Reklama

To miał być tydzień, który sklei nasze pęknięcia, a zamiast tego roztrzaskał nas na kawałki. Góry, śnieg i wizja rodzinnego szczęścia wydawały się idealnym tłem do naprawy tego, co w codziennym pędzie zaczęło nam umykać. Kiedy Olek po raz trzeci tego samego wieczoru stwierdził, że musi wyjść do sklepu, poczułam ten specyficzny ucisk w żołądku. Nie wiedziałam jeszcze, że problem nie leży w braku mleka do kawy czy baterii do zabawki, ale w pokoju numer dwanaście, gdzie przeszłość mojego męża właśnie układała klocki ze swoim synem.

Chciałam w to wierzyć

Pakowanie czteroosobowej rodziny na tygodniowy wyjazd w góry przypomina logistykę małej operacji wojskowej. Kiedy w końcu domknęliśmy bagażnik, upychając w nim sanki, narty i niezliczoną ilość kurtek, poczułam ulgę. Marzyłam o tym od miesięcy. Ja, Olek, sześcioletni Antoś i czteroletnia Zuzia. Żadnych telefonów z pracy, żadnych terminów, tylko my i białe szczyty za oknem.

Ostatni rok był dla nas trudny. Olek awansował, co wiązało się z jego ciągłą nieobecnością, ja z kolei czułam się przytłoczona domową rutyną i pracą zdalną. Oddalaliśmy się od siebie, stając się raczej współlokatorami zarządzającymi domowym przedszkolem niż zakochaną parą. „Pensjonat pod Limbą” miał być naszym azylem. Drewniany, pachnący żywicą budynek położony na uboczu, z dala od zgiełku Krupówek, wydawał się magicznym miejscem. Kiedy dojechaliśmy do celu, sypał gęsty śnieg, a dzieci piszczały z radości na widok zasp sięgających im do pasa. Olek wyglądał na zmęczonego prowadzeniem, ale uśmiechał się do mnie tak, jak dawniej.

Będzie cudownie, zobaczysz — szepnął, całując mnie w czoło, gdy wnosiliśmy walizki. — Tylko my.

Chciałam w to wierzyć. Rozpakowałam rzeczy, układając swetry w szafie, podczas gdy dzieci biegały po pokoju, kłócąc się o to, kto śpi na górnym łóżku piętrowym. Przez chwilę czułam, że odzyskuję grunt pod nogami. Że ten wyjazd to właśnie to, czego potrzebowaliśmy. Pierwszy wieczór minął spokojnie, przy planszówkach i gorącej czekoladzie. Nie wiedziałam wtedy, że to cisza przed burzą, a scenariusz naszego dramatu już został napisany przez zrządzenie losu.

Zbagatelizowałam to

Wszystko zaczęło się we wtorek rano. Podczas śniadania Olek był dziwnie spięty. Nerwowo stukał palcami o blat stołu, a jego wzrok błądził po sali jadalnej, jakby kogoś szukał albo, co gorsza, przed kimś uciekał. Zapytałam, czy wszystko w porządku, czy może dostał jakiegoś stresującego maila z firmy, mimo obietnicy bycia offline.

— Nie, nie, skądże — odpowiedział zbyt szybko, nie patrząc mi w oczy. — Po prostu źle spałem. Poduszka była za twarda.

Zbagatelizowałam to. Każdy ma prawo do gorszego poranka. Jednak po południu, gdy wróciliśmy z górki saneczkowej, zachowanie Olka stało się jeszcze bardziej zastanawiające.

— Słuchaj, Paulina, skoczę do sklepu — rzucił, zakładając kurtkę, którą dopiero co zdjął.

— Do sklepu? Przecież mamy wszystko. Zrobiliśmy wielkie zakupy po drodze — zdziwiłam się, wycierając Zuzi nos.

— Wiem, ale... zapomniałem pianki do golenia. I mam ochotę na colę. Zaraz wracam.

Najbliższy sklep był oddalony o dobre dwa kilometry. Olek wrócił po czterdziestu minutach, przynosząc puszkę napoju i najtańszą piankę. Wyglądał na zdyszanego, ale jednocześnie pobudzonego. Wieczorem sytuacja się powtórzyła. Tym razem powodem był „brak gotówki na jutrzejszy wyciąg” i konieczność znalezienia bankomatu.

— Przecież wszędzie można płacić kartą, a nawet jeśli nie, to mam gotówkę w portfelu — argumentowałam, czując narastający niepokój.

— Kochanie, wolę mieć swoje drobne. Przewietrzę się przy okazji — uciął dyskusję i wyszedł w noc.

Siedziałam z dziećmi, czytając im bajkę o smokach, ale moje myśli krążyły wokół męża. Coś było nie tak. Jego telefon, zwykle leżący niedbale na szafce nocnej, teraz zniknął w kieszeni jego spodni. Kiedy wrócił, pachniał zimnym powietrzem i... czymś jeszcze. Dymem papierosowym? Olek rzucił palenie pięć lat temu.

Co ona tu robiła?

Środa przyniosła odwilż i mgłę. Dzieci marudziły, więc postanowiłam zabrać je do pokoju zabaw, który znajdował się w podziemiach pensjonatu. Olek został w pokoju, twierdząc, że musi odpisać na „tego jednego, pilnego maila”. Sala zabaw była kolorowym chaosem. Kilkoro dzieci rzucało się piłkami w basenie z kulkami, rodzice siedzieli na pufach, przeglądając telefony. Usiadłam w rogu z książką, zerkając co chwilę na Antosia i Zuzię. Wtedy weszła ona.

Wysoka brunetka o nienagannej figurze, ubrana w stylowy, beżowy dres, który wyglądał na droższy niż cała moja garderoba wyjazdowa. Miała w sobie ten rodzaj naturalnej elegancji, który zawsze mnie onieśmielał. Weszła z chłopcem, na oko siedmioletnim.

— Leo, proszę, uważaj na okulary — powiedziała do syna głosem, który wydał mi się dziwnie znajomy.

Podniosłam wzrok znad książki i zamarłam. To była Patrycja. Nie widziałam jej na żywo nigdy wcześniej, ale znałam jej twarz z każdego piksela starych zdjęć, które kiedyś, na początku naszego związku, znalazłam w pudle u Olka. Patrycja. Wielka miłość ze studiów. Ta, o której jego znajomi mówili z dziwnym namaszczeniem. Ta, która „złamała mu serce i wyjechała do Londynu”. Ta, z którą porównywałam się przez pierwsze dwa lata małżeństwa, czując się tą drugą, tą „bezpieczną opcją”.

Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Co ona tu robiła? Czy to przypadek? Świat jest mały, ale żeby aż tak? Pensjonat na końcu świata, środek tygodnia... Patrzyłam na nią ukradkiem. Wyglądała świetnie. Zadbana cera, lśniące włosy. Bawiła się z synem, uśmiechając się szeroko. Leo. Jej syn miał na imię Leo. Przyjrzałam się chłopcu. Miał ciemne, kręcone włosy i... Boże, czy ja wariuję? Czy moja wyobraźnia płata mi figle? Chłopiec miał ten sam charakterystyczny dołeczek w brodzie, co Olek.

Czekałam na jego reakcję

Wróciłam do pokoju roztrzęsiona. Olek siedział na łóżku z laptopem, ale ekran był wygaszony. Gdy weszłam, drgnął nerwowo.

— Już jesteście? Tak szybko? — zapytał, a w jego głosie wyczułam nutę rozczarowania.

— Dzieci zgłodniały — skłamałam. — Olek, nie zgadniesz, kogo widziałam na dole.

Przez ułamek sekundy w jego oczach zobaczyłam panikę. Czysty, nieskrywany strach.

— Kogo? — zapytał, siląc się na obojętność, która wyszła mu fatalnie.

— Patrycję. Twoją byłą.

Czekałam na jego reakcję. Spodziewałam się zdziwienia, może śmiechu. Zamiast tego Olek westchnął ciężko i spuścił wzrok.

— Wiem — powiedział cicho.

— Wiesz? — Mój głos zadrżał. – Skąd wiesz? Rozmawialiście?

— Widziałem ją wczoraj rano na parkingu. Kiedy pakowaliśmy narty. Ona mnie nie zauważyła... chyba.

— I nie powiedziałeś mi? Olek, dlaczego mi nie powiedziałeś?

— Bo wiedziałem, że będziesz tak reagować! — Podniósł głos, wstając z łóżka. — Że zaczniesz analizować, denerwować się. Chciałem nam oszczędzić stresu. To tylko głupi zbieg okoliczności.

„Zbieg okoliczności” – to hasło brzmiało w moich uszach jakoś fałszywie.

— A te twoje wyjścia do sklepu? — zapytałam, czując, jak zimny pot spływa mi po plecach. — Te spacery po piankę i bankomat? Spotykałeś się z nią?

Olek milczał przez chwilę, która wydawała się trwać wieczność.

— Nie spotykałem się z nią, Paulina. Przysięgam. Wychodziłem, żeby... żeby sprawdzić, czy jej samochód wciąż stoi. Żeby zobaczyć, w którym jest pokoju, żebyśmy na siebie nie wpadli. Unikałem jej! Robiłem to dla nas!

Chciałam mu wierzyć. Tak bardzo chciałam mu wierzyć. Ale w mojej głowie wciąż tkwił obraz chłopca z dołeczkiem w brodzie.

Wycofałam się bezszelestnie

Wieczorem atmosfera była gęsta. Dzieci wyczuwały napięcie i były marudne. Olek udawał, że ogląda telewizję, ja udawałam, że czytam. Nie mogłam jednak przestać myśleć o Leo. Ile on ma lat? Siedem? Olek i Patrycja rozstali się osiem lat temu. Ale potem... potem był ten jeden moment, kiedy Olek pojechał do Londynu „do pracy”, tuż przed tym, jak zaczęliśmy się spotykać na poważnie. Twierdził, że się z nią nie widział.

Wstałam gwałtownie.

— Idę po herbatę do kuchni na dole — rzuciłam.

Musiałam to sprawdzić. Musiałam zobaczyć ich jeszcze raz. Zeszłam do wspólnej sali kominkowej. Była prawie pusta, tylko przy jednym stoliku siedziała starsza para grająca w karty. I ona. Patrycja siedziała na sofie przy kominku, popijając wino. Chłopca nie było. Zrobiłam krok w jej stronę, a potem się cofnęłam. Co ja robię? Będę ją przesłuchiwać? I wtedy zobaczyłam Olka.

Wcale nie został w pokoju. Musiał wyjść chwilę po mnie, pewnie drugim wyjściem. Stał w cieniu, przy wejściu do sali, i patrzył na nią. Nie podszedł. Po prostu stał i patrzył z wyrazem twarzy, którego nie widziałam u niego od lat. To była mieszanka tęsknoty, żalu i... czułości. Poczułam się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. To nie zdrada fizyczna bolała najbardziej w moich wyobrażeniach. To ten wzrok. Wzrok, który mówił, że mimo upływu lat, mimo dwójki naszych dzieci, mimo obrączki na palcu, jakaś część jego duszy wciąż należała do niej.

Wycofałam się bezszelestnie. Wróciłam do pokoju, serce waliło mi jak młot. Olek wrócił pięć minut później.

— Nie było herbaty? — zapytał, widząc moje puste ręce.

— Nie — odpowiedziałam lodowato. — Ale widziałam, jak na nią patrzysz.

Jego głos brzmiał szczerze

Olek zbladł. Usiadł ciężko na fotelu.

— Paulina, to nie tak...

— Nie kłam — przerwałam mu spokojnie, choć w środku krzyczałam. — Widziałam cię. Stałeś tam i gapiłeś się na nią jak zauroczony nastolatek. I te twoje wycieczki... Wychodziłeś, żeby jej szukać, prawda? Żeby chociaż na nią popatrzeć.

Olek schował twarz w dłoniach.

— Nie wiem, co się ze mną dzieje — wyznał cicho, a ten szept był gorszy niż krzyk. — Kiedy ją zobaczyłem... wszystko wróciło. Nie chciałem tego. Kocham cię, kocham nasze dzieci. Ale... to było jak uderzenie pioruna. Przeszłość mnie dopadła.

— A dziecko? — zapytałam wprost. — Czy ten chłopiec jest twój?

Olek podniósł głowę, autentycznie zdziwiony.

— Co? Leo? Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?

Wygląda jak ty. Ma twój dołeczek. I wiek się zgadza. Byłeś w Londynie siedem lat temu.

Olek potrząsnął głową energicznie.

— Paulina, nie. Rozmawialiśmy dzisiaj... Tak, spotkałem ją wczoraj wieczorem, jak wracałem ze sklepu. Rozmawialiśmy przez chwilę. Leo jest synem jej męża, Anglika. Widziałem zdjęcia, mały jest kopią ojca. Ten dołeczek... to przypadek. Przysięgam ci na życie naszych dzieci. Nic nas nie łączyło w Londynie. — Jego głos brzmiał szczerze. A może po prostu chciałam, żeby brzmiał szczerze?

Kamień spadł mi z serca, ale w jego miejsce pojawił się inny ciężar. Ciężar świadomości, że mój mąż zdradzał mnie emocjonalnie, szukając kontaktu z echem dawnej miłości.

— Spotkałeś ją wczoraj — powtórzyłam powoli. — Czyli jednak kłamałeś, że jej unikasz.

— Chciałem tylko zamienić słowo. Zamknąć temat. Zapytać, co u niej. Nie planowałem tego, to był impuls.

Dla niej to zamknięty rozdział

Reszta wyjazdu była koszmarem. Nie wyjechaliśmy wcześniej, żeby nie robić przykrości dzieciom, które świetnie się bawiły, nieświadome dramatu rozgrywającego się nad ich głowami. Olek starał się, dwoił i troił. Był idealnym ojcem i mężem. Przynosił śniadania, organizował kuligi, bawił się z Antosiem w śniegu do utraty tchu. Ale ja widziałam zmianę. Widziałam, jak nerwowo rozgląda się wchodząc do jadalni. Widziałam, jak unika wzroku Patrycji, gdy mijaliśmy się na korytarzu. Ona zachowywała się z klasą — skinęła głową, uśmiechnęła się uprzejmie, nie dążyła do kontaktu. Może wiedziała, co się dzieje? Może Olek powiedział jej wczoraj więcej, niż mi przyznał?

Najgorsze były wieczory. Leżeliśmy obok siebie w łóżku, a między nami wyrósł mur zbudowany z niedopowiedzeń i jego nostalgii za życiem, którego nie wybrał. Zrozumiałam, że nie walczę z inną kobietą. Walczę z wyidealizowanym wspomnieniem, z fantazją o „tym, co by było, gdyby”.

Dzień przed wyjazdem spotkałam Patrycję w narciarni. Byłyśmy same.

Masz wspaniałe dzieci — powiedziała niespodziewanie, zapinając buty synowi.

— Dziękuję — odpowiedziałam sztywno.

— Olek ma szczęście — dodała, patrząc mi prosto w oczy. — Zawsze szukał domu. Cieszę się, że go znalazł.

Jej słowa były szczere, pozbawione złośliwości. Zrozumiałam wtedy, że dla niej to zamknięty rozdział. To Olek był tym, który wciąż trzymał palec między stronami starej książki. Ona była wolna od przeszłości — to on pozostał jej więźniem.

Nie odeszłam

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Olek próbował żartować, włączał muzykę, ale rozmowa się nie kleiła. Ferie, które miały nas zbliżyć, ujawniły pęknięcie fundamentów. Od tamtego wyjazdu minęły dwa miesiące. Olek nie wychodzi już na podejrzane spacery. Jest w domu, jest obecny. Ale ja wciąż pamiętam jego wzrok wbity w kobietę siedzącą przy kominku. Czasami, gdy on myśli, że śpię, widzę, jak patrzy w okno z wyrazem nieobecności na twarzy. Zastanawiam się wtedy, czy jest ze mną, czy może wciąż w tamtym pensjonacie, w alternatywnej wersji swojego życia.

Nie odeszłam. Mamy dzieci, kredyt, wspólne życie, które jest dobre i wygodne. Kocham go. Ale zaufanie to coś, czego nie da się skleić taśmą klejącą ani naprawić romantyczną kolacją. Tamte ferie nauczyły mnie, że najgroźniejszym rywalem w związku nie zawsze jest inna osoba. Czasami jest to cień przeszłości, który staje się dłuższy, gdy tylko zajdzie słońce. Wiem jedno — następnym razem, gdy Olek powie, że idzie do sklepu, nie zapytam, co kupi. Zapytam, czego szuka. I czy na pewno znajdzie to na półce z produktami codziennego użytku, czy może w zakamarkach własnej, niespełnionej tęsknoty.

Paulina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama