„Na kolejne ferie zamkniemy z mężem dom na klucz. Synowa podrzuca nam dzieci na 2 tygodnie i nic więcej ją nie obchodzi”
„Wzięłam się za zmywanie, powtarzając w myślach, że to odpoczynek, ale tylko dla nich. Stałam w kuchni, patrząc na własne odbicie w oknie. Z trudem powstrzymałam łzy. Oni śmiali się w salonie, a ja, jak co roku, zostawałam na posterunku”.

Mówią, że dom bez dzieci jest martwy, a ja powinnam się cieszyć, że na ferie zjadą się wszyscy. Siedzę w kuchni, wciąż z opuchniętym biodrem po operacji, patrzę na ścierkę i myślę, czy dam radę zmyć kolejną podłogę po dziecięcych butach. Zegar wybija piątą, a Edward, mój mąż, już od rana narzeka:
– Znowu ta cała zgraja na głowie. Basiu, czy ty musisz się zgadzać na te najazdy?
Nie odpowiadam, bo co mam mu powiedzieć? „Czemu ja nie umiem odmówić?” – pytam siebie w myślach, choć dobrze wiem, że nie tylko dla Piotra to robię.
Synowa dzwoni punktualnie:
– Mamo, już prawie wyjeżdżamy! – w tle słychać wrzaski dzieci. – Może nie rób obiadu, ja przywiozę, odpoczniesz wreszcie.
Tylko jak ja mam odpocząć, skoro już sama myśl o ich pobycie napina mi kark? Edek wstaje, przestawia krzesło i mówi cicho:
– Szykuj się na armagedon, jak co roku.
Nikt nie pyta, czy dam radę, wszyscy zakładają, że babcia zawsze da. Wspominam ostatnie ferie: śmiech dzieci, rozlane kakao, kłótnie przy stole, Piotr z głową w komórce, Magda próbująca wszystkich rozstawiać po kątach. Wszystko, jak zawsze, na mojej głowie. A teraz po prostu nie mam już siły udawać, że mi wszystko jedno.
Zaczęło się jak zwykle
Zaczęło się, zanim jeszcze weszli za próg. Zanim zdążyłam odetchnąć głęboko, drzwi otworzyły się z hukiem. Dzieci – jak wicher, każde na swój sposób. Najmłodsza rzuciła kurtkę na podłogę, starszy już biegł do salonu, wrzeszcząc coś o nowych grach na tablecie. Magda, z rozczochranymi włosami i workiem zakupów, rzuciła się mnie ściskać, choć ledwie utrzymałam się na nogach.
– Mamo, przecież mówiłam, że przywieziemy gotowy obiad! – westchnęła, widząc na stole parujący garnek z zupą i świeżo upieczone ciasto.
– To nic takiego – wymamrotałam, choć wszystko bolało mnie bardziej niż zwykle.
Edward już zdążył zniknąć, jeszcze zanim Piotr zdjął buty. Usłyszałam tylko trzask drzwi do jego pokoju i szelest gazety. Zawsze tak robił, kiedy coś go przerastało. A mnie, zamiast ulgi, ogarnęło znajome napięcie.
Obiad upłynął w gwarze – dzieci rozlewały kompot, śmiały się, Magda tłumaczyła, że ferie mają być „na luzie”, a Piotr prawie się nie odzywał. Po wszystkim rozeszli się każdy w swoją stronę. Zostałam z brudnymi talerzami i bałaganem na stole.
– Może ktoś by po sobie pozmywał, co? – rzucił Edward z progu, nie podnosząc nawet głowy znad krzyżówki.
Nikt nie zareagował. Wzięłam się za zmywanie, powtarzając sobie w myślach: „To miał być odpoczynek. Dla nich. Dla mnie znów nie”. Przez chwilę stałam w kuchni, patrząc na własne odbicie w oknie. Z trudem powstrzymałam łzy. Oni śmiali się w salonie, a ja, jak co roku, zostawałam na posterunku. Napięcie było wyczuwalne w każdym słowie, ale przecież nikt nie powie tego wprost.
Nie mogłam dalej tego ciągnąć
Dzień po przyjeździe zaczął się jak zawsze – dzieci wstały wcześnie, biegały po domu, przekrzykując się, kłócąc o pilota i słodycze. Magda już szykowała się do wyjścia.
– Mamo, wiesz, dziś z Piotrem wybieramy się na spacer, musimy odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Dzieci mogą zostać z tobą, prawda?
– Oczywiście – skłamałam, uśmiechając się słabo, choć w środku czułam złość i zmęczenie.
Zostałam sama z trójką wnuków. Przez dwie godziny próbowałam ich okiełznać – jeden chciał kolorować, drugi biegał po schodach, najmłodsza rozlała sok na kanapę. Gdy Magda z Piotrem wrócili, kuchnia wyglądała jak po bitwie. Piotr coś mruknął o bałaganie, a Magda zaczęła zbierać porozrzucane zabawki, wzdychając teatralnie. Nie wytrzymałam.
– Czasem mam wrażenie, że jestem tu tylko po to, żeby po was sprzątać. Nawet nie zapytaliście, czy dam radę sama z trójką dzieci.
Magda natychmiast się wyprostowała, jej głos był ostry jak brzytwa:
– Nie wiedziałam, że jesteśmy tu niemile widziani.
– A zapytałaś mnie, czy dam radę? Czy tylko oznajmiłaś, że przyjeżdżacie?
Piotr próbował załagodzić sytuację, jak zawsze biernie:
– Nie kłóćcie się, jesteśmy rodziną…
– Rodziną, która zapomina, że ja już nie mam tyle siły co kiedyś – szepnęłam bardziej do siebie niż do nich.
W powietrzu zawisło napięcie. Magda zacisnęła usta, Piotr spuścił wzrok. Ja poczułam w gardle znajomy ścisk, ten sam, co zawsze, gdy próbowałam powiedzieć, co naprawdę czuję.
„Zawsze wszystko na mojej głowie. A jak powiem coś nie po ich myśli, to ja jestem ta zła” – powtarzałam w myślach, próbując nie rozpłakać się na oczach dzieci. W domu czuć było zgrzyt – pierwsze słowa padły, a nikt nie zamierzał już udawać, że wszystko jest w porządku.
Te słowa mnie zmroziły
Nocą nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, nasłuchując, jak dom powoli cichnie. Myślałam, że wszyscy już śpią, ale z kuchni dobiegały przytłumione głosy. Otworzyłam drzwi swojego pokoju i na palcach podeszłam pod ścianę. Nie chciałam podsłuchiwać, a jednak usłyszałam każde słowo.
– Wiesz, mam wrażenie, że jestem jej synem, ale ona mnie po prostu nie lubi – szeptał Piotr, a jego zmęczony głos brzmiał obco.
– Ja też czuję się tu jak problem, nie jak rodzina – Magda nie kryła rozgoryczenia. – Zawsze jakieś pretensje, wszystko źle. Staram się, jak mogę, ale po prostu się duszę.
– Mama zawsze taka była. Milcząca, osądzająca. Nigdy nie potrafiła okazać czułości – westchnął Piotr.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż wszystko, co wydarzyło się w ciągu dnia. Stałam chwilę pod drzwiami, czując jak narasta we mnie żal. Weszłam do kuchni, nie kryjąc, że słyszałam rozmowę.
– A więc tak mnie widzicie. To dobrze wiedzieć – powiedziałam cicho, stając w progu.
Magda odwróciła się gwałtownie.
– Może pora w końcu to powiedzieć, bo cierpimy wszyscy. Ja nie chcę się czuć jak intruz w tym domu.
Piotr podniósł wzrok znad stołu, speszony.
– Mamo, nikt nie chce cię ranić…
– Nie chce, ale nieźle sobie z tym radzicie – wyrzuciłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Do kuchni wszedł Edward, zaspany i rozdrażniony.
– Po co te dramaty o drugiej w nocy? Nie można porozmawiać jak ludzie, tylko robić przedstawienia?
Staliśmy tak, każdy po swojej stronie stołu, nie mogąc się zdecydować, kto powinien pierwszy odejść, kto pierwszy się przyzna do winy. W powietrzu czuć było gorycz i bezsilność – te słowa padły, już nie było powrotu do udawania.
Wyrzuciłam z siebie wszystko
Zapadła taka cisza, że aż w uszach dzwoniło. Czułam, jak ściska mi gardło – wszystko, czego nie mówiłam przez lata, aż domagało się wyjścia. Magda patrzyła na mnie z wyzwaniem, Piotr miał minę zbitego psa, a Edward stał przy drzwiach, gotowy wyjść, byle nie uczestniczyć w tej scenie.
W końcu usiadłam przy stole, przetarłam oczy i zaczęłam mówić, choć głos mi drżał.
– Ja też kiedyś miałam marzenia. Myślicie, że nie chciałam żyć inaczej? Chciałam podróżować, malować, pójść na kurs francuskiego, mieć święty spokój. Ale potem była praca, dzieci, opieka nad twoim ojcem… Zawsze ktoś był ważniejszy. Ja byłam na końcu.
Nikt się nie odezwał, więc ciągnęłam dalej, jakby nagle ktoś odkręcił we mnie zawór.
– Nie prosiłam o pomoc, bo nie chciałam być ciężarem. Myślałam, że wystarczy być cichą, wytrzymałą. Dawać wam wszystko, nawet kosztem siebie. A teraz… Teraz już nie mam siły was nosić na plecach.
Edward chrząknął, pierwszy raz od dawna spojrzał mi w oczy:
– Nigdy nie mówiłaś – rzucił cicho, niemal z wyrzutem.
– Bo mnie nikt nie pytał – odpowiedziałam równie cicho. – Każdy zakładał, że matka sobie poradzi, że babcia się domyśli, że nie trzeba o nic pytać, bo przecież zawsze wszystko załatwię.
Magda ścisnęła ręce na kolanach, spuściła wzrok.
– Myślałam, że chcecie, żebyśmy przyjechali.
– Tak, chcemy. Ale już nie mam siły robić wszystko sama – powtórzyłam.
Łzy cisnęły mi się do oczu, ale powstrzymałam się przed płaczem. Milczenie rozciągnęło się między nami jak przepaść. Każdy z nas miał swoje racje, swoje żale i pretensje, ale w tej chwili nic już nie mogło ich połączyć.
Dostałam to, czego chciałam
Następny dzień był inny niż wszystkie dotąd – dziwnie cichy, ciężki. Dzieci bawiły się nieco ciszej, jakby wyczuwały atmosferę, której nie umiały nazwać. Magda pakowała rzeczy w sypialni, Piotr kręcił się po domu, niby szukając czegoś, ale tak naprawdę nie mając odwagi ze mną rozmawiać. Edward całe przedpołudnie przesiedział w garażu, nawet nie wchodząc po kawę.
Z pokoju słyszałam trzask zamka od walizki, stłumione szepty. Siedziałam przy stole, wpatrzona w swoje ręce, czując, że zrobiła się między nami przepaść, której nikt już nie próbował zasypywać.
W końcu Magda weszła do kuchni, ubrana do drogi, z tą swoją spiętą miną.
– Dziękuję, mamo, za wszystko – powiedziała, ledwie się uśmiechając. – Zadzwonimy, jak dojedziemy.
Skinęłam głową, nie patrząc jej w oczy. Dzieci podeszły na pożegnanie. Najmłodsza wtuliła się we mnie, starszy zapytał z powagą, która nie pasowała do jego wieku:
– Babciu, kiedy znowu się spotkamy?
W myślach odpowiedziałam: „Może kiedyś. A może już wcale”. Na głos powiedziałam tylko:
– Zobaczymy, kochanie.
Piotr próbował się ze mną pożegnać, patrzył przez chwilę, jakby szukał słów, ale zrezygnował i tylko lekko mnie uściskał. Edward nawet nie wrócił z garażu – czy ze złości, czy z bezradności, już nie umiałam rozpoznać.
Kiedy dom prawie opustoszał, usiadłam na chwilę z wnuczką na kolanach. Po raz pierwszy od dawna poczułam coś innego niż złość czy zmęczenie – czułość, tę prostą, dziecięcą. Mała przytuliła się mocno i spojrzała na mnie z ufnością, której nie zasłużyłam ani nie potrafiłam już przyjąć.
„Może trzeba było powiedzieć coś wcześniej, ale nie umiałam. Teraz jest już późno” – myślałam, gładząc drobną rączkę dziewczynki. Dom znowu ucichł. Tym razem była to cisza po burzy.
Nie będę więcej udawać
Wieczorem, kiedy dom już zupełnie ucichł, siedziałam sama w kuchni. Kubek z herbatą parował jeszcze na stole, a światło znad zlewu rozlewało się złotą plamą na obrusie. Za oknem śnieg przysypywał ślady, jakby chciał zetrzeć po nich wszelką pamięć. Słuchałam tej ciszy, która przez lata była dla mnie luksusem, a dziś ciążyła mi jak kamień.
Przypominałam sobie minione dni – każde spojrzenie, każde słowo, które wymknęło się nie w porę. Żal ściskał mi gardło, choć nie byłam już pewna, czy żałuję tego, co powiedziałam, czy raczej tego, że przez tyle lat milczałam. Byłam zbyt dumna, żeby prosić o pomoc, zbyt zmęczona, by znów zacząć wszystko od nowa.
Nie wiem, czy wrócą. Nie wiem nawet, czy ja tego chcę. Może tak miało być – może właśnie tego potrzebowaliśmy, by każdy z nas wreszcie przestał udawać. Wiem tylko jedno: nie potrafię już dłużej grać roli, którą sama sobie narzuciłam. Teraz, choć wszystko jest rozbite, czuję spokój – bo cisza w końcu należy do mnie.
Barbara, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina wpada do mnie na ferie jak do jakiegoś pensjonatu. Jeszcze tylko brakuje, by chcieli pobudkę na życzenie”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „Mój zięć nie ma dla mnie za grosz szacunku. Kto by pomyślał, że będę mieć takiego cwaniaka w rodzinie”

