Gorzej. Wyrzuciła go do drugiego pokoju, bo chrapie. I podobno skończyły mu się oszczędności, które wziął z konta, bo kupił jej jakiś drogim sprzęt grający. Mamo, on chce wrócić.

Poczułam ukłucie w sercu. Nie z litości, z satysfakcji. To było okrutne, wiem, ale po 50 latach poświęcenia, po tym upokorzeniu przy całej rodzinie, miałam prawo do bycia suką.

– Niech robi, co chce – powiedziałam chłodno.

Przyszedł we wtorek. Deszcz lał od rana, jakby niebo płakało nad jego głupotą. Zadzwonił dzwonkiem – nie miał kluczy, bo zamki wymieniłam dwa dni po jego wyprowadzce.

Wrócił do mnie

Otworzyłam. Stał tam mój mąż, wielki Waldemar, który miesiąc temu krzyczał o prawie do szczęścia. Teraz wyglądał jak zbity pies. Te jego młodzieżowe rurki były brudne u dołu, czerwona koszulka opinała wydatny brzuch, a farba na włosach zrudziała, odsłaniając siwe odrosty. W ręku trzymał tę samą walizkę i bukiet zwiędłych goździków ze stacji benzynowej.

– Zosiu… – zaczął. Głos miał zachrypnięty.

Oparłam się o framugę. Nie wpuściłam go.

– Czego chcesz? Patrycja nie ma czasu na masaż?

Spuścił wzrok.

– Popełniłem błąd, straszny błąd. Byłem głupi. Opętało mnie, to był jakiś amok. Myślałem, że młodość wróciła, a to była tylko ułuda. Ona jest potworem. Wyśmiewała mnie, a kiedy skończyła się kasa, kazała mi spać na materacu.

Patrzyłam na niego i próbowałam znaleźć w sobie dawną Zofię, tę, która by go przytuliła, zrobiła herbatę z cytryną, powiedziała: „Już dobrze, stary głupku”, ale jej nie było. Umarła przy rosole miesiąc temu.

Gardziłam nim

– I myślisz, że możesz tak po prostu wejść? Że upierzesz brudy i będzie jak dawniej?

– Jesteśmy małżeństwem 50 lat… Przysięgaliśmy sobie.

– Ty swoją przysięgę złamałeś przy toaście, pamiętasz?

Zapadła cisza. Widziałam, jak trzęsie mu się broda. Płakał, naprawdę płakał. Nie widziałam jego łez od pogrzebu jego matki dwadzieścia lat temu.

– Nie mam dokąd iść – szepnął. – Dzieci nie chcą mnie znać. Jestem sam. Zosiu, błagam.

To był moment decydujący. Mogłam zamknąć drzwi, miałabym do tego prawo, ale wiedziałam, że wtedy on skończy w jakiejś noclegowni. Mimo wszystko, to był ojciec moich dzieci i człowiek, z którym przeżyłam większość życia. Litość wygrała z nienawiścią, ale nie wygrała z rozsądkiem.

– Wejdziesz – powiedziałam twardo.

Jego twarz rozjaśniła się nadzieją. Zrobił krok do przodu.

– Ale – zatrzymałam go ręką. – Na moich warunkach.

Zamarł.

– Śpisz w gościnnym, na tej starej kanapie. Do sypialni nie masz wstępu, dopóki ja nie zdecyduję inaczej. A może nigdy nie zdecyduję.

Wpuściłam go

Pokiwał gorliwie głową.

– Robisz sobie sam śniadania. Obiady jem o 14, jak będziesz, to dostaniesz, jak nie to nie. I teraz ty będziesz się starał. Ja już swoje odrobiłam przez 50 lat. Teraz to ty musisz udowodnić, że zasługujesz na to, bym podała ci szklankę wody. Rozumiesz?

– Rozumiem, Zosiu. Wszystko rozumiem. Dziękuję.

Wpuściłam go. Wszedł do przedpokoju, odstawił walizkę i te nieszczęsne kwiaty. Rozglądał się po mieszkaniu, jakby widział je pierwszy raz. Zauważył brak swojego fotela, ale nie śmiał zapytać. Zauważył moją nową fryzurę.

– Ładnie ci w tych włosach – bąknął.

– Wiem – odpowiedziałam, zamykając drzwi na klucz.

Minęło pół roku. Waldemar nadal śpi w gościnnym. Schudł, przestał farbować włosy. Rano, gdy wstaję, kawa już na mnie czeka. Nauczył się obsługiwać ekspres, którego wcześniej bał się dotknąć. Dzieci powoli zaczynają z nim rozmawiać, choć Wojtek wciąż patrzy na niego z pogardą. Czy go kocham? Nie wiem. Nie ma już tego bezwarunkowego oddania. Jest pewnego rodzaju partnerstwo, ale oparte na dystansie. Tamta zdrada była najgorszym, co mnie spotkało, ale i najlepszym. Dzięki niej przestałam być niewidzialna.

Zofia, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama