„Na ławce w parku znalazłem czyjś portfel. W najśmielszych snach nie śniłem, co zyskam, zwracając go właścicielce”
„Zajrzałem do środka. Był tam dowód osobisty, kilka banknotów i zdjęcie chłopca, może pięcio-, sześcioletniego, uśmiechniętego szeroko, z czapką na uszach. Kobieta ze zdjęcia na dokumencie wyglądała młodo”.

Mieszkam sam, w bloku z wielkiej płyty, na czwartym piętrze bez windy. Każdego dnia budzę się o tej samej porze, bez względu na to, czy jest wiosna, lato czy śnieżna zima. Wstaję, parzę herbatę i patrzę przez okno, zanim wyjdę na spacer. Lubię chodzić po parku.
Mam swoje miejsca
Jestem wdowcem od pięciu lat. Od śmierci żony nic już nie smakuje tak jak dawniej, nic nie pachnie tak samo. Przez pierwszy rok próbowałem się oszukiwać, że jestem zajęty. Układałem sobie plan dnia, wyznaczałem cele, nawet zapisałem się na zajęcia w domu kultury, ale to wszystko było po to, by nie słyszeć ciszy, która wypełniała mieszkanie, gdy zamykały się za mną drzwi.
Nauczyłem się żyć z tą ciszą, ze wspomnieniami, z pustym miejscem przy stole. Spacer stał się moim codziennym rytuałem. Czasem ktoś się przysiada, czasem zamienimy dwa słowa o pogodzie, o cenach w sklepie, o tym, że kiedyś to jednak było inaczej, ale zwykle jestem sam. I dobrze mi z tym.
Tego dnia wszystko wyglądało zwyczajnie. Usiadłem na swojej ławce, z zamiarem przeczytania nagłówków w gazecie, którą właśnie kupiłem, i wtedy zobaczyłem portfel – leżał między liśćmi, prawie niewidoczny, zaskakująco elegancki jak na to miejsce. Podniosłem go ostrożnie, jakby miał zaraz się rozpaść w dłoniach.
Wiedziałem, co zrobić
Zajrzałem do środka. Był tam dowód osobisty, kilka banknotów i zdjęcie chłopca, może pięcio-, sześcioletniego, uśmiechniętego szeroko, z czapką na uszach. Kobieta ze zdjęcia na dokumencie wyglądała młodo. Pomyślałem, że najlepiej będzie oddać portfel osobiście. Nie chciałem go wrzucać do skrzynki ani zanosić na policję. Wstałem z ławki i ruszyłem pod adres z dowodu.
Czułem się jak chłopiec, który ma oddać znaleziony na ulicy pieniądz i boi się, że nikt mu nie uwierzy. W kieszeni kurtki wciąż trzymałem portfel. Był lekko wilgotny od śniegu, ale wszystko w środku pozostało suche. Imię i adres, które odczytałem z dowodu, prowadziły mnie właśnie tutaj – do mieszkania na pierwszym piętrze. Drzwi otworzyły się szybciej, niż się spodziewałem. Stała w nich zaskoczona kobieta w wełnianym swetrze, z włosami niedbale spiętymi. Za jej nogą wychyliła się główka chłopca.
– Tak? – zapytała ostrożnie, ale uprzejmie.
– Dzień dobry. Proszę mi wybaczyć, że tak bez zapowiedzi… znalazłem coś w parku, co chyba należy do pani. Portfel – wyciągnąłem go w jej stronę.
Była zaskoczona
Jej oczy zrobiły się wielkie, jakby dopiero teraz zrozumiała, czego brakuje jej w torebce.
– Ojej… Naprawdę? Nie wiem nawet, kiedy go zgubiłam! – Wzięła portfel do rąk, jakby był czymś drogocennym. – Boże, tam były dokumenty, pieniądze… I zdjęcie Kacpra…
– Tak, widziałem – uśmiechnąłem się delikatnie. – Dlatego postanowiłem przynieść osobiście.
Chłopiec nadal wyglądał zza jej nogi.
– Mamo, kto to? – zapytał cicho.
– To pan, który znalazł mój portfel.
– Dziękuję, proszę pana – powiedział poważnie, zerkając na mnie z zaciekawieniem.
– Nie ma za co, naprawdę. Cieszę się, że wszystko wróciło do właścicielki – odpowiedziałem, już się cofając.
– Proszę… może wszedłby pan na chwilę? Zaparzę herbaty… choć chwilkę? – zaproponowała nieśmiało.
Zmieszałem się
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie planowałem zostawać, miałem tylko oddać portfel i wrócić do swojego rytmu dnia. Rozbroił mnie uśmiech tego dziecka, które powiedziało do mnie „proszę pana” z taką powagą, jakby mówiło do kogoś ważnego, ale krępowałem się trochę.
– Dziękuję za zaproszenie, ale muszę uciekać… – powiedziałem cicho.
– Rozumiem. Jeszcze raz panu dziękuję – uśmiechnęła się.
Odwróciłem się i odszedłem, nie przypuszczając jeszcze, jak bardzo to spotkanie zmieni moje życie. Zobaczyłem ją kilka dni później. Tym razem to ona mnie zaczepiła. Szedłem swoją stałą trasą w parku, głowę miałem gdzieś indziej.
– Dzień dobry! – zawołała i uśmiechnęła się szeroko.
Zatrzymałem się, nieco zaskoczony.
– Dzień dobry – odpowiedziałem i skinąłem głową w stronę Kacpra.
– Idziemy do parku. On bez tego dnia nie wytrzyma – wskazała na syna. – A pan codziennie tutaj? – zapytała.
– Prawie. Lubię chodzić. Zimą jest mniej ludzi, więcej ciszy.
– Ciszy mam w domu aż za dużo – rzuciła szybko. – Brakuje mi czasem dorosłego do pogadania, wie pan?
Polubiłem ją
Usiedliśmy na ławce. Kacper zaczął lepić bałwana ze śniegu, my rozmawialiśmy.
– Samotne macierzyństwo potrafi przytłoczyć – powiedziała cicho. – Ludzie myślą, że jak młoda, to sobie radzi. A ja czasem zwyczajnie nie daję rady.
Patrzyłem na nią i słuchałem.
– A pan? – zapytała nagle. – W domu czeka ktoś?
– Nie – odpowiedziałem. – Odkąd odeszła moja żona, nikogo nie ma.
Pokiwała głową. Milczeliśmy przez chwilę.
– Dziwne to wszystko – powiedziała w końcu. – Tak się mija człowiek z człowiekiem i nie wie, że łączy ich ten sam rodzaj ciszy.
Patrzyłem na nią uważnie. Pomyślałem: dawno nikt mnie tak nie słuchał i dawno nie słuchałem z takim zaciekawieniem. A potem zaproponowała, żebym znów wpadł na herbatę. I tak to się zaczęło. Opowiedziałem jej o Irenie. Słuchała w ciszy, nie przerywała.
– Czasem mam wrażenie, że nie umiem być dorosła – powiedziała. – Że tylko udaję matkę.
– Wszyscy coś udajemy – mruknąłem. – Tylko dzieci jeszcze są prawdziwe.
Byłem wzruszony
Kacper nagle podszedł do mnie z książką.
– Dziadku, poczytasz mi?
Zamarłem. Kobieta spojrzała na mnie z niepewnością, ale nic nie powiedziała.
– Jasne – odpowiedziałem. Głos mi zadrżał. – Będzie mi bardzo miło.
Gdy wychodziłem, wręczył mi swój rysunek. Było na nim kredkami napisane: „Dla najlepszego dziadka – Kacper”. Pod spodem krzywo narysowane trzy osoby: chłopiec, kobieta i starszy pan z laską. A nad nimi słońce.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płakałem, ale wtedy wróciłem do domu i płakałem długo. Potem przez kilka dni nie wychodziłem, aż dotarło do mnie, jak bardzo przywiązałem się do tej kobiety i jej syna, mimo że widzieliśmy się zaledwie dwa razy. Wyszedłem zaraz po śniadaniu. Z bijącym sercem zapukałem do ich drzwi. Otworzyła ona. Nie powiedziała nic, tylko odsunęła się, robiąc mi miejsce.
– Nie wiedziałem, że aż tak bardzo mi was brakowało.
Przywiązałem się
Uśmiechnęła się, lekko, ostrożnie, jakby nie chciała wszystkiego popsuć słowami.
– Myślałam, że pan już nie przyjdzie.
– Myślałem o was codziennie. Jeśli możemy po prostu być razem… tak, jak jest, bez wielkich deklaracji, bez udawania… jak rodzina…
– To bądźmy – powiedziała.
Z kuchni wyjrzał Kacper.
– Dziadku, zrobisz mi kakao?
– Z największą przyjemnością.
Nigdy bym nie przypuszczał, że portfel w śniegu może tak wszystko zmienić. Że zwykły spacer, jakich miałem setki, doprowadzi mnie do miejsca, w którym znowu będzie ciepło. Nie zrobiłem z niej córki, a z Kacpra nie próbowałem ulepić wnuka. Każdy z nas ma za sobą własną historię, własne straty, własne milczenia. I każdy z nas potrzebuje czegoś prostego – obecności.
Stefan, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrobiłam eksperyment i przestałam pisać do znajomych jako pierwsza. Byłam w szoku, co się wydarzyło w sylwestra”
- „W sylwestra przypadkiem zabrałam kurtkę mojej przyjaciółki. W taki sposób dowiedziałam się o podwójnej zdradzie”
- „Ucieszyłam się, gdy córka zapowiedziała przyjazd na ferie z rodziną. Nie podejrzewałam, że będę kulą u nogi”

