„Na kolację walentynkową zrobiłam kotlety schabowe. Mąż po jednym kęsie zakochał się we mnie na nowo”
„– Te kotlety… – zaczął i zamilkł. – One przypomniały mi, jak to było, kiedy ktoś na mnie czekał. Zabolało. Nie dlatego, że mówił o przeszłości, ale dlatego, że nie zauważył, iż ja wciąż czekałam. – Ja nadal tu jestem i cię kocham – powiedziałam cicho”.

Siedzieliśmy obok siebie, a jednak osobno. W tym samym mieszkaniu, przy tym samym stole, z tym samym kalendarzem na lodówce, który od miesięcy niczego już nie zapowiadał. Byłam żoną Pawła, ale coraz częściej czułam się jak ktoś, kto tylko pilnuje, żeby w domu było czysto i cicho. Najbardziej bolało to, że obojętność weszła między nas tak naturalnie, jakby zawsze tu była.
Rutyna mnie niepokoiła
Poranki zaczynały się u nas od ciszy. Nie tej kojącej, tylko ciężkiej, lepkiej, która osiadała na wszystkim. Budzik dzwonił, Paweł wstawał pierwszy, zawsze o tej samej porze. Słyszałam, jak w kuchni nalewa wodę do czajnika, jak przesuwa krzesło. Nigdy nie zaglądał do sypialni, żeby zapytać, czy już nie śpię. Ja też przestałam udawać, że to przypadek.
Kiedy wychodziłam z łóżka, na stole stał już kubek po kawie. Pusty. Czasem kartka z listą spraw do załatwienia, napisana jego równym pismem, jakby była notatką służbową.
– Wracam później – rzucił któregoś ranka, zakładając płaszcz.
– Jasne – odpowiedziałam, choć nawet nie wiedziałam, dokąd idzie.
Wieczory wyglądały podobnie. On na kanapie z laptopem, ja w fotelu z książką, której treści nie pamiętałam. Telewizor grał gdzieś w tle, żeby nie było słychać naszych myśli. Kiedyś siadaliśmy blisko, teraz między nami mieściła się cała torba z zakupami i jeszcze trochę.
Najgorsze były drobiazgi. To, że nie pytał, jak minął mi dzień. Że ja przestałam mówić, bo i tak nie słuchał. Że gdy przechodził obok, nie dotykał mnie już nawet przypadkiem. Jakbyśmy nauczyli się omijać siebie w wąskim korytarzu. Pamiętałam, jacy byliśmy na początku. Rozmowy do późna, śmiech z byle czego, poczucie, że ktoś naprawdę chce być obok. Teraz czułam się jak mebel, który stoi na swoim miejscu i nikomu nie przeszkadza.
Raz spróbowałam.
– Paweł, my w ogóle jeszcze jesteśmy razem? – zapytałam, stojąc w kuchni.
Podniósł wzrok znad ekranu.
– Irena, nie zaczynaj. Jestem zmęczony.
I tyle. Żadnej kłótni, żadnego wyjaśnienia. Zmęczenie stało się wymówką na wszystko. Zaczęłam zastanawiać się nad nami. Czy to ja przestałam być ciekawa, czy on przestał chcieć patrzeć. W tym małżeństwie było coraz mniej mnie, a coraz więcej obowiązku. Najbardziej bolało to, że nauczyłam się z tym żyć.
Walentynki nie miały znaczenia
Walentynki pojawiły się w kalendarzu jak obca kartka, której nikt nie chciał wyjąć. Czternasty lutego. Czerwone serduszko, które kiedyś narysowałam markerem z głupiej radości, teraz wyglądało jak plama. Paweł nawet na nie nie spojrzał.
– To jutro – rzuciłam wieczorem, bardziej do siebie niż do niego.
– Co jutro? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Nic – odpowiedziałam szybko.
Nie miałam siły tłumaczyć, że chodzi o dzień, który kiedyś był dla nas pretekstem, żeby być bliżej. Teraz był tylko kolejną datą, po której nastąpi następna. Następnego dnia zadzwoniła Karolina. Znała mnie na tyle dobrze, że nie pytała, jak się czuję. Po prostu zaczęła mówić.
– Powiedz mi, że chociaż udajesz, że to święto istnieje.
– Udaję, że mnie nie dotyczy – westchnęłam.
– Irena… ile jeszcze?
To pytanie zawisło między nami. Ile jeszcze ciszy. Ile wieczorów obok siebie, a jednak osobno. Ile udawania, że to normalne.
– Może spróbuj czegoś małego – powiedziała ciszej. – Nie dla niego. Dla siebie. Żebyś wiedziała, że jeszcze potrafisz.
To był impuls
Po rozmowie długo siedziałam w kuchni. Patrzyłam na lodówkę, na półki, na miejsce, gdzie kiedyś z pasją gotowałam. Gotowanie było moim językiem miłości. Tak mówiłam „zależy mi”, kiedy nie umiałam inaczej. Przestałam, bo nikt już nie słuchał.
Impuls przyszedł nagle. Kotlety schabowe. Dawno ich nie robiłam. Paweł kiedyś je lubił, jeszcze zanim wszystko stało się takie beznadziejne. Przez chwilę zawahałam się, czy to nie żałosne. Kolacja jako ostatnia deska ratunku.
– Co mi szkodzi – powiedziałam na głos, wyjmując patelnię.
Nie zapalałam świec. Nie planowałam rozmów. Chciałam tylko sprawdzić, czy między nami zostało cokolwiek, co da się obudzić. Nawet jeśli miałoby to być tylko wspomnienie. Kiedy Paweł wrócił do domu, zapach był już w całym mieszkaniu.
– Co gotujesz? – zapytał zdziwiony, stając w drzwiach kuchni.
– Niespodzianka – odpowiedziałam, choć serce zaczęło mi bić szybciej.
Nie wiedziałam jeszcze, że ta decyzja otworzy coś, co oboje od dawna trzymaliśmy zamknięte.
Mąż był zaskoczony
Ręce lekko mi drżały, kiedy przekładałam kotlety na talerze. Zbyt cienkie, zbyt grube, za mało rumiane – wszystko wydawało mi się nagle nie takie. Kuchnia pachniała znajomo, aż za bardzo. Ten zapach wciągał mnie w wspomnienia, których wolałabym teraz nie dotykać. Dawniej Paweł kręcił się obok, podjadał, komentował. Tego wieczoru siedział już przy stole, milczący, jakby bał się zepsuć coś, czego sam nie rozumiał.
Postawiłam talerze. Usiadłam naprzeciwko niego, chociaż zwykle jadaliśmy osobno. Ten drobiazg sprawił, że poczułam się nieswojo, jak na pierwszej randce, która wcale nie miała się wydarzyć.
– Dawno tego nie było – powiedział w końcu, patrząc na jedzenie, a nie na mnie.
– Pomyślałam, że zrobię. Skoro dziś walentynki, to uczcijmy je schabowym – odpowiedziałam i od razu pożałowałam, że nie dodałam nic więcej.
Zaczął jeść. Obserwowałam każdy ruch widelca, każde uniesienie brwi. Kiedy zamknął oczy na ułamek sekundy, serce mi zamarło.
– Smakuje jak u mamy – powiedział cicho.
To zdanie zabrzmiało w kuchni głośniej niż powinno. Zofia zawsze była obecna w naszym małżeństwie, nawet gdy fizycznie jej nie było. Jej uwagi, porównania, drobne krytyki. Paweł często wracał z jej domu jak ktoś, kto znów musi być „w porządku”.
– Ona robiła je w piątki – dodał po chwili. – Zawsze, kiedy wracałem późno ze szkoły.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Patrzyłam, jak je dalej, wolniej, uważniej. Jakby to nie był zwykły posiłek, tylko coś, co trzeba przeżyć.
– Dlaczego przestałaś gotować? – zapytał nagle.
Zaskoczył mnie. To było pytanie, na które nie byłam przygotowana.
– Bo… nie widziałam sensu – odpowiedziałam szczerze.
Podniósł na mnie wzrok. Pierwszy raz od dawna naprawdę na mnie spojrzał. W jego twarzy pojawiło się coś, czego nie widziałam od miesięcy. Jedliśmy w ciszy, ale nie była to ta sama cisza co zwykle. Była napięta, pełna niedopowiedzeń. Czułam, że coś się zbiera, że ta kolacja dotyka miejsca, które oboje omijaliśmy szerokim łukiem.
Kiedy odstawił talerz, nie wstał od razu.
– Irena… – zaczął, po czym urwał.
Czekałam, wstrzymując oddech.
Znów byliśmy szczerzy
– Irena… – powtórzył, jakby sprawdzał, czy to imię nadal coś znaczy.
Podniosłam wzrok. Siedział pochylony, dłonie splecione, zupełnie inaczej niż zwykle, gdy był pewny siebie i zdystansowany. Teraz wyglądał, jakby ktoś zdjął z niego sztywną marynarkę, w której chodził od lat.
– Te kotlety… – zaczął i zamilkł. – One przypomniały mi, jak to było, kiedy ktoś na mnie czekał.
Zabolało. Nie dlatego, że mówił o przeszłości, ale dlatego, że nie zauważył, iż ja wciąż czekałam.
– Ja nadal tu jestem i cię kocham – powiedziałam cicho. – Tylko przestałeś mnie dostrzegać.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby ta myśl przyszła mu do głowy po raz pierwszy.
– Zawsze miałem wrażenie, że ty sobie radzisz – odpowiedział. – Że wszystko jest pod kontrolą. Że mnie nie potrzebujesz.
Zaśmiałam się krótko, bez radości.
– A ty kiedykolwiek zapytałeś? Czy tylko uznałeś, że skoro nie narzekam, to mnie nie ma?
Zapadła cisza. Taka, która boli w uszach. Paweł wstał i zaczął chodzić po kuchni, jakby szukał właściwego miejsca.
– U mamy zawsze było jasno – powiedział nagle. – Prosto. Jak coś było nie tak, to się o tym mówiło. A u nas… wszystko było przemilczane.
– Bo każde moje słowo trafiało na mur – odpowiedziałam. – A ja nie miałam siły ciągle w niego uderzać.
Zatrzymał się. Odwrócił do mnie.
– Myślałem, że odsuwasz się ode mnie – przyznał. – Że już mnie nie chcesz. A ja… ja się wtedy wycofałem. Też z dumy. Też z lęku.
Pierwszy raz od dawna nie obwinialiśmy tylko siebie nawzajem. To było jak pęknięcie czegoś twardego, co długo trzymało nas w ryzach. Poczułam ulgę, ale też strach. Bo jeśli już wszystko zostało nazwane, nie dało się wrócić do udawania.
Usiadł z powrotem przy stole.
– To nie chodzi o jedzenie – powiedział. – Chodzi o to, że zapomnieliśmy być dla siebie ważni. A przecież jak cię kocham i to się nie zmieni.
Pokiwałam głową. Wiedziałam to od dawna, ale dopiero teraz zabrzmiało to prawdziwie. Nie było wielkich gestów. Nie było obietnic. Była rozmowa, spóźniona, ale szczera.
Wierzę, że będzie dobrze
Tamtego wieczoru długo siedzieliśmy w kuchni, choć talerze były już dawno puste. Rozmowa zamieniła się w czułości. Była spokojna, momentami niezręczna, ale prawdziwa. Po raz pierwszy od lat nie uciekaliśmy od siebie do innych pokoi.
– Nie chcę już tak żyć – powiedziałam w końcu. – Obok ciebie, ale sama.
Paweł skinął głową, jakby ta myśl dojrzewała w nim od dawna.
– Ja też nie – odpowiedział.
Nasze małżeństwo nie stało się nagle idealne. Nadal uczyliśmy się mówić, nadal zdarzały się momenty ciszy. Ale przestała być ona obojętna. Była w niej uwaga. Kotlety schabowe zrobiłam jeszcze raz, tydzień później. Paweł uśmiechnął się wtedy i powiedział:
– Niech będą na stałe w naszym menu – powiedział, a potem złapał jednego prosto z patelni jak dawniej.
Zrozumiałam, że miłość nie wraca jednym gestem ani jednym daniem. Wraca decyzją, żeby zostać i spróbować jeszcze raz, świadomie.
Irena, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek zamiast jeść faworki, opłakiwałam złamane serce. Mój związek okazał się bardziej kruchy od ciastek”
- „Mąż wyjechał z dziećmi na ferie i wrócił odmieniony. Radość się skończyła, gdy odkryłam powód tej zmiany”
- „Zrobiłem sobie tydzień ferii od mojej nudnej żony i wyjechałem z kochanką. Szybko wróciłem do domu z podkulonym ogonem”

