Reklama

Ślepo wierzyłam w swoją rodzinę i w to, co mówią moi bliscy. Ale wszystko, w co wierzyłam, zostało zbudowane na kłamstwie i wszystko to runęło z dnia na dzień. Ból odebrał mi oddech, spokój przestał istnieć. Prawdy dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy boja mama odchodziła z tego świata.

Mówili mi coś innego

Przez ponad dwie dekady wierzyłam, że jestem owocem wielkiej, choć tragicznie przerwanej miłości. Moja codzienność upływała pod znakiem spokoju i troski zaufania, jakie dawała mi przez lata moja ukachana mama. Czułam się wybranką losu, mając u boku kobietę, która zdawała się czytać w moich myślach i wspierała każdy mój krok.

Nie przypuszczałam, że nasza relacja jest podszyta siecią misternie utkanych kłamstw, a osoba, którą uważałam za wzór cnót, skrywa pod sercem tajemnicę mogącą zniszczyć absolutnie wszystko. Moje pochodzenie okazało się literacką fikcją, napisaną po to, by ukoić czyjeś sumienie.

Dorastałam w cieniu opowieści o ojcu, który odszedł, zanim zdążyłam wydać pierwszy krzyk. Mama – a przynajmniej ta, którą tak nazywałam – opowiadała mi o nim jak o człowieku pozbawionym wad, ciepłym, uczuciowym. Według jej relacji, Roman był człowiekiem o gołębim sercu, pasjonatem gór i muzyki klasycznej, który nie mógł doczekać się moich narodzin. Wyobrażałam go sobie jako anioła stróża, który czuwa nad nami z oddali, a każde moje świadectwo z paskiem czy sukces na studiach dedykowałam właśnie jemu.

Byłam klasyczną dobrą dziewczynką, która zamiast szaleństw na parkiecie wybierała wieczory z książką lub długie rozmowy z mamą przy herbacie z melisy.

W naszym życiu obecna była też ciocia Judyta, młodsza siostra mamy. Była dla mnie jak starsza siostra – pełna wigoru, zawsze gotowa do pomocy, nieco szalona. Doskonale się rozumiałyśmy, mówiłyśmy sobie wszystko, a ona często podkreślała, że jestem dla niej najważniejszą osobą na świecie. Nasze trio – ja, mama i Judyta – tworzyło nierozerwalny monolit, skałę, która opierała się wszystkim przeciwnościom. Przynajmniej tak mi się wydawało, gdy z dumą odbierałam dyplom z filologii polskiej, marząc o karierze w mediach i budowaniu własnej, równie idealnej rodziny. Nie wiedziałam wtedy, że to, w co wierzyłam, było domkiem z kart postawionym nad przepaścią.

Nic mi nie powiedziała

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy po kilku miesiącach od przeprowadzki na własne śmieci, odwiedziłam dom rodzinny bez zapowiedzi. Moja mama zawsze o siebie dbała, była pełna energii i blasku. Jednak to, co zastałam w progu, zmroziło mi krew. W drzwiach stanęła kobieta, która wyglądała jak własny cień – jej skóra przypominała pergamin, a oczy, niegdyś bystre, zapadły się głęboko w czaszkę. Każdy krok wydawał się dla niej walką z niewidzialnym ciężarem.

– Mamo, na litość boską, co się dzieje? – wykrztusiłam, upuszczając torbę z zakupami.

Próbowałam zrozumieć, co się dzieje. Zapędziłam ją do łóżka, dzwoniłam po lekarzy, ale ona tylko uśmiechnęła się smutno, jakby wiedziała coś, czego ja nie chciałam przyjąć do wiadomości. Powiedziała mi o diagnozie od razu, gdy usiadłyśmy w salonie. Jej choroby nie dało się wyleczyć. To był koniec.

W jednej chwili świat zaczął wirować mi przed oczami. Czułam bezsilność, która paliła gardło. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Natychmiast pobiegłam do Judyty, licząc na wspólny plan działania, na walkę do ostatniej kropli krwi. Ciocia wydawała się równie zdruzgotana, choć w jej oczach dostrzegłam coś jeszcze – dziwny rodzaj paniki, którego wtedy nie potrafiłam pojąć. Myślałam, że to po prostu strach przed stratą siostry.

Spowiedź mojej matki

Kryzys przyszedł szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Pewnego wieczoru otrzymałam telefon. Głos mamy był słaby, ale stanowczy. Chciała mnie widzieć natychmiast. Gdy dotarłam na miejsce, pokój pachniał chorobą i kadzidłem. Leżała tam, mała i bezbronna, a ja czułam, że zbliża się moment, którego nie da się cofnąć. Myślałam, że będziemy rozmawiać o testamencie albo o tym, gdzie chce zostać pochowana. Prawda była jednak o wiele bardziej makabryczna.

– Natalia, musisz wreszcie poznać swoją historię. Prawdziwą historię – zaczęła, a każde słowo sprawiało jej fizyczny ból. – Nie nosiłam cię pod sercem. To nie ja cię urodziłam. To nie byłam ja.

Słuchałam tego nie mogąc w to uwierzyć. Słowa zlewały się w jakiś bełkot, jakby ktoś mówił do mnie innym językiem. Dowiedziałam się, że mój idealny ojciec, ten rycerz z opowieści, dopuścił się zdrady, która była gwoździem do trumny ich małżeństwa. Co gorsza, jego kochanką była Judyta. Dziewiętnastoletnia wówczas dziewczyna, która w swojej naiwności i buncie wdała się w romans z mężem własnej siostry.

Owocem tego wyskoku byłam ja. Gdy ojciec zmarł, mama – ta, która mnie wychowała – postanowiła przyjąć mnie jako swoją córkę, by ratować honor rodziny i dać mi szansę na normalne życie. Judyta miała zająć się nauką i zapomnieć o błędzie młodości.

Nie chciałam w to wierzyć

Wypadłam z tego domu jak oparzona. Czułam, że każda sekunda mojego dotychczasowego życia była kłamstwem. Czułam się jak rzecz, jak dowód w sprawie o zdradę. Moja matka karmiła mnie bajkami o wspaniałym tacie, podczas gdy on był zwykłym oszustem, a moja ciocia patrzyła mi w oczy, udając przyjaciółkę, a to ona powinna mnie przewijać i tulić do snu. Ta perfidna gra obu najbliższych mi kobiet wzbudziła we mnie obrzydzenie, którego nie potrafię opisać.

Czułam się niechciana. Przez rodzoną matkę, która oddała mnie jak nietrafiony prezent, i przez ojca, który pewnie nawet nie zdążył pomyśleć o konsekwencjach swoich czynów. W mojej głowie huczało tylko jedno pytanie: kim ja właściwie jestem? Czy Natalia, którą znałam, w ogóle istnieje? Czy jestem tylko ich wyrzutem sumienia? Czy oni w ogóle mnie kochali, czy tylko udawali?

Nie pamiętam drogi do mieszkania Judyty. Pamiętam tylko chłód i ulewny deszcz, który przemoczył mnie do suchej nitki. W środku czułam palące pragnienie, by wykrzyczeć jej całą nienawiść. Gdy otworzyła drzwi, nie było już miejsca na uprzejmości.

– Jak mogłaś na mnie patrzeć przez te wszystkie lata?! – wrzasnęłam, a woda spływająca z moich włosów mieszała się ze słonymi łzami. – Byłam twoją córką, a ty bawiłaś się w ciocię!

Judyta stała w milczeniu, a jej twarz przypominała maskę. Próbowała mnie dotknąć, szukać usprawiedliwienia w młodości, w strachu, w prośbach siostry. Ale ja nie chciałam dłużej słuchać tych kłamstw. Dla mnie była obcą kobietą, która ukradła mi moją tożsamość. Odeszłam, trzaskając drzwiami, z mocnym postanowieniem, że nigdy więcej nie pozwolę jej zbliżyć się do mojego życia.

Muszę się odnaleźć

Następne dni spędziłam w zupełnej samotności, próbując posklejać resztki rzeczywistości. Nie jadłam, nie odbierałam telefonów, gapiłam się w sufit, analizując każde wspomnienie pod kątem odkrytej prawdy. Nienawidziłam ich obu – tej umierającej za jej milczenie i tej żyjącej za jej tchórzostwo.

Z czasem, pośród tego gniewu, zaczął tlić się promyczek zrozumienia. Przypomniałam sobie nieprzespane noce mamy, gdy chorowałam, i jej dumę, gdy odnosiłam sukcesy. Przypomniałam sobie obecność Judyty w każdej ważnej chwili, jej dyskretne wsparcie i te wszystkie momenty, w których – jak teraz rozumiałam – próbowała odkupić swoje winy bez słów.

Postanowiłam nie pozwolić, by to kłamstwo zniszczyło to, co było między nami realne – miłość. Bo miłość, choć stworzona w sieci misternie utkanych kłamstw, była prawdziwa. Dzisiaj obie moje matki są przy mnie. Ta pierwsza, odchodząca, czerpie siłę z faktu, że tajemnica przestała ją dusić. Ta druga, biologiczna, w końcu uczy się być kimś więcej niż tylko fajną ciocią.

Jest nam ciężko, momentami wręcz nie do zniesienia, ale trwamy w tym dziwnym, słodko-gorzkim układzie. Może właśnie na tym polega dorosłość – na akceptacji faktu, że nasi rodzice to tylko ludzie, a ich błędy nie muszą wplywać na całe nasze życie.

Natalia, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama