Reklama

Nie mam pojęcia, co mi strzeliło do głowy. Może potrzebowałem odreagować, może chciałem udowodnić, że jeszcze „mam moc”. Koledzy z pracy wciągnęli mnie na wieczór kawalerski, obiecywali tylko piwo, jakiś bilard, spokojną atmosferę. Miałem wrócić do domu przed północą, wyspać się i w sobotę zabrać się za porządki. Tymczasem rano obudziłem się z potwornym bólem głowy, telefonem pełnym dziwnych zdjęć i... znikającymi pieniędzmi z konta. Nie pamiętałem połowy nocy. Szybko okazało się, że to nie był zwykły wieczór. To była finansowa katastrofa. I to ja ją sobie sam zafundowałem.

Plan był prosty

Wieczór kawalerski miał być tylko formalnością. Ot, symboliczne pożegnanie kolegi z wolnością, parę piw, jakiś lokal z muzyką, może pizza na koniec. Miałem nawet wymówkę przygotowaną, że nie zostanę długo, bo następnego dnia muszę zawieźć mamę na badania. Chłopaki z pracy od tygodnia o tym gadali, planowali trasę, zbierali składkę. Kiedy podjechał po mnie Kuba, jeszcze raz zapytałem:

– Nic grubszego nie planujecie, prawda?

– Daj spokój, stary. Piwo, kręgle i może jakiś klub. Wracamy grzecznie, bez szaleństw.

Uwierzyłem mu. Znałem go przecież nie od dziś. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze dwóch chłopaków, atmosfera od razu zrobiła się luźniejsza. W aucie leciała stara playlista z lat 2000, wszyscy się śmiali, opowiadali historie z poprzednich wieczorów kawalerskich, większość raczej śmieszna niż szokująca. Myślałem, że nasz będzie podobny.

W pierwszym barze zamówiłem tylko colę, bo miałem zamiar zachować trzeźwość. Miałem. Skończyło się na tym, że po dwóch godzinach już nie pamiętałem, co dokładnie piłem i kto to wszystko fundował. Wtedy jeszcze się śmiałem. Nie miałem pojęcia, co mnie czeka.

Jak dziecko we mgle

Po trzecim barze przestałem liczyć drinki. Ktoś postawił kolejkę, potem druga poszła w kółko. Ktoś zaproponował tequilę, ktoś inny śmiał się, że „wieczór kawalerski bez wódki to jak wesele bez cioci Krysi”. Wtedy jeszcze wszystko wydawało się zabawne. Z głośników leciały hity sprzed dekady, a my śpiewaliśmy na całe gardło. Zaczynałem czuć, że żyję.

W pewnym momencie Kuba wyskoczył z pomysłem, żeby podjechać do klubu na drugim końcu miasta. Niby ekskluzywny, niby mają tam „show” warte zobaczenia. Taksówka podjechała błyskawicznie. W środku ledwo ogarniałem, gdzie jesteśmy. Chwilę później stałem w wejściu do miejsca, które wyglądało jak miks kasyna, klubu nocnego i planu filmowego.

– Dobra, chłopaki, dzisiaj się nie oszczędzamy – rzucił Kuba i zapłacił za stolik VIP.

W środku czekały dziewczyny. Tancerki. Uśmiechały się jakby znały nasze portfele lepiej niż my sami. I może znały. Wódka lała się bez opamiętania, dziewczyna w czerwonej sukience usiadła mi na kolanach i zaczęła mówić do mnie, jakbym był jedynym facetem na świecie. Świat wirował. Telefon gdzieś zniknął. Czas się rozciągał, a ja czułem się dziwnie ważny.

Kartą czy gotówką?

Pamiętam tylko urywki. Kelner z tacą szampanów. Dziewczyna pytająca, czy „postawisz coś ekstra”. Muzyka tak głośna, że nie dało się rozmawiać, więc wszystko odbywało się na migi. Coś podpisywałem. Ktoś podał terminal. Migał ekran. Wbijałem kod karty jak automat. Gdzieś w tle majaczył Kuba, który już wtedy przesiadywał z dwiema tancerkami na kolanach i pokazywał coś na telefonie.

– Stary, jesteś królem życia! – krzyknął mi do ucha.

Zamglone oczy, śmiechy, kolejne butelki, które – jak się później dowiedziałem – kosztowały tyle, co miesięczne zakupy. Dziewczyna z czerwonymi paznokciami mówiła coś o „dodatkowej usłudze” za symboliczną opłatą. W tamtym stanie wszystko wydawało się symboliczną opłatą.

O trzeciej nad ranem byłem przekonany, że zapłaciłem tylko raz, może dwa razy. Karty miałem dwie, więc coś się pewnie rozłożyło. Terminal piszczał przy każdej transakcji, a ja tylko kiwałem głową. Nikt nie pytał, czy wiem, ile płacę. Nikt nie pytał, czy chcę. Na końcu jeszcze ktoś przyprowadził mnie do recepcji i podał rachunek do podpisania. Nawet nie spojrzałem. Złożyłem podpis, coś bełkotałem o napiwku i wyszedłem na chłodne, grudniowe powietrze.

Moja lista wstydu

Obudziłem się w obcym łóżku. Głowa pulsowała, usta miałem jak z waty, a wokół panowała cisza. Spojrzałem na zegar: 11:17. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Potem przypomniałem sobie – to mieszkanie Kuby, jego żona z dziećmi wyjechała na weekend, więc oddał nam salon. Na podłodze spał ktoś w kurtce, a na stole stała pusta butelka po whisky i nadgryziony kebab.

Sięgnąłem po telefon. 64 nieodebrane powiadomienia. Messenger, Instagram, galeria zdjęć pełna nowych, dziwnych ujęć. Jedno z kieliszkiem, drugie z jakąś dziewczyną, trzecie – zupełnie nie wiem, co tam się działo. Otworzyłem aplikację bankową. I wtedy mnie zmroziło.

Saldo konta wyglądało, jakby ktoś włamał się i zrobił porządne zakupy. Tyle że włamywaczem byłem ja. Transakcje: 1300 zł, 700 zł, 850 zł, 2000 zł. Wszystko z tej samej nocy. Przewijałem historię i miałem ochotę krzyczeć. Płatność kartą, napiwek gotówką, kolejna płatność. Kto płaci 1200 zł za butelkę wódki?

Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcia. Uśmiechnięta twarz, ja z kieliszkiem, ja z dwiema dziewczynami, jedna z nich dawała mi całusa w policzek. Wyglądałem jak idiota. I miałem ochotę zapaść się pod ziemię.

Konto, które widziało zbyt wiele

Siedziałem na kanapie i gapiłem się w ekran. Mój limit na karcie został przekroczony, a z oszczędności, które miałem na remont kuchni, zostało może pięćset złotych. Czułem się, jakby ktoś mnie okradł, tylko że sprawcą byłem ja sam. Wszedłem na grupę na Messengerze, gdzie koledzy jeszcze godzinę wcześniej wrzucali memy z imprezy. Teraz nastała cisza.

– Kuba, ile my wydaliśmy wczoraj? – napisałem.

– Stary… dużo. Nie pytaj. Sam mam pustkę w głowie – odpisał po chwili.

W międzyczasie odezwał się bank z alertem, że przekroczyłem dostępne środki i że naliczą opłatę za debet. Świetnie. Na deser przyszło mi przypomnieć sobie, że w poniedziałek mam ratę kredytu. I czynsz. I zakupy na cały tydzień.

Próbowałem przypomnieć sobie, czy cokolwiek z tej nocy było warte tych pieniędzy. Może śmiech, może ten moment, kiedy czułem się jak ktoś ważny. Tylko że teraz nie zostało nic poza wstydem i pustką na koncie. Zadzwoniłem do siostry i powiedziałem, że potrzebuję pożyczyć kilka stówek. Nie pytała, dlaczego. Może lepiej. Gdy wyłączyłem telefon, siedziałem długo w milczeniu. Czułem, jak ciężar tej nocy osiada mi na barkach.

Kac nie tylko moralny

Minęło kilka dni, zanim byłem w stanie normalnie myśleć. W pracy udawałem, że wszystko gra, chociaż miałem ochotę zaszyć się w domu i nie wychodzić przez tydzień. Pieniądze przepadły, nie odzyskam ich, choć dzwoniłem do klubu, pisałem maile – nikt nie odpowiedział. Wiedzieli, co robią. Ja też wiedziałem, co robię. I właśnie to bolało najbardziej.

Zacząłem przeglądać swoje wydatki z ostatnich miesięcy. Tamta noc nie była wyjątkiem, tylko kulminacją. Od jakiegoś czasu próbowałem udowodnić sobie i innym, że jestem kimś więcej, niż czuję. Drogie kolacje, wyjścia, nowe ciuchy. A tak naprawdę szukałem aprobaty, poklasku. Może też ucieczki.

Z klubowej nocy zostało tylko kilka rozmazanych zdjęć, pustka na koncie i świadomość, że głupota kosztuje. Sporo. Postanowiłem, że od teraz zapisuję każdą złotówkę. Żadnych kart – tylko gotówka. Żadnych spontanicznych wypadów. I żadnych wieczorów kawalerskich.

Kuba przyszedł do mnie po tygodniu, rzucił tylko:

– Może przesadziliśmy.

– Może? – zapytałem, patrząc na powiadomienie o debecie.

Nie odpowiedział. W sumie nie musiał.

Bartek, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama