Reklama

Kiedy pakowałam nasze rzeczy do samochodu, nie sądziłam, że ten wyjazd tak mocno odmieni moje życie. Zawsze lubiliśmy ferie zimowe. Były dla nas chwilą wytchnienia, okazją do śmiechu i wspólnych żartów na zaśnieżonym stoku. Zimą, gdy mróz szczypał w policzki, czułam, że naprawdę odpoczywamy od codzienności, uciekamy od problemów i niedomówień, które czasem zagnieżdżały się w naszym domu.

Ten rok miał być wyjątkowy – nowe miejsce w Tatrach, nowa trasa, a do tego nasze dwudziestolecie razem. Nie spodziewałam się jednak, że radość zamieni się w żałobę, a śnieżne krajobrazy na zawsze będą mi się kojarzyć nie ze szczęściem, lecz z bólem, którego nie sposób opisać.

Nawet teraz, kiedy zamykam oczy, widzę ostatni obraz – jego sylwetkę na stoku, coraz mniejszą i mniejszą, aż w końcu zupełnie znika za zakrętem. Nigdy już nie wrócił. Ja musiałam wrócić sama, z zupełnie innym bagażem niż ten, z którym wyjechałam.

Czułam dziwny niepokój

Wyjazd na ferie zawsze wywoływał we mnie dwa sprzeczne uczucia: podekscytowanie i niepokój. Może dlatego, że zima bywała kapryśna, a ja lubiłam wszystko mieć pod kontrolą. Tym razem jednak postanowiłam odpuścić, pozwolić sobie na beztroskę. Mąż żartował, że za bardzo się wszystkim przejmuję – nawet pakowaniem rękawiczek i wyborem nart. On był tym, który potrafił rozładować każdą napiętą sytuację jednym zdaniem.

– Kochanie, nawet jeśli zapomnimy kasku, znajdziemy wypożyczalnię. Głowy nie stracimy – rzucił wesoło, gdy po raz trzeci sprawdzałam, czy wszystko zabraliśmy.

Uśmiechnęłam się, choć gdzieś w środku czułam niepokój, jakby ten wyjazd miał być inny niż poprzednie. Może z powodu naszych cichych kłótni o codzienność, może przez przemęczenie, które ostatnio wkradało się do naszego życia. Mąż był coraz bardziej zamyślony, czasem patrzył przez okno z miną, której nie znałam.

Droga w góry minęła nam spokojnie, choć atmosfera w samochodzie bywała napięta. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, jakbyśmy unikali naprawdę ważnych tematów. Nocleg znaleźliśmy w małym pensjonacie, daleko od zgiełku. Wieczorem, gdy dzieci już spały, długo patrzyliśmy na siebie w ciszy, każde z własnymi myślami. Przez chwilę czułam się, jakbym patrzyła na obcego człowieka.

Wtedy widziałam go ostatni raz

Poranek przywitał nas słońcem i takim mrozem, że para buchała z ust już po otwarciu okna. W kuchni pensjonatu pachniało świeżym pieczywem, a śnieg skrzypiał pod butami, kiedy wynosiliśmy narty przed dom. Mąż był wyraźnie podekscytowany – jakby nagle odnalazł w sobie tę młodzieńczą radość, którą czasem gubił w natłoku codziennych spraw. Ja jednak miałam w sobie niepokój, który nie chciał minąć.

– Słyszałaś prognozy? Dziś ma być idealny śnieg – powiedział, podając mi kubek herbaty.

– Obyś się nie przeliczył – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie głosu.

– Przestań się martwić, dzisiaj będzie piękny dzień – uśmiechnął się szeroko i lekko musnął mnie w policzek.

Wjechaliśmy wyciągiem na górę. Stok był niemal pusty, cichy, tylko od czasu do czasu mijał nas ktoś, kto zjeżdżał szybciej. Mąż ruszył pierwszy, zawsze musiał być pierwszy – zawsze prowadził, pokazywał drogę. Stałam przez chwilę na górze, patrząc jak jego sylwetka znika wśród drzew, aż w końcu zniknął za zakrętem.

Dzieci poprosiły, żebym jechała z nimi, więc odwróciłam wzrok. Nikt z nas wtedy nie przypuszczał, że to ostatni raz, gdy widzimy go tak radosnego, pełnego życia. Tamto światło, tamten śnieg, wszystko wyglądało tak niewinnie.

Wiedziałam, że coś się stało

Wydawało mi się, że zjazd potrwa najwyżej kilka minut. On zawsze wybierał najtrudniejsze trasy, lubił czuć wiatr na twarzy i ten dreszcz ryzyka, który mnie raczej przerażał niż bawił. Czekałam z dziećmi na dole stoku, obserwując ich nieporadność i wsłuchując się w śmiech, który na chwilę rozpraszał mój niepokój.

Minuty mijały, a on nie pojawiał się na dole. Początkowo myślałam, że gdzieś się zatrzymał, może robi zdjęcia albo czeka na nas na trasie.

– Mamo, gdzie tata? – spytała cicho córka, łapiąc mnie za rękaw.

– Może zgubił kijek, zaraz będzie – powiedziałam szybko, sama nie wierząc w to tłumaczenie.

Czas zaczął się wydłużać, z każdą kolejną chwilą narastało napięcie. Inni narciarze mijali nas bez słowa, niektórzy patrzyli ze współczuciem, jakby przeczuwali, że coś jest nie tak. W końcu podjechał do nas pracownik wyciągu, zasapany, z komórką w dłoni.

– Proszę pani, musimy porozmawiać…

Zamarłam na chwilę, patrząc na jego pobladłą twarz.

– Czy coś się stało? – zapytałam cicho, czując, jak gardło ściska mi się z przerażenia.

Nie odpowiedział od razu. Poprosił, by dzieci zostały z inną osobą. Wtedy już wiedziałam, że stało się coś złego. Instynktownie czułam, że ta chwila podzieli moje życie na „przed” i „po”.

Świat mi się zawalił

Pamiętam każdy detal – skrzypienie śniegu pod butami, trzęsące się ręce i dziwne światło, które wydawało się nienaturalnie ostre. Pracownik wyciągu prowadził mnie na bok, jakby chciał ukryć przed innymi naszą rozmowę. Słowa docierały do mnie jak przez mgłę.

– Pani mąż miał wypadek. Ratownicy są już na miejscu, robią, co mogą. Proszę poczekać tutaj… – mówił cicho, a ja tylko kiwałam głową, niezdolna do żadnej reakcji.

W sercu czułam ciężar, jakiego nie znałam nigdy wcześniej. Nie wiem, ile czasu upłynęło. Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Patrzyłam w stronę lasu, tam gdzie zniknął, i wmawiałam sobie, że zaraz wyjdzie z tych drzew, otrzepie spodnie i zacznie się śmiać z własnej niezdarności. Próbowałam nie myśleć o tym, co najgorsze.

Obok stała kobieta, która podała mi kubek z gorącą herbatą.

– Będzie dobrze, pani zobaczy, takich wypadków jest mnóstwo – szepnęła.

Chciałam jej uwierzyć, naprawdę. Jednak gdy pojawił się lekarz, nie musiał nic mówić. Widziałam to w jego oczach. Czułam, jak świat wali się na moją głowę, a ja stoję bezradna, zmarznięta i nieprzygotowana na to, co za chwilę usłyszę.

– Przykro mi, nic więcej nie mogliśmy zrobić.

Nic nie przynosiło mi ulgi

Powrót do pensjonatu był jak koszmar, z którego nie mogłam się obudzić. Korytarze wydawały się dłuższe, ściany chłodniejsze, a śmiech dzieci zza zamkniętych drzwi innych pokoi drażnił mnie do bólu. Musiałam powiedzieć dzieciom, że tata nie wróci. Ich oczy – najpierw szeroko otwarte ze zdziwienia, potem powoli zalewane łzami – będą mi się śniły do końca życia.

– Mama, przecież tata obiecał, że zabierze nas jeszcze na sanki… – szepnął syn, wpatrzony w ścianę.

– Wiem, kochanie. – Przytuliłam ich mocno, czując, jak kruszy się cały mój świat.

Przyszło mi zebrać nasze rzeczy, zapakować sprzęt narciarski, jakby wszystko było normalne. Przez okno widziałam, jak zjeżdżają inni, zadowoleni, zmęczeni, z rumieńcami na policzkach. Nie byłam już częścią tej radosnej beztroski. Kiedy odebrałam rzeczy męża od ratowników, miałam wrażenie, że każdy z nich patrzy na mnie ze współczuciem, ale żadne słowo nie przynosiło ulgi.

Najtrudniejsze było wejście do pustego samochodu. Miejsce pasażera pozostało puste, narty złożone na tylnym siedzeniu jak niemi świadkowie tej tragedii. Wiedziałam, że czeka mnie najdłuższa podróż w życiu – powrót do domu bez niego, z trumną zamiast radosnych wspomnień.

Tego nikt nam nie odbierze

Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego właśnie nas to spotkało. Dom po powrocie wydawał się jeszcze bardziej obcy, jakby każdy kąt czekał na jego kroki, śmiech, obecność. Dzieci pytały, czy zima będzie jeszcze kiedyś taka jak dawniej, czy jeszcze pojedziemy w góry, czy znowu ktoś będzie stał z nami na stoku. Nie umiałam im odpowiedzieć.

Za każdym razem, gdy w radiu słyszałam prognozę pogody albo widziałam śnieg za oknem, czułam w gardle ścisk. Przez pierwsze tygodnie nie wypakowałam walizki – nie byłam w stanie patrzeć na jego sweter, rękawiczki, czapkę, w której śmiał się do zdjęcia. Najtrudniej było przyjąć, że życie toczy się dalej, choć wydawało się, że wszystko się zatrzymało.

Musiałam nauczyć się prosić o pomoc, odbierać kondolencje, słuchać fraz, które mają niby pocieszać, a tylko potęgują pustkę. Dzieci powoli uczyły się żyć bez niego, ale wiem, że każdy z nas codziennie wracał myślami do tamtego stoku, do tego ostatniego zjazdu.

Dziś wiem, że żałoba nie znika wraz z topniejącym śniegiem. Jest jak echo krzyku na mroźnym wietrze – czasem cichsze, czasem znów przeraźliwie głośne. Ale mimo bólu potrafię już spokojnie oddychać zimą i czuć wdzięczność za te wszystkie wspólne chwile, których nikt nam nie odbierze.

Weronika, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama