Reklama

W naszej firmie nie ma nic przypadkowego – nawet przydział stolika w kuchni to wynik jakiegoś układu, niepisanej sympatii albo cichego ostracyzmu. Pracuję tu trzy lata, jako specjalistka do spraw sprzedaży. Staram się nie wychylać. Robię swoje, dotrzymuję terminów, nie wchodzę w cudze sprawy. Dzięki temu udaje mi się unikać konfliktów – ale też wiem, że nie jestem częścią „wewnętrznego kręgu”. Tego, który zawsze śmieje się najgłośniej na zebraniach, a na wyjazdach firmowych siada przy Andrzeju.

Szef, Andrzej – czterdziestka na karku, nonszalancki urok i uśmiech, który pojawia się za każdym razem, gdy wchodzi do pokoju, gdzie są młodsze kobiety. Zna się na robocie, tego nikt mu nie odbierze. Wie też, jak używać swojego stanowiska. O jego „ulubienicach” mówi się półgębkiem, półżartem. Jedna awansowała po kwartale, inna nagle została delegowana do prestiżowego projektu. Wszyscy wiedzą, nikt nie mówi.

Gdy ogłoszono wyjazd integracyjny w góry – nie miałam wielkich oczekiwań. Marzyłam o chwili spokoju. Pokój miałam dzielić z Anią – jedyną osobą, z którą naprawdę się przyjaźnię.

– Ale będzie! – ekscytowała się przez telefon, gdy pakowałyśmy kosmetyczki. – Sauna, śniadania z bufetem, może nawet kulig?

– No i wreszcie trochę świętego spokoju – dodałam.

Nie wiedziałam wtedy, że mój pokój będzie miał „widok” na coś, czego wolałabym nigdy nie zobaczyć.

Myślałam, że to błąd

Recepcja pachniała drewnem. Stałam w kolejce z walizką i czułam lekką ekscytację – nieczęsto miałam okazję wyrwać się z miasta. Kiedy przyszła moja kolej, podałam nazwisko i od razu spytałam:

Pokój z Anną M., prawda?

Recepcjonistka sprawdziła coś w komputerze, zmarszczyła brwi i odparła:

– Nie... Ma pani apartament jednoosobowy. 104. To klucz.

Zawahałam się.

– Nie... to chyba musi być pomyłka. Miałyśmy być razem – powiedziałam, ale kobieta wzruszyła ramionami.

– To decyzja organizatora. Wszystko się zgadza.

Wzięłam kartę do pokoju, wciąż zdezorientowana. Przez chwilę stałam przed windą, patrząc na nią jak na coś obcego. Sama? Czemu? Wreszcie weszłam, wciskając guzik „1”. Na korytarzu pachniało lawendą. Pokój 104 był przytulny, z dużym łóżkiem, balkonem i widokiem na zaśnieżone drzewa. Może to i lepiej, pomyślałam. Chwila prywatności. Bez chrapania Ani, bez walizki pod nogami. Po godzinie zadzwoniłam do niej.

– Ty, dziwna sprawa. Dostałam pokój sama – powiedziałam od razu.

– Serio? Ja jestem z tą nową, Gosią z HR. Myślałam, że coś się pozmieniało... może pomylili nas? – zastanowiła się głośno. – Dziwne, ale nie szkodzi, nie?

Nie szkodzi – skłamałam.

Odłożyłam telefon i przez chwilę wpatrywałam się w sufit. W powietrzu wisiało coś, czego nie potrafiłam nazwać. Może po prostu miałam szczęście albo... może nie. „Może to przypadek, ale… czemu właśnie ja?”.

Przyszedł tylko pogadać

Wieczór był dokładnie taki, jak przewidywałam – dużo alkoholu, śmiechu i obowiązkowych „integracyjnych” zabaw, w których nikt nie chciał brać udziału, ale wszyscy musieli. Andrzej brylował jak zwykle. Oczko w głowie HR-u, czarował nową stażystkę i z kimś tam wznosił toast za „najlepszy dział sprzedaży w Polsce”.

Około 22:00 się wymknęłam. Miałam dość. Gdy wychodziłam z sali, nikt nawet nie zauważył. W pokoju od razu zmyłam makijaż, rozpuściłam włosy i założyłam luźną bluzę. Wreszcie cisza. Zaparzyłam herbatę i usiadłam na łóżku z książką, której i tak nie czytałam.

Nagle usłyszałam pukanie. Zamarłam. Gdy uchyliłam drzwi, stał tam Andrzej. Szef Andrzej. Bez marynarki, z rozpiętym guzikiem koszuli. W ręku trzymał butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedział, przekrzywiając głowę. – Pomyślałem, że może... porozmawiamy. Po ludzku. Z kimś, kto zasługuje na więcej.

– Na więcej? – powtórzyłam, jak idiotka, nie rozumiejąc jeszcze do końca sytuacji.

– No... na więcej niż małe biurko na wspólnej sali i chłodne raporty. Naprawdę cieszę się, że przyjęłaś ten pokój. Wiesz, z niektórymi lepiej się rozmawia na osobności.

– Nie wiedziałam, że to twoja decyzja… – powiedziałam powoli, ostrożnie.

Nie wszystko musi być oficjalne – mrugnął.

Napięcie zrobiło się gęste jak śnieg za oknem. Stałam jak wmurowana. „To nie był przypadek. Cholera, co mam zrobić? Jeśli go wyrzucę, narobię sobie wrogów. Jeśli nie… kim ja jestem?”.

Nie wiedziałam, co robić

Zamknęłam drzwi za nim, choć wszystko we mnie krzyczało, żeby go nie wpuszczać. Zrobiłam to może z grzeczności, może z głupoty. Andrzej usiadł bez zaproszenia na fotelu pod oknem, odstawił kieliszki na stolik i z nonszalanckim ruchem odkręcił butelkę.

– Nie musisz się niczego bać, Iwona – powiedział spokojnie, nalewając czerwonego wina. – Nie jestem idiotą. Wiem, że jesteś mądra. Inna niż reszta.

– Nie sądzisz, że to trochę... niestosowne? – zapytałam, siadając ostrożnie na łóżku, jak najdalej od niego.

– Nie wszystko, co niestosowne, jest złe. Chciałem cię lepiej poznać. Jesteś wyjątkowa. To chyba nie przestępstwo?

Pociągnął łyk wina i spojrzał na mnie jak na zagadkę, którą właśnie postanowił rozwiązać. W mojej głowie huczało. „To test. Może nawet nie chodzi o łóżko. Może o uległość?”.

– Masz prawo do swojego życia prywatnego – powiedziałam ostrożnie.

– Tak, ale czasem granice się przesuwają. Z ludźmi, którzy na to zasługują.

Usiadł bliżej. Zbyt blisko. Czułam zapach jego wody kolońskiej i czegoś jeszcze – pewności siebie.

„Czy on robił to już z innymi? Czy odmowa oznacza koniec kariery? A może początek szacunku?”.

Powiedz tylko, jeśli nie chcesz... – dodał cicho.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

Nie chcę.

Przez sekundę milczał. Wstał.

Rozumiem – powiedział krótko i wyszedł.

Zostałam sama. Ręce mi się trzęsły.

To mnie spotkały konsekwencje

Następny poranek był inny. Powietrze w jadalni wydawało się gęstsze, a spojrzenia bardziej oceniające. Andrzej siedział przy głównym stole i nie spojrzał w moją stronę ani razu. Jakby mnie tam nie było. Ania podeszła z kawą.

Coś ty zrobiła? Andrzej jest na ciebie wściekły – powiedziała cicho, siadając obok.

Westchnęłam głośno.

– Po prostu... nie chciałam się z nim integrować w jego stylu – odpowiedziałam, zbyt zmęczona, żeby udawać.

Zamrugała, próbując zrozumieć, o czym mówię, ale nie dopytała. Spojrzałam na swój talerz – jajecznica, której nie miałam siły ruszyć. Czułam, że coś się skończyło. Coś, czego nawet nie potrafiłam nazwać.

Po śniadaniu szliśmy całą grupą na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, ale rozmowy były sztywne. Niektórzy patrzyli na mnie z ukosa, inni unikali wzroku. Szeptali. Już słyszałam pierwsze echa:

– Iwona teraz już się z szefem nie trzyma?

– Myśli, że jest jakaś lepsza?

Wróciłam do pokoju i przez chwilę po prostu siedziałam na łóżku w milczeniu. Czułam się pusta i samotna, jak jeszcze nigdy. „Byłam silna. Ale czy warto było? Ile jeszcze kobiet tak próbował podejść?”. Wiedziałam jedno – coś się we mnie zmieniło i to nieodwracalnie. Tego dnia zrozumiałam, że nie da się przejść przez pewne drzwi i udawać, że ich tam nie było.

Wszystko się zmieniło

Po powrocie do biura wszystko wyglądało tak samo – te same biurka, te same maile, ten sam ekspres, który parzył zbyt słabą kawę. To jednak było tylko złudzenie. Zmieniło się wszystko. Tygodnie były ciche. Nie dostawałam żadnych nowych zadań, żadnych klientów. Projekty, które wcześniej prowadziłam, przejęły inne osoby. Mój kalendarz robił się coraz bardziej pusty, a mój głos coraz mniej potrzebny.

Zaczęłam przeglądać oferty pracy w przerwach między spotkaniami, na których byłam tylko cieniem siebie. Nie wiedziałam, czy bardziej czuję się wykluczona, czy po prostu przejrzana.

Pewnego dnia w kuchni podeszła do mnie Marta z działu finansowego. Nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy dłużej niż trwa powiedzenie sobie „cześć”.

– Iwona... dobrze, że się nie dałaś – powiedziała półgłosem, nalewając sobie herbaty.

– Przepraszam?

– Andrzej. On robi tak od lat. Każdy wie, ale każdy milczy.

Spojrzała na mnie znacząco i wyszła, zostawiając mnie z łyżeczką zawieszoną w powietrzu. Wtedy zauważyłam, że jedna z kobiet z księgowości też na mnie patrzy. Krótko. Wymownie i ze smutkiem. Nie jestem jedyna. Tamte spojrzenia, tamte milczenia – mówiły wszystko. Każdego dnia zastanawiałam się, czy to już czas. Czy mam odejść. Uciec. A może – wyjść z podniesioną głową? Nie chcę żyć w takim świecie. Chyba właśnie do tego dorosłam.

Zyskałam coś ważnego

Odeszłam bez pożegnań. Bez ciasta w kuchni, bez maila z podziękowaniami, bez uścisków dłoni. Po prostu – w piątek o 16:00 zamknęłam laptopa, wzięłam kubek z półki i wyszłam. Po raz ostatni. Nowa praca przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Mniejsza firma, mniej prestiżowa, bez wielkich kampanii i wieczorów w eleganckich salach konferencyjnych. Przynajmniej z jasnymi zasadami. Takimi, które są spisane, a nie wyszeptane przy winie.

Czasem, gdy wracam do tamtego wieczoru w pokoju 104, czuję skurcz w żołądku. Nie dlatego, że czegoś żałuję. Tylko dlatego, że wtedy pierwszy raz zderzyłam się z czymś, o czym się milczy. Z tą cienką granicą, którą ktoś przesuwa, sprawdzając, czy się zgodzisz. Czy będziesz wygodna. Czy będziesz „rozumieć zasady gry”.

Straciłam więcej niż etat. Straciłam złudzenie, że jeśli będziesz pracować rzetelnie i nie wtrącać się w gierki, to zostawią cię w spokoju. Nie zostawią. Niektórym przeszkadzasz już samą odmową. Zyskałam też coś, choć nie od razu to widziałam. Spokój. Lustro, w które mogę spojrzeć bez wstydu. Kilka kobiet, które później mi podziękowały spojrzeniem, a jednej z nich – Martynie z HR – podałam kontakt do fundacji dla kobiet.

Nie każda decyzja przynosi nagrodę, ale każda coś o nas mówi. Wolę być sobą niż czyjąś grą. Może i przegrałam tę rundę, ale przynajmniej wiem, z kim nie chcę już nigdy grać.

Iwona, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama