Reklama

6 grudnia, wtorek. Mikołajki. Dzień, który kiedyś kojarzył mi się z radością, zapachem pierników i zaskoczeniem. Dziś… z pustką. Obudziłam się, zanim jeszcze zadzwonił budzik. Adam już był ubrany, krzątał się po kuchni. Weszłam tam, trochę zaspana, w jego bluzie, której zapach zawsze mnie uspokajał.

– Na stole masz coś ode mnie – rzucił przez ramię, nie patrząc mi w oczy. – Wesołych, czy tam... miłych mikołajek.

Spojrzałam na stół. Leżała tam biała koperta, bez żadnego podpisu. Bez kokardki, bez kartki, bez słowa. W środku karta podarunkowa do drogerii. Dwustuzłotowa. Siedziałam w ciszy, wciąż trzymając kopertę w dłoni.

– Dzięki – powiedziałam sucho.

– No, spoko – burknął, dopijając kawę.

Wyszedł z mieszkania pięć minut później. Bez buziaka, bez uśmiechu, bez „do zobaczenia”. Zostałam sama. Tylko ja i koperta. „Nie o wartość chodziło, tylko o gest” – pomyślałam, ściskając ją coraz mocniej. Jeszcze kilka lat temu Adam robił własnoręczne kartki – nawet jeśli były brzydkie, były od niego. Kiedyś, pamiętam, upiekł mi pierniki i schował je w pudełku po słuchawkach, podpisanym „dla mojej słodkiej babeczki”. Dziś – karta. Plastik i cisza. Czy to naprawdę wszystko, na co nas stać po ośmiu wspólnych latach?

Czułam tylko gorycz

Sylwia czekała już przy stoliku pod oknem. Miała rozpięty płaszcz, a obok leżała jej torba i cienki szalik, który zawsze nosiła, nawet w środku lata. Kiedy mnie zobaczyła, uniosła brwi w znajomy sposób, jakby chciała powiedzieć: „No, opowiadaj”. Usiadłam i od razu poczułam, że coś się we mnie zbiera. Chciałam się powstrzymać, nie wychodzić na marudę, ale zanim zdążyłam zamówić herbatę, powiedziałam:

– Dostałam kartę podarunkową. Na Mikołajki.

– Co? – Sylwia odchyliła się na krześle. – Karta? To prezent? – zapytała, jakby nie była pewna, czy dobrze zrozumiała.

– Tak, do drogerii. W kopercie, bez słowa.

Zamieszała kawę i spojrzała na mnie, jakby coś kalkulowała w głowie.

– Ale może to tylko taki dodatek? Może coś jeszcze ci dał?

– Nie. To wszystko. Nawet nie powiedział „miłego dnia”. Tylko rzucił kopertę i wyszedł do pracy.

Sylwia odchyliła głowę, spojrzała w sufit, a potem z powrotem na mnie. Miała ten swój wyraz twarzy, który zwiastował, że zaraz powie coś, co mi się nie spodoba.

– I ty się jeszcze dziwisz, że jesteś rozczarowana? Przecież wy od dawna jesteście jak współlokatorzy. On się tobą nie interesuje.

Zacisnęłam usta, bo nie chciałam, żeby zobaczyła, jak mnie to zabolało. Wiedziałam, że nie powiedziała tego złośliwie, tylko szczerze, po swojemu, bez lukru.

– Nie jest tak źle – próbowałam zaprotestować. – Po prostu... może nie ma do tego głowy. Ma ostatnio dużo pracy.

Sylwia spojrzała na mnie z politowaniem, ale nic nie powiedziała. I to bolało bardziej niż jakikolwiek komentarz. Poczułam się, jakby ktoś mi pokazał lustro, w którym już od dawna nie chciałam się przeglądać.

– Pamiętasz, jak na początku robił ci te kartki z wycinankami? – zapytała cicho.

– Pamiętam – odpowiedziałam i nagle zrobiło mi się głupio, że w ogóle zaczęłam ten temat.

Zapanowała cisza, którą wypełniał stukot łyżeczek i rozmowy z innych stolików. Przysunęłam do siebie filiżankę i napiłam się herbaty. Była gorzka, bo nie dosypałam cukru. I chyba właśnie taka miała być.

Chciałam być z nim szczera

Adam wrócił później niż zwykle. Wszedł bez słowa, odłożył torbę, rozpiął kurtkę i ruszył prosto do kuchni. Ja siedziałam w salonie z kubkiem herbaty, w tym samym miejscu, w którym siedziałam rano. Światło lampki tworzyło na ścianie miękkie cienie.

– Hej – powiedziałam, wstając. – Jak w pracy?

– Jak zwykle – odpowiedział, nie patrząc na mnie. Nalewał sobie wodę z czajnika. – Znowu mieliśmy poślizg z jednym projektem.

– Aha.

Zrobił sobie kanapki i usiadł naprzeciwko mnie z talerzem.

– Adam... możemy pogadać?

– Teraz?

– Tak.

Odłożył kanapkę. Nie wyglądał na zaskoczonego. Może przeczuwał, że coś wisi w powietrzu.

– Chodzi o prezent. O tę kartę – zaczęłam cicho.

– No i co? – skrzywił się. – Przecież coś dostałaś. Mogłem w ogóle nic nie kupić.

– Ale... właśnie o to chodzi. Nie o sam prezent. Tylko o to, że nawet nie spojrzałeś na mnie.

– Przesadzasz, przecież to tylko mikołajki. Nie rozumiem, co w tym aż takiego strasznego.

– Nie chodzi o mikołajki – uniosłam głos. – Chodzi o to, że od dawna nic nas nie łączy poza tym, że dzielimy lodówkę i rachunki. Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś... tak od serca? Coś, co nie było zadaniem do odhaczenia?

Westchnął i spojrzał na mnie z rezygnacją.

Ciągle coś nie tak, ciągle czegoś ci brakuje. Zawsze mam wrażenie, że cokolwiek nie zrobię, będzie źle. Co jeszcze mam zrobić, żeby było dobrze?

– Być. Po prostu być. Obecny, zaangażowany. Pamiętać, że jestem człowiekiem, a nie współlokatorką, której raz do roku kupuje się kartę do drogerii.

Wstał, z kanapką w ręce. Odsunął krzesło i spojrzał na mnie tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Albo siły.

– Może po prostu szukasz czegoś, czego tu nigdy nie było – rzucił w końcu.

Zamilkłam. Bo to była właśnie ta myśl, która siedziała mi z tyłu głowy od dawna. Może nigdy się naprawdę nie kochaliśmy. Może tylko się do siebie przyzwyczailiśmy. Albo od początku wierzyliśmy, że jakoś to będzie.

Potrzebowałam wsparcia

Mama otworzyła drzwi w fartuchu, z rękami mokrymi od ciasta. W kuchni pachniało cynamonem i masłem, choć był dopiero ranek. W grudniu praktycznie codziennie coś piekła.

– Wpadłaś bez zapowiedzi – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Dobrze, akurat mam trochę spokoju. Herbata?

Skinęłam głową. Usiadłam przy stole, a ona krzątała się z filiżankami. Byłam tu setki razy, a mimo to zawsze czułam się jak gość. Może dlatego, że rozmowy z mamą nigdy nie były łatwe. Wiele rzeczy trzeba było domyślić się między słowami.

– Adam dał mi kartę podarunkową na mikołajki – powiedziałam w końcu, wpatrując się w obręcz od herbaty na blacie. – Tak po prostu, w kopercie. Nic nie powiedział, nawet się nie uśmiechnął.

Usiadła naprzeciwko, dmuchnęła w parującą filiżankę.

– Mężczyźni tak mają – odparła po chwili. – Twój ojciec co roku kupował mi te same rękawiczki. Zawsze czarne, zawsze w tym samym sklepie. Nawet nie sprawdzał rozmiaru. Po prostu szedł i brał z półki. Z czasem przestałam ich w ogóle używać. Leżały w szufladzie.

Spojrzałam na nią zaskoczona. Rzadko mówiła o ojcu. Ich małżeństwo zawsze było dla mnie czymś, co po prostu trwało. Jak ściana, która może jest krzywa, ale stoi od lat, więc nikt jej nie rusza.

Czemu nigdy się z nim nie rozstałaś?

Wzruszyła ramionami.

– Bo kiedy miałam dwadzieścia parę lat, myślałam, że tak właśnie wygląda życie. Że miłość nie musi być ciepła, tylko wystarczająca. Że jeśli ktoś nie krzyczy, nie bije i przynosi pieniądze, to znaczy, że jest w porządku. A potem przychodzi dzień, kiedy budzisz się i wiesz, że już nic nie czujesz. Ani złości, ani żalu. Tylko obojętność. I wtedy jest za późno.

Zamilkła. Przez chwilę słyszałyśmy tylko zegar i dźwięk gotującej się wody w czajniku.

Nie czekaj, aż będzie za późno – dodała, patrząc mi prosto w oczy. – Ja czekałam.

Nie odpowiedziałam. W środku czułam tylko pustkę i dziwne zimno. Jakbym nagle zobaczyła w niej siebie za kilka lat. I nie wiedziałam, co z tym zrobić.

Postanowiłam wyjechać

Siedziałam przy kuchennym stole, opierając się łokciami o blat. W oknie odbijało się światło z ekranu laptopa, który od kilku minut wyświetlał wyniki wyszukiwania. „Weekend, samotny wyjazd. Domki nad jeziorem. Cisza i spokój”. Przeglądałam różne oferty, ale w końcu znalazłam coś – mały pensjonat dwie godziny drogi stąd. Jeden pokój, śniadania w cenie, bez telewizora.

Adam był w drugim pokoju, oglądał coś zbyt głośno. Nie powiedziałam mu, że wyjeżdżam. Nie pytał. Ostatnio prawie nie rozmawialiśmy. Kiedy coś mówił, to były rzeczy o rachunkach, zakupach albo pracy. Wszystko inne wisiało między nami, niezauważone i niepotrzebne. Wzięłam kartę podarunkową i położyłam ją na środku stołu. Nadal w tej samej kopercie, nietknięta. Nie mogłam jej użyć. Była jak przypomnienie, że nie o kosmetyki mi chodziło, tylko o troskę. O ciepło. O to, czego nie da się kupić w drogerii.

Wystukałam numer karty płatniczej i zarezerwowałam pobyt. Wyjazd w piątek po pracy, powrót w niedzielę wieczorem. Zostawiłam wiadomość właścicielce pensjonatu, że potrzebuję spokoju. Tylko tyle. Wieczorem, kiedy Adam przyszedł do kuchni po herbatę, powiedział:

– Zostawiłaś mleko na wierzchu.

– Mhm. Już chowam – odpowiedziałam i wstałam, nie patrząc mu w oczy.

Minęliśmy się w milczeniu. Jakbyśmy nie byli razem, tylko dwójką ludzi, którzy przypadkiem dzielą przestrzeń. Wcześniej jeszcze próbowałam coś mówić. O filmie, o sąsiadach, o tym, co przeczytałam, ale z czasem przestałam. Bo nie wiedziałam, czy w ogóle mnie słyszy. Spakowałam torbę dwa dni później. Włożyłam do niej książkę, gruby sweter i skarpetki. Nie powiedziałam, dokąd jadę. Zostawiłam tylko kartkę: „Wracam w niedzielę”.

Musiałam to zakończyć

Wróciłam w niedzielę wieczorem. Padał deszcz i schody przed blokiem były śliskie. Weszłam cicho, jakby to nie był mój dom. Adam siedział w salonie. Miał na sobie ten sam sweter co zawsze i trzymał w rękach pilota, jakby to była kotwica, która utrzymuje go na powierzchni. Zobaczył mnie i podniósł głowę.

– I jak? Odpoczęłaś?

Przez moment chciałam powiedzieć: „Tak, było pięknie”, ale nie potrafiłam. Zamiast tego usiadłam naprzeciwko niego i powiedziałam:

– Musimy coś z tym zrobić.

Zamilkł. Patrzył na mnie jak ktoś, kto wie, że zaraz usłyszy coś, czego nie chce, ale nie zaprzeczył, nie zbył. Tylko czekał.

– Potrzebuję przerwy – powiedziałam, powoli, wyraźnie. – Chcę się wyprowadzić, na jakiś czas. Nie wiem, na jak długo. Po prostu... nie umiem już tak żyć.

Nie zareagował od razu. Przesunął ręką po brodzie, jakby sprawdzał, czy dobrze mnie słyszy.

– Przecież nic się nie dzieje – powiedział w końcu. – Po prostu życie. Praca, dom, obowiązki. To nie powód, żeby...

– Właśnie. Nic się nie dzieje, od dawna. My nawet nie jesteśmy razem, Adam. My tylko funkcjonujemy. Ty mnie nie dostrzegasz, nie rozumiesz. Nie interesujesz się mną.

– Nie przesadzaj. Zawsze tak było. My nigdy nie byliśmy jakąś parą z reklamy, ale było stabilnie. Spokojnie. Co w tym złego?

– Ja nie chcę tylko stabilności – przerwałam mu. – Nie chcę być z kimś, kto zauważa mnie dopiero wtedy, gdy trzeba coś załatwić. Rachunek, zakupy, plan urlopu. A poza tym – nic. Pustka.

Adam wzruszył ramionami, jakby wszystko, co powiedziałam, było wymysłem. Przesadą, kaprysem.

– To tylko karta – powiedział cicho.

– Właśnie. Tylko karta, tylko życie. Tylko ja.

Wstałam. Poszłam do sypialni i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. Nie wszystko. Tylko tyle, ile zmieściło się w walizkę. Reszta mogła poczekać. Adam mnie nie zatrzymał. Nawet nie zapytał, dokąd jadę. Stał w korytarzu, jakby nie rozumiał, że właśnie tracimy coś, co przez lata udawaliśmy, że mamy. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam ulgę. I ból. I coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Może to była żałoba po związku, który umarł już dawno, tylko nikt nie wypowiedział tego na głos.

Nie będzie powrotu

Siedziałam w małej kawiarni, niedaleko parku. Na stole przede mną leżała ta sama koperta, co wtedy. Nadal zamknięta, nadal nieużyta. Nosiłam ją przy sobie, jakby wciąż miała mi coś powiedzieć. Patrzyłam przez okno na przechodzących ludzi. Każdy gdzieś szedł, coś niósł, ktoś na niego czekał. A ja po raz pierwszy od lat nie miałam planu. I nikogo, kto by pytał, kiedy wrócę.

Nie czułam już złości. Nie czekałam na przeprosiny, na żal, na odzew. Była tylko cisza i chłód, który nie był nieprzyjemny – raczej trzeźwiący. Jakby ta karta, ten niewinny, pozornie neutralny gest, rozłożył cały nasz związek na czynniki pierwsze. Pokazał, co jest, a czego nie ma. I że już od dawna to „nie ma” przeważało.

Wzięłam łyk herbaty. Spojrzałam jeszcze raz na kopertę. Może to był prezent od losu. Może właśnie dzięki tej karcie zrozumiałam, że muszę coś zmienić. Że przez lata próbowałam tkwić w czymś, co już dawno nie było moje. Nie wiedziałam, co dalej. Ale wiedziałam, że nie mogę już wrócić.

Ilona, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama