Reklama

Myślałam, że moje życie to już tylko odhaczanie kolejnych kartek w kalendarzu, wizyty w przychodni i niedzielne obiady u córki, podczas których udaję, że wszystko u mnie w porządku. Byłam przekonana, że serce ma limit uderzeń przeznaczonych na wzruszenia i mój wyczerpał się lata temu, wraz z odejściem męża.

Żyłam w rutynie

Przez ostatnie pięć lat moim największym osiągnięciem było utrzymanie pelargonii przy życiu na balkonie i to, że nauczyłam się obsługiwać smartfona, żeby widzieć zdjęcia wnuków. Mieszkanie, które kiedyś tętniło życiem, gwarem rozmów i zapachem pieczonego ciasta, teraz stało się moją twierdzą samotności. Nie narzekałam. Przekonywałam samą siebie, że tak właśnie wygląda kolej rzeczy. Dzieci wyfruwają z gniazda, małżonkowie odchodzą, a nam, tym, którzy zostają, przypada rola strażników wspomnień.

Wstawałam rano, parzyłam herbatę w kubku z obtłuczonym uchem – pamiątce po jakichś wakacjach nad morzem – i patrzyłam przez okno na ludzi śpieszących się do pracy. Czułam się wtedy jak widz w teatrze, który ogląda sztukę, w której już nie gra. Moja córka Marta dbała o mnie na swój sposób. Dzwoniła codziennie o dziewiętnastej. Rozmowy były schematyczne. Co jadłam, czy wzięłam leki, jaka pogoda. Traktowała mnie trochę jak porcelanową lalkę, która może się stłuc przy byle podmuchu wiatru, a trochę jak duże dziecko, które trzeba kontrolować.

Moją jedyną ucieczką była działka. Tam, między grządkami czułam, że wciąż mam na coś wpływ. Że wciąż jestem potrzebna, choćby tym roślinom, które bez mojej ręki uschłyby. To tam spędzałam całe dnie od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Tam czułam się bezpiecznie, otoczona znajomymi twarzami innych emerytów, z którymi wymieniałam uwagi o mszycach i cenach prądu.

Nie znałam go

Działka po sąsiedzku straszyła chwastami sięgającymi pasa i altaną, która wyglądała, jakby trzymała się w pionie tylko dzięki silnej woli pająków zamieszkujących jej kąty. Właściciel zmarł dawno temu, a spadkobiercy nie kwapili się do sprzedaży. Przyzwyczaiłam się do tej dziczy za płotem. Stanowiła naturalny parawan, oddzielający mnie od reszty świata.

Pewnego dnia usłyszałam trzask łamanych gałęzi i siarczyste stękniecie. Wyjrzałam ostrożnie zza krzaka porzeczki. Na środku sąsiedniej działki stał mężczyzna. Wysoki, postawny, z burzą siwych włosów. Walczył z zardzewiałą kłódką u bramki, która ewidentnie nie miała zamiaru współpracować.

– Niech pan spróbuje podważyć od dołu – rzuciłam.

Mężczyzna podniósł głowę i spojrzał prosto w moje oczy.

– O, dzień dobry! – zawołał, jakbyśmy znali się od lat. – Dziękuję za radę! Trzyma mocniej niż urzędnik pieczątkę.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Udało mu się w końcu wejść. Przez następne godziny obserwowałam go kątem oka. Był chaotyczny. Rzucał się na te chwasty z motyką jak na smoka, bez planu, bez ładu, za to z ogromnym entuzjazmem. Widziałam, że nie ma pojęcia o ogrodnictwie. Wyrywał to, co powinno rosnąć, a zostawiał to, co należało usunąć. Kiedy po południu usiadł zmęczony na spróchniałej ławce, wycierając czoło chusteczką, poczułam dziwny impuls.

Był sympatyczny

Podeszłam do płotu z termosem.

– Może się pan napije? – zaproponowałam nieśmiało.

Podszedł od razu. Z bliska widziałam zmarszczki wokół jego oczu, które układały się w mapę częstego uśmiechu.

– Antoni – przedstawił się, wyciągając dużą, brudną od ziemi dłoń, po czym cofnął ją szybko i wytarł o spodnie. – Antoni jestem. I chyba porwałem się z motyką na słońce. Dosłownie.

– Barbara – odpowiedziałam. – I tak, to co pan przed chwilą wyrwał, to były piwonie. A ten chwast, który pan zostawił pod płotem, to nawłoć. Rozsieje się panu na całą działkę w tydzień.

Zaśmiał się głośno, serdecznie. Tak to się zaczęło. Antoni przychodził na działkę codziennie. Mówił, że przeszedł na emeryturę, sprzedał firmę synowi i musiał znaleźć sobie zajęcie, bo w domu dostawał kręćka. Okazało się, że jest wdowcem od trzech lat.

Pokazywałam, jak przycinać róże, kiedy podlewać pomidory, jak rozróżniać siewki od chwastów. On w zamian naprawił mi furtkę, która skrzypiała od dekady, i pomalował moją altanę na piękny, gołębi kolor. Z czasem nasze rozmowy przestały dotyczyć tylko roślin.

Zaprzyjaźniliśmy się

Siadaliśmy popołudniami na mojej werandzie. Ja przynosiłam ciasto drożdżowe, on parzył kawę w starej kawiarce, którą przyniósł z domu. Rozmawialiśmy o książkach, o tym, jak zmieniło się miasto, o wnukach, których rzadko widywaliśmy. Okazało się, że Antoni kochał historię, tak jak ja. Potrafił godzinami opowiadać o dawnych losach naszej dzielnicy. Słuchałam go jak zaczarowana.

Zauważyłam, że zaczynam się stroić na te spotkania. Zamiast starego, wyciągniętego dresu, zakładałam lnianą sukienkę. Przejrzałam się w lustrze i zobaczyłam kobietę, której nie widziałam od lat. Oczy mi błyszczały. Policzki miałam zaróżowione. Bałam się reakcji córki. Marta była pragmatyczna do bólu. Dla niej życie emeryta powinno składać się z bezpieczeństwa i spokoju. Wszelkie odchylenia od normy traktowała jako zagrożenie. Nie chciałam, żeby zepsuła to, co kiełkowało między mną a Antonim. To było zbyt kruche, zbyt cenne.

Wątpliwości dopadały mnie nocami. Leżałam w łóżku i analizowałam każde słowo Antoniego, każdy gest. Czy to tylko przyjaźń dwojga samotnych ludzi? Czy może coś więcej? A jeśli coś więcej, to czy to w ogóle wypada? Mam sześćdziesiąt osiem lat. Moje ciało nie jest już takie jak kiedyś. Mam bliznę po operacji wyrostka, żylaki na nogach i skórę, która straciła elastyczność. Czy mężczyzna może jeszcze patrzeć na mnie z pożądaniem?

Wstydziłam się tych myśli

Czułam się jak nastolatka uwięziona w ciele starszej pani. Ale kiedy Antoni przypadkiem dotknął mojej dłoni, podając mi sekator, prąd przeszedł mnie od czubków palców aż do serca. Pewnego dnia przyniósł gramofon na korbę. Stary, zabytkowy sprzęt.

– Znalazłem na strychu – powiedział z dumą. – Pomyślałem, że ci się spodoba.

Puścił Mieczysława Fogga. Muzyka popłynęła między drzewami, mieszając się ze śpiewem ptaków.

– Zatańczymy? – zapytał, wyciągając rękę.

Rozejrzałam się nerwowo. Sąsiedzi mogli patrzeć. Pani Krysia z działki obok miała oczy dookoła głowy i język ostry jak brzytwa.

– Ludzie zobaczą… – szepnęłam.

– A niech patrzą – odparł z uśmiechem. – Nie robimy nic złego. Po prostu tańczymy.

Wzięłam go za rękę. Prowadził pewnie. Przez chwilę świat przestał istnieć. Nie było działek, nie było moich obaw. Byliśmy tylko my i ta melodia. Położyłam głowę na jego ramieniu i poczułam zapach wody kolońskiej i tytoniu fajkowego. Czułam się bezpieczna i szczęśliwa. Tak po prostu, bezwarunkowo szczęśliwa.

Nakryła nas

Wtedy w furtce stanęła Marta. Muzyka wciąż grała, ale dla mnie nagle nastała cisza. Odsunęłam się gwałtownie od Antoniego, jakbym została przyłapana na kradzieży. Marta stała z otwartymi ustami, trzymając w ręku siatkę z zakupami, które pewnie chciała mi podrzucić.

– Mamo? – jej głos był lodowaty. – Co tu się dzieje?

Antoni, w przeciwieństwie do mnie, zachował spokój. Ukłonił się lekko.

– Dzień dobry pani. Jestem Antoni, sąsiad z działki obok. Uczymy się z pani mamą walca. Choć w moim wykonaniu to bardziej deptanie kapusty.

Próbował rozładować atmosferę żartem, ale Marta nie była w nastroju do śmiechu. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, oceniając, szufladkując i wydając wyrok.

– Możemy porozmawiać? – zwróciła się do mnie, ignorując go całkowicie. – Na osobności.

Weszłyśmy do altany. Marta zamknęła drzwi.

– Mamo, co ty wyprawiasz? – syknęła. – Kto to jest? Znasz go w ogóle? Może to jakiś naciągacz? Słyszałaś o tych metodach „na wnuczka”, „na policjanta”, teraz pewnie jest metoda „na wdowca z działki”.

– Przestań! – oburzyłam się, czując, jak policzki mi płoną. – To bardzo porządny człowiek. Pomaga mi. Rozmawiamy.

– Rozmawiacie? Tańczyliście przytuleni! Mamo, zachowujesz się niepoważnie. Masz prawie siedemdziesiąt lat. Ludzie będą gadać. Co ja powiem dzieciom? Że babcia romansuje z jakimś obcym facetem?

Miała pretensje

Jej słowa bolały bardziej niż policzek. „Romansuje”. To słowo w jej ustach brzmiało brudno.

– A co w tym złego, że nie chcę być sama? – zapytałam.

– Nie jesteś sama, masz nas! – wykrzyknęła. – Masz rodzinę. Nie potrzebujesz obcych ludzi, żeby się tobą zajmowali. Ja o wszystko dbam. Czy czegoś ci brakuje?

Zrozumiałam wtedy, że ona nic nie rozumie. Dla niej dbanie o mnie to było zapewnienie mi jedzenia i leków. Nie widziała mojej duszy, mojej samotności, która wyła w pustym mieszkaniu. Dla niej byłam obowiązkiem, który trzeba wykonać, problemem logistycznym.

– Wyjdź, Marta – powiedziałam spokojnie.

– Co?

– Wyjdź. Chcę zostać sama.

Córka wyszła obrażona, trzaskając furtką. Zostałam w altanie, czując, jak łzy spływają mi po twarzy. Czar prysł. Poczułam się stara, śmieszna i naiwna. Antoni pewnie słyszał każdy krzyk. Co on sobie o mnie pomyśli? Że jestem ubezwłasnowolnioną staruszką?

Było mi wstyd

Przez następne trzy dni nie poszłam na działkę. Siedziałam w domu, gapiąc się w telewizor. Marta dzwoniła, udając, że nic się nie stało, ale wyczuwałam w jej głosie napięcie. Bałam się konfrontacji, bałam się odrzucenia, bałam się własnych uczuć. Czwartego dnia nad miastem przeszła potężna nawałnica. Wiatr wyginał drzewa, a deszcz lał się strugami. Siedziałam przy oknie, martwiąc się o moją altanę. Dach był stary, mógł przeciekać. A moje pomidory? Wszystko pewnie zniszczone.

Gdy tylko przestało padać, włożyłam kalosze i pobiegłam na działki. Widok był przygnębiający. Gałęzie leżały na alejkach, woda stała w bruzdach. Dobiegłam do mojej furtki i zamarłam. Na dachu mojej altany siedział Antoni. Był cały mokry, ubłocony, ale z zapałem przybijał papę, którą wiatr musiał zerwać.

– Antoni! – krzyknęłam. – Co pan tam robi? Proszę zejść, to niebezpieczne!

Spojrzał w dół i uśmiechnął się szeroko, mimo że woda kapała mu z nosa.

– Wiatr zerwał kawałek poszycia, bałem się, że zaleje ci w środku. Już kończę!

Mam prawo do miłości

Serce podeszło mi do gardła. Ten człowiek, w taką pogodę, zamiast siedzieć w ciepłym domu, ratował mój dobytek. Zszedł po drabinie, otrzepując ręce. Wyglądał jak zmoknięta kura, ale dla mnie był najpiękniejszym widokiem na świecie.

– Dlaczego? – zapytałam, czując, jak gardło mi się ściska. – Dlaczego to zrobiłeś? Po tym, co moja córka…

Podszedł do mnie blisko. Nie dbał o to, że jest brudny. Ujął moją twarz w dłonie.

– Bo mi na tobie zależy, Barbaro. I nie obchodzi mnie twoja córka, sąsiedzi ani to, co wypada. Brakowało mi cię przez te trzy dni. Działka bez ciebie to tylko kawałek ziemi. Z tobą to jest ogród.

Wtedy zrozumiałam, że Marta nie miała racji. Wiek to tylko liczba w dowodzie, a ja mam prawo do szczęścia, do bliskości, do miłości. Nie jestem tylko babcią i matką, ale przede wszystkim kobietą. Rzuciłam mu się na szyję, nie zważając na błoto na jego kurtce. Płakałam i śmiałam się jednocześnie.

Jesteśmy razem

Minęło pół roku. Siedzę teraz w salonie Antoniego. Marta w końcu zaakceptowała nasz związek, choć zajęło jej to trochę czasu. Przełomem był moment, gdy Antoni pomógł jej mężowi naprawić samochód i spędzili razem pół dnia w garażu. Zrozumiała, że on nie chce mnie wykorzystać, a po prostu kochać.

Nie mieszkamy razem, każde z nas ceni sobie swoją przestrzeń, ale spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę. Planujemy wspólny wyjazd do sanatorium nad morze. Antoni mówi, że chce zatańczyć ze mną na molo przy świetle księżyca. Wierzę mu. I nie mogę się doczekać.

Życie nie kończy się, gdy dostajemy legitymację emeryta. Czasem to dopiero wstęp do najpiękniejszego rozdziału. Nie wiem, ile czasu nam zostało – może rok, może dziesięć lat. Ale wiem jedno: nie zamierzam zmarnować ani minuty na przejmowanie się tym, co „wypada”. Bo miłość, ta dojrzała, spokojna i pewna, smakuje najlepiej, gdy się jej najmniej spodziewamy.

Barbara, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama