Reklama

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy jestem szczęśliwa, odpowiedziałabym odruchowo, bez wahania: „tak, oczywiście”. Mam przecież wszystko – dom, męża, dwójkę cudownych dzieci. Żyjemy spokojnie, stabilnie, bez dramatów. Ale wystarczy, że zamknę oczy wieczorem, gdy gasną światła, a dzieci śpią już w swoich pokojach… Wtedy ta cisza potrafi krzyczeć. Krzyczeć o tym, jak bardzo czegoś mi brak.

Marek – mój mąż – jest dobrym ojcem, solidnym partnerem. Nie pije, nie zdradza, nie znika na całe noce. Naprawia cieknące krany, odwozi dzieci na basen i nigdy nie zapomina kupić mleka. Ale nie pamiętam już, kiedy ostatni raz dotknął mnie z czułością, spojrzał tak... naprawdę, jakby chciał mnie poczuć. A może to ja przestałam o to zabiegać?

Kuba ma dziesięć lat, Zosia siedem. Uwielbiam ich. Z Kuby wyrasta wrażliwy chłopiec, z Zosi – odważna iskierka. I dla nich się trzymam, dla nich ciągnę ten wózek dnia codziennego, nawet gdy mam ochotę z niego wysiąść.

– Dobrze spałaś? – zapytał dziś rano Marek, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.

– Mhm. A ty?

– Normalnie – odpowiedział, jak zwykle.

Podałam mu kubek kawy i już wiedziałam, że dziś znowu nie powie nic więcej. Znam ten scenariusz. Rozmowa o pogodzie, potem kto odbiera dzieci, co trzeba kupić, a wieczorem jego „idę już spać” i cichy trzask drzwi sypialni. A ja? Ja zostaję z samotnością w salonie. Czasem się zastanawiam, kiedy ostatni raz czułam się żywa. Nie potrzebna, po prostu… żywa. I dlaczego tak bardzo boję się odpowiedzi.

Niczego nie żałowałam

Wyjechaliśmy dzień po zakończeniu semestru. Marek spakował torby, ja zadbałam o resztę – bilety, rezerwację, zapas leków, ulubioną maskotkę Zosi. Kuba, jak zwykle, wszystko skwitował wzruszeniem ramion. On już nie miał siedmiu lat. W jego świecie zimowe ferie to przerwa od szkoły, nie rodzinny czas.

Dotarliśmy do niewielkiego pensjonatu w Beskidach. Drewniany dom z czerwonym dachem, przy którym stały dwa zasypane auta i samotna ławka. Na zdjęciach w internecie wyglądał na większy. Marek tylko spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział. Zresztą i tak pewnie uznał, że znów przesadziłam.

Pierwszego dnia dzieci poszły na narty z instruktorem. Marek został w pokoju, tłumacząc, że ma coś do dokończenia w pracy. Nie drążyłam. Zeszłam na dół, do jadalni. Było pusto, tylko jeden stolik przy kominku był zajęty. Mężczyzna siedział sam, z kieliszkiem i laptopem. Gdy spojrzał w moją stronę, skinął głową. Odwzajemniłam gest i usiadłam daleko, jak przystało na matkę dwójki dzieci i mężatkę z piętnastoletnim stażem.

Wieczorem zeszłam do salonu z książką, ale już po kilku stronach wiedziałam, że nie potrafię się skupić. Ten sam mężczyzna siedział przy kominku. Tym razem bez laptopa, za to z butelką i dwoma kieliszkami. Gdy tylko mnie zobaczył, wstał.

– Dobry wieczór. Nie lubię pić sam. Może pani dołączy?

Podeszłam, choć nie powinnam. Usiadłam, choć wewnętrzny głos mówił: wracaj do pokoju. Mówiłam sobie: jeden kieliszek, dziesięć minut, a potem pójdę.

Powiedział, że ma na imię Michał. Ja podałam swoje imię i nic więcej. Nie pytał, czy jestem sama. Nie zapytał, czym się zajmuję, czy mam dzieci. Rozmawialiśmy o książkach, filmach, górach. Powiedział, że ten pensjonat należy do jego przyjaciela, a on tylko pilnuje interesu w sezonie. Śmiałam się z jego historii, potem on słuchał moich.

Dotknął mojej dłoni, a ja jej nie cofnęłam. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy, która nie była niezręczna. Wstałam, a on za mną. Nie było słów, próśb ani namów. To się po prostu wydarzyło. Pokój gościnny był ciepły, pachniał drewnem. Tamta noc była intensywna. Michał był spokojny, dojrzały. Nie było w nim tej nerwowości, jaką pamiętałam z młodości. Było coś innego – obecność. Był ze mną, bez pytań. Nad ranem, gdy się ubierałam, odwrócił się i powiedział tylko:

To był błąd.

Skinęłam głową. Tak. Wiedziałam o tym już wcześniej. Ale nie żałowałam. Zasnęłam obok Marka, który nawet nie drgnął, gdy weszłam do pokoju. Rano powiedziałam, że boli mnie głowa. On odpowiedział, że ma dzisiaj dużo maili do wysłania. Nie wróciłam już do salonu. Michała widziałam jeszcze dwa razy. Raz, gdy wnosił drewno. Drugi, gdy pomagał jakiejś rodzinie wnieść bagaże. Nie spojrzeliśmy na siebie. Do końca pobytu milczeliśmy.

W drodze powrotnej dzieci śmiały się na tylnym siedzeniu, Marek rozmawiał przez telefon, a ja patrzyłam przez szybę i powtarzałam sobie, że to był tylko moment. Przypadek. Nic się nie zmieniło. Jestem tą samą matką, żoną, kobietą. Chciałam w to wierzyć.

Nie chciałam w to uwierzyć

Po powrocie do domu wszystko wróciło na swoje miejsce. Rano śniadania, potem szkoła, praca, kolacja, bajki, łóżko. Marek w laptopie, ja w praniu. Dzieci w swoich światach. Czułam ulgę, że znów jestem w tej dobrze znanej roli. Bez niedopowiedzeń, bez cieni na twarzy. Tamta noc w górach zamknęła się jak krótki rozdział.

Mijały dni. Tydzień, dwa, trzy. A ja coraz częściej czułam się dziwnie. Byłam zmęczona, drażliwa, nie mogłam spać. Przez moment łudziłam się, że to jakaś choroba. Ale wewnętrznie już wiedziałam. Czułam ten niepokój pod żebrami. To było inne zmęczenie. Ciało mówiło mi prawdę, której nie chciałam słyszeć.

Po cichu kupiłam test. W łazience trzymałam plastik w dłoni, odliczając w myślach. Kiedy pojawiła się druga kreska, poczułam zimny dreszcz. Trzymałam test długo, jakby miał się jeszcze rozmyślić, ale kreska nie znikała. Wiedziałam. To nie było dziecko Marka. Miałam ochotę zniszczyć ten test, zakopać go, spalić, wyrzucić przez okno, ale zostawiłam go w szafce za ręcznikami. To była moja kara.

Wieczorem powiedziałam Markowi. Usiadł na brzegu kanapy, spojrzał na mnie z niedowierzaniem. A potem coś w nim pękło. Objął mnie i pocałował w czoło. Powiedział, że to najpiękniejsza wiadomość od lat. Że teraz już będzie dobrze. Że czwarte serce w naszym domu to błogosławieństwo. Uśmiechnęłam się, żeby tylko nie widział. Żeby nie pytał. Żeby nie przyszło mu do głowy zadać tego jednego pytania.

Później zadzwoniłam do Magdy, mojej najbliższej przyjaciółki. Odebrała od razu.

– Hej, co tam?

– Nic... Zrobiłam test ciążowy.

Ty jesteś w ciąży? To cud! – wypaliła od razu, śmiejąc się głośno.

– Nie wiem, czy to cud... Ale tak. Jestem.

– No to gratulacje, kobieto! A Marek?

– Marek... jest szczęśliwy. Jak nigdy.

– No to chyba dobrze, co? Chociaż nie słyszę u ciebie euforii. Nie cieszysz się?

– Sama nie wiem. Chyba jestem w szoku. To się stało tak... nagle.

– Kochana, czasem życie daje ci coś, czego się nie spodziewasz. Ale potem okazuje się, że to właśnie było ci potrzebne. Zobaczysz. A jak nie, to przynajmniej będziesz miała komu oddać te wszystkie za małe śpioszki po Zosi.

Uśmiechnęłam się, ale z trudem. Powiedziałam, że oddzwonię później. Rozłączyłam się i wpatrywałam się w sufit. A potem w Marka, który tulił Kubę do snu.

Nie miałam pojęcia, co robić. Każdy ruch wydawał się zły. Każda decyzja prowadziła do końca czegoś, co już i tak wisiało na włosku. Patrzyłam na Marka, na dzieci, i myślałam, że jednym błędem zniszczyłam wszystko, co budowaliśmy przez lata. A może to przepadło już wcześniej?

Nie mogłam się ruszyć

Ciąża rosła. Lekarze mówili, że wszystko rozwija się książkowo. Że jestem zdrowa, wyniki mam wzorowe. Mówili to z tym swoim tonem, który ma uspokoić każdą matkę. Ja kiwałam głową, dziękowałam i udawałam, że te słowa coś dla mnie znaczą.

Kiedy wracałam do domu z kolejnym zdjęciem USG, czułam wstyd. Trzymałam je tak, żeby nie widzieć. Czasem tylko zerkałam kątem oka. Mały cień na ekranie. Niewyraźny profil, maleńka dłoń. Ale ja widziałam w nim tamtego mężczyznę. Ta myśl mnie odrzucała, a jednocześnie przyciągała, jakby w tym dziecku naprawdę istniała jakaś część mnie, której nie chciałam, a która mimo wszystko już była.

Marek był przejęty. Codziennie dopytywał, jak się czuję. Pomagał więcej niż zwykle. Nosił torby z zakupami, wstawał do Zosi, prasował ubrania Kuby. Wieczorami przykładał ucho do mojego brzucha i mówił do niego ściszonym głosem.

– Już niedługo się poznamy, maluszku – szepnął raz, a ja aż się skrzywiłam.

Nie powiedziałam mu, że nie chcę, by mówił „maluszku”. Nie chciałam, żeby cokolwiek mówił. Udawałam. Odtwarzałam wszystkie zachowania, które znałam z poprzednich ciąż. Uśmiechy, westchnienia, wybieranie imienia. A w środku byłam pusta. Nocami zamykałam się w łazience. Siadałam na brzegu wanny, dławiąc się cichym płaczem. Każde kopnięcie dziecka wbijało mi się pod żebra. Jak ostrze. Przypominało o tym, czego nie da się cofnąć.

Pewnego wieczoru Marek przyszedł z książką o imionach. Usiadł obok mnie na kanapie i z entuzjazmem zaczął czytać.

– Jeśli będzie chłopiec, to może Antoni? Albo Franek?

– Może – powiedziałam, nie patrząc na niego.

– A dziewczynka? Podobała ci się kiedyś Pola. Pamiętasz?

Skinęłam głową. Pola, dobrze. Niech będzie Pola. Cokolwiek. Patrzył na mnie przez chwilę. Pewnie widział, że nie jestem z nim, że moje odpowiedzi są mechaniczne. Ale nie zapytał. Może uznał, że jestem zmęczona. Może uznał, że to przez ciążę. Może nie chciał znać prawdy.

Na kolejnym badaniu lekarz pochwalił mnie za dobrą kondycję. Uśmiechnęłam się do niego i zapytałam, czy da się już poznać płeć.

– Chłopiec – powiedział z uśmiechem. – Bez wątpliwości. Gratulacje.

Wyszłam z gabinetu i przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Miałam wrażenie, że ziemia się osuwa. Chłopiec. Już wiedziałam. Już nie mogłam się łudzić. To naprawdę się dzieje. Noszę w sobie chłopca, którego oczy będą mi przypominały o czymś, czego nigdy nie będę w stanie zapomnieć.

W drodze powrotnej do domu przystanęłam w parku. Stałam tam długo, trzymając dłonie na brzuchu, z zaciśniętymi zębami. Czy ja go pokocham? Czy będę umiała patrzeć na jego twarz i nie widzieć tamtych chwil?

Żyłam w kłamstwie

Poród zaczął się nad ranem. Marek zerwał się natychmiast, działał sprawnie, pewnie. Zadziwiająco spokojnie. Ja byłam cicha, skupiona na oddechu. W szpitalu wszystko potoczyło się szybko. Zbyt szybko, jak na coś, co miało zmienić całe moje życie. Położna mówiła do mnie spokojnym głosem, lekarz wydawał krótkie polecenia. Widziałam sufit, światło, twarz Marka, napiętą i przejętą. Gdy usłyszałam pierwszy krzyk, poczułam ulgę.

– Chłopiec – powiedział lekarz.

Marek się rozpłakał. Pochylił się nade mną, powtarzał, że jest idealny, że to najpiękniejszy dzień w jego życiu. Słowa odbijały się ode mnie, nie zostawiając śladu. Kiedy położna położyła mi dziecko na piersi, spojrzałam na nie bez radości. I wtedy zobaczyłam to, czego tak bardzo się bałam. Nos, linia brwi. Kolor oczu. Widziałam w nim tamtego mężczyznę.

– Zmęczona jesteś, kochanie – powiedział Marek z czułością. – Odpocznij.

Skinęłam głową. Chciałam, żeby wyszedł. Żeby mnie zostawił. Zostałam sama na sali, z noworodkiem obok. Spał, oddychał cicho. Zacisnęłam usta. Łzy popłynęły same, bez kontroli. Zakryłam twarz dłonią, żeby nikt nie usłyszał. Płakałam z ulgi, że to już za mną, i z przerażenia, że to dopiero początek. W mojej głowie pojawiła się jedna myśl, wyraźna i ciężka. Od teraz już zawsze będę żyć w kłamstwie.

Minęły tygodnie

Dziecko rosło. Zdrowy, silny chłopiec. Marek był wpatrzony w niego jak w obraz. Wstawał w nocy, podawał butelkę, nosił godzinami na rękach. Śmiał się, kiedy mały marszczył brwi albo machał rączkami w powietrzu. Widział w nim swoje odbicie. Nie dostrzegał tego, co widziałam ja.

Przewijałam go, karmiłam, kołysałam. Robiłam wszystko, co powinnam. Kochałam go, chociaż każde jego spojrzenie, każdy gest przypominał mi tamtą noc. Patrzyłam w te oczy, jasne, chłodne, i widziałam człowieka, z którym nie zamieniłam już ani słowa. Wiedziałam jednak, że dziecko nie było niczemu winne. Kuba i Zosia przyjęli brata z entuzjazmem. Zwłaszcza Zosia, która nie odstępowała go na krok, z dumą pokazując go sąsiadom. Kuba podchodził do tego spokojniej, z rezerwą starszego brata. Najtrudniejsze były komentarze. Siostra, która przyszła w odwiedziny i powiedziała z uśmiechem:

– No nie wiem, Agnieszka… Chyba do Marka w ogóle niepodobny, ale śliczny.

Serce zamarło mi w piersi. Uśmiechnęłam się krótko, udając, że nie słyszę. Zmieniłam temat, podałam ciasto, ale już wiedziałam, że nie mam dużo czasu. Że kiedyś ktoś połączy fakty. I wtedy wszystko się rozsypie. Wieczorem Marek przyszedł do salonu, wziął małego na ręce i usiadł obok mnie.

To błogosławieństwo – powiedział, wpatrując się w syna. – Nie wiem, jak żyliśmy bez niego.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na jego dłonie, jak trzymają dziecko. Na twarz, na której malowała się miłość. I czułam coś, czego nie chciałam czuć – strach. Nie mogłam na niego spojrzeć. W łóżku leżałam nieruchomo, udając, że śpię, gdy Marek wtulał się we mnie i mówił, że jesteśmy teraz pełną rodziną. W mojej głowie huczało pytanie, które nie dawało mi spokoju: jak długo dam radę żyć w tej roli? Jak długo zdołam udawać?

Agnieszka, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama