„Na Dzień Dziadka dostałem od wnuków drogi zegarek. Chyba tylko po to, by odmierzał czas, który spędzam sam jak palec”
„Dzieci zapatrzone w telefony, córka zawsze zmęczona. I choć nie mam do niej żalu – wiem, że życie teraz pędzi jak szalone – to czuję, że coś się między nami zmieniło. Jakbyśmy byli z różnych światów. Kiedyś niedzielny obiad był świętością. Teraz najczęściej słyszę: >>Dziś nie damy rady, tato. Może innym razem<<. Czekam”.

- Redakcja
Nazywam się Waldek. Mam siedemdziesiąt cztery lata i od pięciu jestem na emeryturze. Wcześniej byłem nauczycielem historii w liceum. Lubiłem tę pracę – najbardziej te chwile, kiedy uczniowie zadawali pytania, które nie były w podręczniku. Bo wtedy czułem, że naprawdę ich ciekawi świat. Teraz mam o wiele więcej czasu, ale coraz mniej ludzi, z którymi mógłbym o tym świecie porozmawiać.
Dzień zaczynam wcześnie. O siódmej jestem już na nogach – nie dlatego, że muszę. Po prostu mój organizm już się tak przyzwyczaił. Wypijam kawę z kawiarki, takiej metalowej, jakiej kiedyś używała moja żona. Potem idę na spacer – do parku, na cmentarz, czasem po prostu krążę po osiedlu. Wracam, robię sobie jajecznicę, jem przy kuchennym stole i słucham radia. Czasem odruchowo odwracam się do pustego fotela i chcę coś powiedzieć do Jadzi. Ale Jadzi nie ma już od ośmiu lat.
Nie mam wielkich potrzeb. Ot, byle zdrowie dopisywało, byle nogi niosły. Cieszę się z każdej rzeczy, która dzieje się inaczej niż zwykle – że sąsiadka powie dzień dobry, że w bibliotece będą nowości. Ale najbardziej cieszę się, kiedy przychodzą wnuki. Chociaż na chwilę. Choćby tylko zostawili kurtki w przedpokoju i wbiegli do kuchni po herbatę, choćby nie zdjęli butów i zjedli tylko banana. Wtedy robi się głośno, wtedy ten dom znowu pachnie życiem. Wtedy się uśmiecham – prawdziwie. Nie chcę wiele. Nie oczekuję prezentów ani wielkich gestów. Wystarczyłoby, żeby raz w tygodniu ktoś usiadł naprzeciwko mnie, spojrzał mi w oczy i zapytał:
– Jak się dziś czujesz, dziadku?
Tyle. Ale teraz wszystko się zmienia. Dzieci zapatrzone w telefony, córka zawsze zmęczona. I choć nie mam do niej żalu – wiem, że życie teraz pędzi jak szalone – to czuję, że coś się między nami zmieniło. Jakbyśmy byli z różnych światów. Kiedyś niedzielny obiad był świętością. Teraz najczęściej słyszę: „Dziś nie damy rady, tato. Może innym razem”. Czekam. Czekam na ten „inny raz”. A czas biegnie. Zegar na ścianie tyka dalej, przypominając mi, że nie wszystko można nadrobić.
Dziadku! To dla ciebie!
W "Dzień Dziadka" zaczęło się od zamieszania przy drzwiach. Usłyszałem pisk dziecięcych głosów, zanim jeszcze zdążyłem wstać z fotela. Drzwi do salonu otworzyły się z hukiem, a wnuki wpadły do środka z okrzykiem:
– Dziadku! To dla ciebie!
W ich rękach błyszczało eleganckie pudełko przewiązane złotą wstążką. Stanęli przede mną, uśmiechnięci, rozemocjonowani, jakby wręczali komuś koronę. Za nimi weszła moja córka. Rozejrzała się uważnie po pokoju, poprawiła poduszkę na kanapie, przesunęła wazon, jakby chciała się upewnić, że wszystko wygląda „odpowiednio”.
– Zobacz, to prezent od wnuków – powiedziała z dumą. – Sama wybierałam, żeby zrobił wrażenie.
Pokiwałem głową i wziąłem do ręki pudełko. Wnuki już dawno przestały się interesować, tym co dzieje się wokół nich. Jeden z chłopców sięgnął po telefon, drugi biegał po pokoju.
– Wrażenie… hm – powiedziałem tylko, przesuwając dłonią po wieczku.
Moja córka spojrzała na mnie, jakby chciała wybadać, co mi chodzi po głowie.
Nie potrzebuję luksusu
Rozpakowałem pudełko. W środku był drogi zegarek.
– Nie podoba ci się? – pytała córka.
Ja dalej milczałem.
– Może nie w jest w twoim stylu, ale uwierz mi, że takie są teraz modne – mówiła dalej. Odkąd pamiętam, zawsze coś ci się nie podoba. Wiesz ile go szukałam, mógłbyś przynajmniej udawać, że się cieszysz.
W końcu podniosłem wzrok i powiedziałem to, co nosiłem w sobie od dawna:
– Nie potrzebuję luksusu… tylko czasu z wami.
Zrobiło się cicho. Wnuki zamilkły, córka spuściła wzrok. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Usiadłem z powrotem na fotelu, a pudełko zostało nietknięte na stole. Z pozoru nic się nie stało, ale we mnie ten moment pracował długo. W środku miałem chaos. Prezent – starannie wybrany, drogi, błyszczący – miał być symbolem pamięci. Ale to nie był mój język. To nie był mój świat. Miałem wrażenie, że ktoś próbował zakleić pustkę błyszczącym papierem. Zamiast zwykłej rozmowy, zwykłego: „co u ciebie, dziadku?”, dostałem przedmiot. Drogi, elegancki, ale jednak martwy. Cisza, która zapadła, była wymowniejsza niż jakiekolwiek życzenia.
Nie chciałem zegarka. Nie chciałem symboli, które mają ukryć to, czego nie da się zastąpić. Chciałem tylko chwili bez pośpiechu. Jednego dnia, kiedy moglibyśmy usiąść razem i porozmawiać o czymkolwiek. O tym, co śmieszne, głupie, zwyczajne. O tym, że starego boli kolano, że śliwki są w tym roku kwaśniejsze niż zwykle. Ale takich rozmów już nie było. Córka chciała dobrze. Wiedziałem to. Ale w tym wszystkim nie było mnie. Był tylko obraz ojca, któremu wypada dać coś „ładnego”.
A ja miałem poczucie, że przestaję być potrzebny. Że moja obecność jest mniej ważna niż jej wyjazd służbowy, niż zajęcia dzieci, niż zakupy i remont. Czasem, kiedy za długo myślę, mam wrażenie, że zostałem sam wcześniej, niż naprawdę zostałem. I że teraz tylko oficjalnie to zatwierdzili. Tego wieczoru nie zasnąłem szybko. Długo patrzyłem w sufit i próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś zapytał mnie: „A ty, tato… jak się dziś czujesz?”
Tym razem było cicho
Minął tydzień. Sobota. Zawsze czekałem na soboty. Kiedyś przyjeżdżali wtedy wszyscy – wnuki wpadały z impetem, córka wnosiła siatki z zakupami, narzekała na korki, a ja cieszyłem się tym harmidrem, choć nie zawsze umiałem to okazać. Tym razem było cicho. Nie zadzwonił telefon. Nie było żadnej wiadomości. Nawet głupiego: „dziś się nie uda”.
Usiadłem przy stole, tak jak zawsze. Woda w czajniku już dawno ostygła. Patrzyłem na drzwi, jakby mogły się zaraz otworzyć. Nie otworzyły się. Wstałem i bez większego celu podszedłem do komody. Otworzyłem szufladę. Spojrzałem jeszcze raz na zegarek. Błyszczący, duży, masywny, na metalowej bransolecie. Drogi, elegancki, bezużyteczny. Wziąłem go do ręki. Zimny. Zbyt ciężki na moją chudą rękę. Niezgrabnie zapiąłem go i od razu poczułem, że to nie moje. Jakby ktoś próbował wcisnąć mi cudze buty. Zegarek tykał. Dźwięk był ostry, wyraźny. Mierzył czas, którego nie mogłem zatrzymać. Czas, który płynął obok mnie, nie dla mnie.
„To nie jest czas, który mnie cieszy” – pomyślałem.
Usiadłem z powrotem przy stole. Spojrzałem na puste krzesła po drugiej stronie. Gdy przypomniałem sobie ostatnie odwiedziny, wszystko wróciło. Dzieci z nosem w telefonach, córka co chwilę zerkająca na godzinę, jakby bała się, że zbyt długo tu zostanie. Chwilę po herbacie już była w drzwiach. Nawet dzieci nie chciały zostać dłużej. Wiedziałem, że nie ma w tym złej woli. Ale czy to cokolwiek zmieniało? Ironia losu. Wszyscy mają czas – na wszystko, tylko nie dla siebie. Nie dla mnie. Zegarek schowałem znów do szuflady.
Potrzebuję was
Wstałem wcześniej niż zwykle. Nie mogłem spać, a może po prostu nie widziałem sensu w leżeniu, jeśli nic się nie zmienia. Zaparzyłem herbatę i usiadłem przy biurku. To był ten sam blat, przy którym Jadzia zawsze rozwiązywała krzyżówki. Teraz leżały na nim tylko dwie rzeczy: kartka papieru i długopis. Siedziałem tak przez chwilę, aż w końcu zacząłem pisać.
„Kochana,
nie piszę, żeby cię obwiniać. Wiem, że życie jest szybkie. Że każdy gdzieś pędzi. Że są sprawy ważne, pilne, takie, które nie mogą czekać. Ja mogę. Zawsze czekam. I nie mam żalu. Ale chcę, żebyś wiedziała – naprawdę nie potrzebuję zegarka. Nie potrzebuję luksusu. Nie potrzebuję rzeczy. Potrzebuję was. Czasu z wami. Bez pośpiechu. Bez wyliczania. Tylko rozmowy. Tylko wspólnego herbatnika i śmiechu dzieci. Tego, co kiedyś było oczywiste, a teraz wydaje się luksusem nie do kupienia.”
Podpisałem: „Tata”.
List położyłem na środku biurka. Nie wiedziałem, czy go wyślę. Może zostawię. Może ktoś go kiedyś przeczyta. Wyszedłem z domu. Nie miałem konkretnego celu, ale nogi poniosły mnie do kawiarni, w której kiedyś siadałem z wnukami. Zamawialiśmy wtedy herbatę z miodem i ciastko z galaretką. Siedzieliśmy przy tym samym stoliku, zawsze pod oknem. Dziś stolik był wolny. Usiadłem. Zamówiłem tylko herbatę. Patrzyłem na puste krzesła naprzeciwko. Miałem nadzieję, że ktoś je kiedyś zajmie. Nie ze współczucia. Nie z obowiązku. Z potrzeby bycia razem.
Nie chciałem być tym, który błaga o uwagę
Minęło kilka tygodni. Z początku jeszcze sprawdzałem telefon. Co godzinę. Później raz dziennie. Potem przestałem zupełnie. Leżał na komodzie, rozładowany, jakby sam też uznał, że nie ma już po co dzwonić. Nie pisałem do córki. Nie przypominałem się. Nie proponowałem spotkań. List też dalej leżał na komodzie. Uznałem, że jeśli mają przyjść, to przyjdą sami. Nie chciałem być tym, który błaga o uwagę. Człowiek musi mieć jakąś godność, nawet jeśli coraz bardziej samotną.
Zjadłem sam kawałek ciasta, które kupiłem rano w cukierni. Nie smakowało. Wszystko smakuje inaczej, kiedy nie ma komu podać drugiego talerzyka. Wróciły wspomnienia. Nie te wielkie, doniosłe. Zwyczajne. Jak wnuk chował się za zasłoną, a ja udawałem, że go nie widzę. Jak córka wbiegała z rozwianymi włosami i zostawiała torebkę na środku salonu. Jak Jadzia mówiła: „przestań gderać, Waldek, dzieci mają być głośne, to znaczy, że są szczęśliwe”. Teraz siedziałem sam i myślałem o tym, jak szybko upływa czas i że tego straconego już się niestety nie da odzyskać.
Tak, jest mi smutno
Nie piszę tego, żeby się użalać. Ani żeby wzbudzić litość. Tego nie znoszę. W życiu przeżyłem wiele – śmierć żony, odejście z pracy, coraz bardziej puste święta – i nie załamałem się. Może czasem po prostu człowiek musi usiąść i powiedzieć: tak, jest mi smutno. I nie udawać, że wszystko jest dobrze. Nie jestem zły. Nie noszę w sobie goryczy. Ale tęsknię. Tęsknię do prostych dni. Do dźwięku dziecięcych kroków na korytarzu. Do szurania kapci mojej żony. Do zapachu obiadu, który gotowała tylko od święta. Tęsknię do pytania: „co słychać, tato?”, wypowiedzianego nie z grzeczności, ale z potrzeby.
Nie wiem, co będzie dalej. Może kiedyś znów się spotkamy. Może któreś z wnuków zapuka do drzwi i powie: „dziadku, mam chwilę”. Może przeczytają ten list, który ciągle leży na biurku. Może coś zrozumieją. Albo i nie. Zegarek wciąż tyka. Niezmiennie. Punktualnie. Dokładnie. Ale ja już nie patrzę, która godzina. Bo przestałem czekać.
Waldemar, 74 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zabrałam wnuki na orszak Trzech Króli. Chciałam przekazać im tradycyjne wartości, ale synowa wszystko zepsuła”
- „Zamiast życzeń na Dzień Babci usłyszałam od wnuków słowa pogardy. Wstydzą się mnie, bo w moim portfelu jest pustka”
- „Zamiast spokojnej emerytury, miałam codzienny rajd po placówkach. Córka tylko zapisywała wnuki na kolejne zajęcia”

