„Na karnawałowym balu maskowym poznałam prawdziwe oblicze mojego męża. Tej obrzydliwej zdrady nie uda mu się zamaskować”
„Ludzie tańczyli, śmiali się, ślizgali się między sobą jak cienie. A ja czułam się jak intruz. W końcu wyszłam na taras, żeby złapać oddech. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Czułam, że moja cierpliwość się kończy i wtedy usłyszałam śmiech. Znajomy głos, znajoma intonacja. Śmiech, który kiedyś kochałam”.

- Redakcja
Kiedy zgodziłam się pójść z Markiem na karnawałowy bal maskowy, byłam przekonana, że to będzie odświeżenie naszej relacji. Ostatnio zbyt wiele rzeczy stawało między nami: praca, obowiązki, ciche dni, które przeciągały się do tygodni. Tęskniłam za czasami, gdy potrafiliśmy się śmiać bez powodu, spojrzeć na siebie z iskrami w oczach.
Miałam nadzieję, że odrobina tajemnicy, kolorów i tanecznej zabawy przywróci dawną iskrę. Nie spodziewałam się, że właśnie tam, pośród świateł i muzyki, zdejmę z Marka nie tylko maskę karnawałową, ale też tę, którą nosił przede mną przez całe nasze małżeństwo.
Czułam się jak w bajce
Przygotowania zaczęły się już kilka dni wcześniej. Wydawało mi się, że Marek wreszcie się angażuje — przeglądał w telefonie oferty, zerkał na zdjęcia kostiumów, nawet raz zapytał, w jakim kolorze powinnam mieć sukienkę. Wtedy poczułam ukłucie nadziei.
Tego popołudnia, kiedy weszłam do salonu, leżało tam pudełko owinięte srebrną wstążką. Marek siedział na kanapie, jakby czekał na moją reakcję.
– Dla ciebie – powiedział, unosząc podbródek w kierunku prezentu.
Otworzyłam je ostrożnie. W środku była maska z piórami i brokatem, przyozdobiona drobnymi kryształkami. Piękna, teatralna.
– Nie sądzisz, że to trochę… przesada? – zapytałam, obracając ją w dłoniach.
– To bal maskowy, kochanie. Raz w roku możesz udawać kogoś innego – uśmiechnął się, ale jego oczy nie wyrażały radości.
Zastanawiałam się, kiedy ostatnio naprawdę się cieszył. W naszym domu od miesięcy panował chłód. Zamiast bliskości – rutyna. Każde z nas żyło obok siebie. A jednak tamtego wieczoru, kiedy wkładałam sukienkę, układałam włosy i przymierzałam maskę, czułam się jak ktoś inny. Jak kobieta, którą ktoś może chcieć.
Sala balowa hotelu była olśniewająca: kryształowe żyrandole, złote zasłony, setki kolorowych masek. Światło odbijało się w brokacie, w cekinach, w kieliszkach. Przez chwilę czułam się jak w bajce.
– Pięknie, prawda? – zapytałam Marka.
– Tak – odparł krótko.
I wtedy po raz pierwszy coś mnie ukłuło. Jego obojętność.
– Idź się zabaw, ja przyniosę nam coś do picia – powiedział Marek, a potem zniknął w tłumie.
Pokiwałam głową, choć serce zadrżało. Zamiast wracać z drinkami, zniknął na dobre. Przez kolejne minuty kręciłam się sama po sali, zagadywana przez obcych ludzi. Maska dawała mi anonimowość, ale nie bezpieczeństwo. Coś było nie tak.
Nie chciałam w to wierzyć
Z każdym kolejnym utworem sala stawała się coraz bardziej zatłoczona. Ludzie tańczyli, śmiali się, ślizgali się między sobą jak cienie. A ja czułam się jak intruz. Szukałam Marka. Nie odbierał telefonu.
Najpierw usprawiedliwiałam go w myślach. „Może spotkał kogoś z pracy”. „Może poszedł do toalety”. „Może telefon ma w kieszeni, nie czuje wibracji”. Tyle że kolejne minuty zmieniały się w pół godziny.
W końcu wyszłam na taras, żeby złapać oddech. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz. Czułam, że moja cierpliwość się kończy i wtedy usłyszałam śmiech. Znajomy głos, znajoma intonacja. Śmiech, który kiedyś kochałam.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam go. Stał przy stoliku na końcu tarasu, ubrany w czarną maskę, podobną do mojej. Śmiał się z jakąś kobietą – rudą, z czerwonym wachlarzem. Pochylała się do niego zbyt blisko, a on nie odsuwał się ani na centymetr.
– Marek? – zapytałam półgłosem, ale nie usłyszał.
Obserwowałam ich przez chwilę. Widziałam jego dłoń na jej talii, jej palce muskające jego ramię. To nie było „niewinne”. To nie była „rozmowa”. To było coś, co przypominało początek romansu. Nie chciałam wierzyć w to, co widzę.
Zrobiłam krok w ich stronę, ale w tym momencie kobieta coś mu szepnęła i oboje się zaśmiali. Jakby byli w swoim świecie. Świecie, w którym ja nie istnieję. Wróciłam do środka. Serce waliło mi jak oszalałe. Jeszcze nie wiedziałam, co zrobię, ale już wiedziałam, że tej nocy nie odpuszczę.
Pozwoliłam sobie na chwilę zapomnienia
Na parkiecie ktoś mnie zaczepił. Mężczyzna w czarnym stroju, z prostą maską i intensywnym spojrzeniem. Pojawił się obok mnie, nie pytając o zgodę, po prostu wyciągnął rękę i wciągnął mnie w rytm.
Zaskoczyło mnie to, ale nie protestowałam. Chciałam, żeby Marek mnie zobaczył. Może chciałam wzbudzić w nim zazdrość, a może po prostu chciałam poczuć się jeszcze pożądana.
– Ładna maska – powiedział nieznajomy, patrząc mi prosto w oczy. – Ale oczy masz smutne.
Te słowa uderzyły we mnie mocniej, niż powinny.
– Może dlatego, że zobaczyłam dziś za dużo – odpowiedziałam i nawet mnie zaskoczyło, jak gorzko to zabrzmiało.
Mężczyzna przez moment milczał, jakby zrozumiał więcej, niż powiedziałam.
– Czasem dostrzeżenie prawdy boli najbardziej – mruknął. – Ale jeszcze bardziej boli udawanie, że jej nie ma.
Tańczyliśmy dalej. On był blisko, dotyk jego dłoni delikatny, ale stanowczy. Przez chwilę pozwoliłam sobie na zapomnienie. Muzyka była głośna, światło miękkie, a ja… ja wreszcie czułam, że ktoś prowadzi mnie pewnie, jakby wiedział, czego chce. Gdybym była wolna, pewnie bym się zawahała.
W pewnym momencie kątem oka zobaczyłam Marka. Wracał z tarasu z rudą kobietą, śmiejąc się, jakby wszystko było w porządku. Stanęli przy barze, on nachylił się do niej i szepnął coś do ucha. Ona się zaśmiała i pocałowała go w policzek. Jak gdyby nigdy nic. Jakby mnie nie było. Jakbym była tylko elementem dekoracji.
W moim ciele pojawiło się coś gorącego. Nie płacz, nie smutek, tylko złość. Zostawiłam nieznajomego na parkiecie i ruszyłam w ich stronę. Każdy krok był jak cios serca.
Tę twarz znałam aż za dobrze
– Marek – powiedziałam, stając tuż obok niego. – Masz może chwilę?
Odwrócił się z zaskoczeniem. Przez sekundę udawał, że mnie nie poznaje.
– Przepraszam, my się znamy? – rzucił, próbując grać dalej.
W tej jednej chwili dotarło do mnie, że to nie jest spontaniczny flirt. To jest jego gra. Gra, którą ćwiczył. W której czuje się dobrze. W której ja jestem tylko „żoną”, którą można na chwilę wyłączyć z obrazu. Zdjęłam swoją maskę, a później zerwałam mu z twarzy jego. Zamarł. Przez krótką sekundę zobaczyłam jego prawdziwą twarz — nie tę sztuczną, nie tę z domu, nie tę z pracy. Tę, na której był wymalowany strach.
– No proszę… to ty – mruknął.
– Tak, to ja. Twoja żona.
Kobieta obok niego uniosła brew. Jej spojrzenie przesunęło się po mnie od góry do dołu, jakby mnie oceniała. Jakby już wygrała.
– Żartujesz – powiedziała z przekąsem. – To twoja żona?
Marek otworzył usta, ale nie powiedział nic. Stał jak słup soli. Patrzyłam na niego i nie poznawałam go. Jakby przybrał maskę nie tylko na twarz, ale na całe życie. Jakby zapomniał, kim jest.
– Wiesz co? – zwróciłam się do niej. – Wydaje mi się, że twój partner nie powiedział ci całej prawdy. Ale to już nie moja sprawa. Śmiało, możesz go sobie zabrać, jeśli chcesz.
Na moment w sali zrobiło się ciszej — albo tylko ja przestałam słyszeć muzykę. Kobieta zamrugała, jakby nie była pewna, czy to scenariusz, czy prawda. Marek nadal milczał. Odwróciłam się i wyszłam z sali. Łzy cisnęły mi się do oczu, ale nie zamierzałam ich pokazać. Nie tam, nie przy nich. Nie w miejscu, gdzie ktoś właśnie podeptał moje zaufanie.
Nie chciałam już kłamstw
Wróciłam do domu taksówką. W samochodzie patrzyłam w okno, na rozmazane światła miasta. Wszystko wydawało się obce, a jednocześnie boleśnie wyraźne. Marek dzwonił, ale nie odebrałam. Nie czytałam wiadomości, które wysyłał.
Weszłam do mieszkania i nagle uderzyła mnie cisza. Zawsze tu była — ale teraz stała się ciężka. Usiadłam na łóżku i przez chwilę tylko patrzyłam w przestrzeń. Jakby mózg próbował jeszcze raz ułożyć to w coś, co nie będzie boleć. W końcu telefon zadzwonił jeszcze raz. Tym razem odebrałam.
– Daj mi wyjaśnić – powiedział od razu. – To nie było to, co myślisz.
Zaśmiałam się krótko. Bez radości.
– Daj spokój, Marek – odparłam chłodno. – Wiem, co widziałam. Maska ci nie pomoże.
– To był tylko flirt, zabawa, nic więcej!
– A więc tak wygląda twoja definicja zabawy? Całowanie się z obcą kobietą na balu, na który przyszedłeś z żoną?
Zamilkł. W tej ciszy usłyszałam więcej niż w tysiącu słów.
– Wiesz, co było najgorsze? – ciągnęłam dalej. – Że nawet nie próbowałeś tego ukryć. Jakbyś już mnie skreślił. Jakbyś nie widział sensu w udawaniu.
Po drugiej stronie usłyszałam oddech, ciężki, urywany.
– Przepraszam – wyszeptał.
– Za co dokładnie?
– Za wszystko.
Rozłączyłam się. Nie chciałam już słuchać. Nie chciałam kolejnych kłamstw, usprawiedliwień. Wystarczyło mi, że przez lata patrzyłam na mężczyznę, którego nie znałam. Który okazał się zupełnie kimś innym, niż sądziłam.
Nagle przypomniałam sobie wszystkie wieczory, kiedy „zostawał dłużej w pracy”. Wszystkie weekendy, kiedy był „zmęczony” i „nie miał głowy”. I dotarło do mnie, że moja intuicja nie była paranoją. Była ostrzeżeniem, które ignorowałam, bo łatwiej było wierzyć niż czuć ból po stracie.
Odzyskałam wolność
Dwa dni później Marek spakował się i wyprowadził. Sam, bez awantur, bez błagań. Jakby nagle zrozumiał, że w tej historii nie ma już miejsca na kolejne akty. Wiedział, że tym razem przesadził.
Nie był to pierwszy raz, kiedy miałam wątpliwości, ale pierwszy raz, gdy złapałam go za rękę. I nie, nie wytłumaczył mi niczego, bo nie miał nic do powiedzenia.
Zrozumiałam, że cała nasza relacja była jednym wielkim balem maskowym. On grał oddanego męża, ja wierzyłam w tę grę. Aż do chwili, gdy maski spadły, a pod nimi zobaczyłam obcego człowieka.
Zdrady nie da się zamaskować. Prędzej czy później wszystko wyjdzie na jaw. I kiedy już zobaczy się prawdę – nie da się jej zignorować. Można tylko podjąć decyzję, czy nadal chce się żyć w iluzji, czy w końcu – odzyskać wolność.
Karolina, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na romantyczne walentynki z mężem, a spędziłam je w garażu teścia. Nie wiem, czy kiedyś to sobie wybaczę”
- „6 w lotto zmieniła moje życie w kłamstwo. Ukrywam kasę przed bliskimi, żeby niczego im nie sponsorować”
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”

