„Na korepetycje przyszedł do mnie ojciec studenta. Mieliśmy pogadać o matematyce, ale rozmowa zeszła na inny temat”
„Miał w sobie coś, co sprawiało, że nie chciałam kończyć tych spotkań. Nie próbował mnie podrywać, nie robił dwuznacznych uwag. Po prostu był. A ja pozwalałam mu być, trochę dłużej, niż powinnam”.

Prowadziłam korepetycje z matematyki już od kilku lat. Zaczęło się od pomagania młodszym kuzynom przed sprawdzianami, a skończyło się na stałej grupie studentów, którzy przychodzili do mnie niemal codziennie. Mieszkałam niedaleko uczelni, miałam dużą tablicę i cierpliwość do tłumaczenia po kilka razy tego samego. Lubiłam uczyć, naprawdę. Czułam się potrzebna, a oni… cóż, oni mówili, że u mnie nawet całki stają się zrozumiałe. Było w tym coś uzależniającego – ich skupienie, wdzięczność, a czasem też coś więcej. Szczególnie gdykiedyś odwiedził mnie ojciec jednego z nich. Wtedy pojawiły się też inne tematy.
Nowy semestr, stare problemy
Początek semestru zawsze oznaczał jedno – lawinę wiadomości od studentów w panice. Najczęściej zaczynało się od dramatycznych maili: „Pani Oliwio, ratuje mi pani życie!”, albo: „Nie zaliczę analizy, błagam!”. Zazwyczaj byli to chłopcy z politechniki – pogubieni w zadaniach, zagubieni w życiu. Lubiłam ich roztrzepanie i to, jak z każdym kolejnym spotkaniem ich przerażenie zamieniało się w pewność. Mieli coś w sobie – byli ambitni, ale bezbronni.
Do mojego mieszkania wchodziło się bez pukania. Otwierałam na dźwięk domofonu, nie wstając nawet od biurka. Mieszkanie było skromne, ale przytulne. Kanapa z kocem, duży stół, kawa zawsze gotowa. Nie było dystansu. Przychodzili jak do znajomej, nie jak do nauczycielki.
W tym semestrze pojawił się nowy student – cichy, zamknięty w sobie chłopak o imieniu Igor. Przyszedł na pierwsze zajęcia w starym swetrze i z ołówkiem za uchem. Miał trudności z analizą matematyczną, ale mówił z takim spokojem, jakby miał czas do końca świata.
– To równanie można rozwiązać metodą podstawienia? – zapytał, podnosząc na mnie wzrok.
– Tak, ale najpierw uprośćmy lewą stronę – odpowiedziałam i nachyliłam się nad zeszytem.
Nie był nachalny. Nie prawił mi komplementów, nie próbował flirtować. I może dlatego właśnie zapamiętałam go lepiej niż innych. Pracowaliśmy w ciszy, która nie była niezręczna. Zanim wyszedł, zapytał tylko:
– Mogę przyjść w środę?
– Oczywiście – odpowiedziałam.
I tak zaczęło się coś, czego wtedy jeszcze nie potrafiłam nazwać.
Pierwszy z poleceni
Igor trafił do mnie z polecenia innego studenta. Zdziwiło mnie to, bo zazwyczaj przychodziły do mnie osoby bardziej ekspresyjne, z notatkami w rozsypce. On był inny. Punktualny do przesady, z własnym zestawem długopisów, zawsze pachniał herbatą i starymi książkami. W środę przyszedł jednak nie przyszedł, zamiast niego w drzwiach stanął jego ojciec. Mężczyzna przed 50, zadbany, z włosami przetkanymi siwizną, co tylko dodawało mu uroku. Wszedł do mieszkania i przedstawił się:
– Dzień dobry, jestem Irek, tata Igora. Syn się nagle rozchorował, więc pomyślałem, że to ja panią odwiedzę. Mogę zapytać o coś spoza tematów dotyczących matematyki?
Kiwnęłam głową, trochę zaskoczona.
– Skąd ma pani taką cierpliwość?
Uśmiechnęłam się.
– Codziennie rano przez godzinę jadę w korku. To mnie tego nauczyło.
Roześmiał się pierwszy raz. Głośno, naturalnie. Poczułam ciepło na sercu. Taki mały klik między ludźmi. Zaparzyłam nam herbatę, rozmowa uciekała gdzieś obok równań matematycznych i twierdzenia Pitagorasa w praktyce. Mówił o tym, czym się zajmuje, o żonie, która wiele lat temu od niego odeszła, zrywając też kontakt z synem. Powiedział też, że nie cierpi brzoskwiń z puszki. Ja opowiadałam o swoich ulubionych wzorach, o tym, że jako dziecko chciałam być astronautką, ale zemdlałam raz na karuzeli.
Nie chciał ode mnie wychodzić. Jednak po upływie dwóch godzin wstał i pomógł mi pozmywać kubki po herbacie.
– Ciężko pani pracuje – powiedział cicho.
– Lubię to – wzruszyłam ramionami. – Chyba jestem trochę uzależniona od historii moich uczniów.
– Ja chyba uzależniłem się od twoich – odpowiedział, pierwszy raz mówiąc do mnie na „ty”.
Zamarłam tylko na sekundę, po czym odpowiedziałam:
– W takim razie będziemy musieli to jakoś rozwiązać. Jak równanie z dwiema niewiadomymi.
Spotkania się przeciągały
Irek zaczął mnie częściej odwiedzać. Wpadał na godzinę i wychodził. Z czasem wspólne chwilę zaczęły się wydłużać. Najpierw o kwadrans, potem o pół godziny, aż w końcu siedzieliśmy razem po trzy godziny, udając, że nadal rozmawiamy tylko o korepetycjach i egzaminach jego syna. Irek przynosił ciasteczka z pobliskiej piekarni, ja robiłam kawę. Siedzieliśmy na kanapie, a między nami tworzyło się coś bardzo kruchego.
– Nigdy nie miałem takiego miejsca – powiedział kiedyś, wpatrując się w moją półkę z książkami. – Takiego, do którego chce się wracać.
Chciałam zapytać, czy mówi o moim mieszkaniu, czy o mnie, ale nie zrobiłam tego. Udawałam, że nie rozumiem. Miał w sobie coś, co sprawiało, że nie chciałam kończyć tych spotkań. Nie próbował mnie podrywać, nie robił dwuznacznych uwag. Po prostu był. A ja pozwalałam mu być, trochę dłużej, niż powinnam.
Zaczęłam o nim myśleć między zajęciami. Kiedy odpisywałam studentom, sprawdzałam najpierw, czy to nie przypadkiem nie Irek. Kiedy dzwonił domofon, miałam nadzieję, że to on przychodzi bez zapowiedzi. Pewnego dnia właśnie tak zrobił.
– Dzisiaj nie będziemy rozmawiac o matematyce – powiedział, zdejmując kurtkę. – Mam ochotę miło spędzić czas.
Podał mi butelkę wina. Włączyłam cicho muzykę i wyciągnęłam da nas kieliszki. Rozmawialiśmy długo, siedząc na podłodze.
– Wiesz, myślałem, że będę mógł z tobą rozmawiać tylko o postępach Igora w nauce – powiedział w końcu. – A ty przestałaś być dla mnie tylko nauczycielką mojego syna. Stałaś się dla mnei kimś.
Wtedy po raz pierwszy dotknął mojej dłoni. Nie cofnęłam jej.
Zajęcia dodatkowe
Po tamtym wieczorze coś się zmieniło. Nie czułam się winna. Każde nasze spotkanie miało w sobie jakąś głęboką potrzebę – obecności, zrozumienia, czasem po prostu bycia obok. Zaczęliśmy gotować razem. Przynosił zakupy, ja wyciągałam patelnie. Śmiałam się, że nie zna proporcji nawet przy naleśnikach, on odpowiadał, że jestem jego równaniem bez wzoru.
– Gdybyś miała być liczbą – zapytał pewnego razu – to jaką?
– Pewnie pierwiastkiem z dwóch. Nieracjonalna, ale potrzebna – zażartowałam.
– Ja bym cię widział jako X – odparł. – Niewiadoma, którą chce się poznać.
Po takich rozmowach łatwo było zapomnieć, że różniło nas nie tylko kilka lat, ale też całkiem inny punkt życia. On – ustawiony mężczyzna z pełnym portfelem i dorosłym synem. Ja – z kredytem na mie szkanie, pracą na pół etatu jako księgowa i kotem, który akceptował tylko mnie. Pewnego dnia, kiedy wychodził, zatrzymał się w drzwiach.
– Chciałbym przyjść kiedyś i poznać cię od innej strony.
Patrzyłam na niego chwilę, zanim odpowiedziałam.
– Dobrze, przyjdź w sobotę. Będę na ciebie czekać
Uśmiechnął się. Zamknęłam drzwi, dopiero gdy zszedł już ze schodów. Byłam pewna, że nie żartował. I że ja też nie żartowałam.
Równania przestały wystarczać
Nasze spotkania już dawno stały się bardziej… osobiste. Jego syn był tylko pretekstem. Skupialiśmy się na długich rozmowach o życiu, marzeniach i planach. Czułam, że tracę dystans, który dotąd zachowywałam. Stawałam się kimś więcej, kimś, kto zna jego najmniejsze zwyczaje, wie, jak lubi kawę i gdzie lubi siadać. Gdy zjawił się o umówionej porze, serce chciało wyskoczyć mi z klatki piersiowej.
– Znasz jakieś prawa biologii? – zapytał pewnego popołudnia, opierając się o stół.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na niego, próbując odczytać prawdziwy sens słów. Wiedziałam, że nasze relacje już dawno przestały być zwykłymi spotkaniami. I choć serce mi przyspieszało, wiedziałam też, że trzeba zachować ostrożność. Każda bliskość ma swoje konsekwencje.
– Kilka – odpowiedziałam, śmiejąc się. – Chcesz lekcję?
– Chcę lekcję – powiedział, a w jego oczach było coś, czego nie dało się zignorować.
Nasze umysły próbowały złapać siebie nawzajem w czymś większym niż równania i definicje. To było ekscytujące i przerażające zarazem. I wtedy mnie objął i pocałował prosto w usta. Nie opierałam się, wiedziałam, że to już nie ma sensu. Przecież jesteśmy dorośli, nie możemy powstrzymać tego, co nieuniknione.
W ten sposób nasze spotkanie przy biurku przeniosło się do sypialni. Było idealnie. Wreszcie poczułam się kobietą, bo od dawna już nikt mnie tak nie traktował. Byłam tylko pracowniczką, koleżanką i córką. Teraz byłam też kochanką.
Wszystko się policzyło
Na jednym razie się nie skończyło. Pewnego wieczoru, po kolejnej „lekcji biologii”, usiedliśmy przy moim stole, wśród zeszytów, kubków i zapachów z kuchni. Spojrzałam na Irka i uświadomiłam sobie, że to, co zaczęło się od korepetycji, przerodziło się w coś znacznie bardziej złożonego. W relację, która wymykała się wszelkim schematom. Nie było tu prostego równania ani schematu rozwiązania. Byliśmy po prostu razem, próbując zrozumieć siebie nawzajem.
– Wiesz, nigdy nie myślałem, że korepetycje mogą wyglądać w ten sposób – powiedział cicho, patrząc w moje oczy. – Czuję, że nauczyłem się czegoś więcej.
Uśmiechnęłam się, bo wiedziałam, że ja również. Nauczyłam się cierpliwości i empatii, ale przede wszystkim odkryłam, że bliskość powstaje w najmniej oczekiwanych momentach, kiedy pozwala się drugiej osobie wejść w swój świat. Wspólne godziny stały się mostem do czegoś większego. Może nie zawsze logicznego, może nie zawsze przewidywalnego, ale prawdziwego i naprawdę przyjemnego.
Przez kolejne tygodnie nasze spotkania stały się rytuałem – czasem głośnym, czasem pełnym ciszy, czasem pełnym śmiechu, czasem refleksji. Najważniejsze stały się historie, które sobie opowiadaliśmy, i drobne gesty, które codziennie się powtarzały. Zrozumiałam, że relacje nie mają wzoru, nie da się ich obliczyć ani przewidzieć, ale można je pielęgnować.
Kiedy Irek wychodził z mieszkania ostatniego wieczoru semestru, pożegnanie było ciche i spokojne. Stałam w drzwiach, obserwując jego sylwetkę w oddali. Wiedziałam, że wszystko, co między nami się wydarzyło, zostanie w nas, niezależnie od tego, gdzie pójdziemy.
– Czy prowadzisz też kursy wakacyjne? – rzucił z lekkim uśmiechem.
– Oczywiście. Zapraszam od poniedziałku – wybuchnęłam śmiechem. Równanie się rozwiązało.
Oliwia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż kazał mi przygotować dodatkowe miejsce przy wigilijnym stole. Ten, kto przyszedł, nie był zbłąkanym wędrowcem”
- „Przyklaskiwałam każdemu pomysłowi szefa, by dostać podwyżkę. Skończyłam z wypowiedzeniem i bez pieniędzy”
- „Uwagi teściowej puszczałam mimo uszu. Gdy jednak stwierdziła, że źle wychowuję syna, przestałam gryźć się w język”

