Reklama

Dzień Babci zawsze zaczynał się dla mnie wcześniej niż inne dni w roku. Budziłam się bez budzika, z myślą, która nie dawała już zasnąć. W kuchni panowała cisza, tylko stary zegar na ścianie wybijał kolejne minuty, a ja stałam przy oknie i patrzyłam na szare podwórko. W takie poranki często wracałam myślami do własnego dzieciństwa i do mojej babci. Pamiętałam jej dłonie, spracowane, zawsze ciepłe, i sposób, w jaki poprawiała mi kołnierzyk, jakby świat mógł się od tego stać bezpieczniejszy.

Nigdy nie myślałam, że sama doczekam momentu, w którym ktoś będzie mówił do mnie „babciu”. Zosia była dla mnie kimś więcej niż wnuczką. Była dowodem na to, że coś po mnie zostaje. Dorastała szybko, zbyt szybko jak na moje serce. Coraz rzadziej siadała obok mnie na kanapie, coraz częściej zerkała w telefon, a jednak w moich oczach wciąż była tą samą dziewczynką, która chowała twarz w moim ramieniu, gdy za oknem grzmiało. Chciałam ją zatrzymać w tej wersji choć na chwilę.

Sweter robiłam wieczorami, powoli, bez pośpiechu. Różowa wełna z alpaki była miękka i delikatna, wyciągnięta z zapasów odkładanych na coś naprawdę ważnego. Każdy rząd przerabiałam z myślą o niej, licząc oczka i wspomnienia. Palce bolały, wzrok się męczył, lecz nie przerywałam. Telefon zadzwonił, gdy kończyłam ostatni rękaw.

– Eleonora, znowu coś szykujesz? – zapytała sąsiadka.

– Sweter dla Zosi. Sama zrobiłam. Z serca – odpowiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niej.

Wtedy byłam pewna, że to wystarczy.

Czułam się dumna

Zosia przyszła punktualnie, jak zawsze. Usłyszałam dzwonek i serce podskoczyło mi w piersi, zupełnie jakbym to ja była dzieckiem czekającym na prezent. Otworzyłam drzwi, a ona stała na wycieraczce z bukietem tulipanów w ręku i lekko zmieszanym uśmiechem.

– Wszystkiego najlepszego, babciu – powiedziała i pochyliła się, żeby mnie uściskać.

Pachniała perfumami, innymi niż dawniej, już nie tymi słodkimi, dziecięcymi. Zaprosiłam ją do środka, zdjęła kurtkę, rozejrzała się po mieszkaniu tak, jakby sprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu. Zaparzyłam herbatę z sokiem malinowym, bo wiedziałam, że taką lubi, nawet jeśli nigdy głośno się do tego nie przyznawała.

Rozmawiałyśmy o szkole, o tym, że ma dużo nauki, że wszyscy czegoś od niej chcą. Słuchałam uważnie, kiwając głową, choć myślami byłam już przy paczce schowanej w szafce pod oknem. W końcu nie wytrzymałam.

– Zosieńko, ja też coś dla ciebie mam – powiedziałam i wstałam z fotela.

Wyjęłam starannie zapakowany prezent i położyłam go przed nią. Papier był różowy, przewiązany cienką wstążką. Zosia zawahała się przez moment, potem zaczęła rozwiązywać kokardkę.

– Babciu… – mruknęła, gdy zobaczyła sweter.

Rozłożyła go na kolanach, pogładziła materiał palcami.

– Jest… cudowny. Taki mięciutki. Dziękuję – powiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

– Sama zrobiłam. Z miłości. Na pewno będzie ci w nim cieplutko – odpowiedziałam szybko, czując, jak wilgotnieją mi oczy.

Przytuliła mnie jeszcze raz. W tamtej chwili byłam przekonana, że wszystko zrobiłam dobrze.

Byłam tym rozczarowana

Dni mijały spokojnie, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że wyglądam przez okno. Każde wyjście z domu stało się pretekstem do krótkiego skanowania ulicy, jakby Zosia mogła nagle pojawić się pod blokiem właśnie w tym swetrze. Różowym, moim. Wyobrażałam sobie, jak idzie w nim do szkoły, jak poprawia rękawy, jak ktoś mówi, że ładny. Nic takiego się nie wydarzyło.

Podczas kolejnej wizyty przyszła w czarnej bluzie z kapturem. Uśmiechnięta, rozmowna, jak zawsze. Swetra nie było. Na zdjęciach, które pokazywała mi w telefonie, też go nie widziałam. Zamiast tego pojawiały się luźne bluzy, krótkie kurtki, kolory zupełnie inne niż ten, który wybrałam. W środku zaczęło mnie to uwierać.

Może róż był zbyt dziecinny. Może wzór wyglądał staroświecko. Może teraz wszystko musi być proste i ciemne, bez warkoczy i bez sentymentów. Myśli krążyły mi po głowie uparcie, wracały wieczorami, gdy siadałam w fotelu z robótką, choć tym razem nie miałam już czego dziergać.

Telefon zadzwonił w poniedziałek po południu.

– Krysiu, powiedz mi szczerze – zaczęłam, zanim zdążyła mnie o coś zapytać. – Sweter od babci to dziś jeszcze coś znaczy?

– A co się stało? – zapytała ostrożnie.

– Nie widziałam Zosi w nim ani razu. Ani razu, rozumiesz? – głos mi zadrżał. – Może był za brzydki. Albo staromodny.

– Eleonora, dzieci teraz mają swoje światy – odpowiedziała po chwili ciszy.

Przytaknęłam, choć ona tego nie widziała. Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na fotel, na którym leżał podobny sweter, zrobiony kiedyś dla mnie. Wtedy dotarło do mnie, że najbardziej bolała mnie nie sama nieobecność swetra, tylko cisza wokół niego.

Napięcie w końcu puściło

Podczas kolejnej wizyty Zosia była wyraźnie zmęczona. Usiadła ciężej niż zwykle, zsunęła plecak z ramienia i westchnęła, jakby przyniosła ze sobą cały dzień. Postawiłam przed nią herbatę i przez chwilę krążyłam po kuchni bez sensu, poprawiając rzeczy, które nie wymagały poprawiania. Cisza zaczęła mi ciążyć.

– Zosiu… – zaczęłam w końcu, starając się, żeby głos brzmiał lekko. – A ten sweter… spodobał ci się?

Podniosła wzrok zaskoczona. Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby szukała bezpiecznej odpowiedzi.

– Spodobał, babciu. Naprawdę – powiedziała szybko.

– Bo nie widziałam cię w nim ani razu – dodałam ciszej. – Pomyślałam sobie różne rzeczy.

Zosia spuściła oczy. Palcami zaczęła skubać etykietkę przy kubku.

– Nie chciałam cię urazić – odezwała się po chwili. – On jest śliczny. Tylko… ja nie mogę nosić wełny.

Spojrzałam na nią pytająco.

– Drapał mnie strasznie. Mam na nią chyba uczulenie. Cała byłam czerwona. Próbowałam, serio – powiedziała szybko, a na jej policzkach pojawił się rumieniec. – Bałam się tobie powiedzieć.

Zapadła cisza. Czułam, jak coś we mnie opada, jakby powietrze zeszło z balonu, który nosiłam w sobie od tygodni.

– A ja myślałam, że nie trafiłam z gustem – przyznałam w końcu.

Zosia uniosła głowę, po czym parsknęła śmiechem.

– Babciu, ty? Przecież ty zawsze wiesz, co mi się podoba.

Zaśmiałam się razem z nią, trochę nerwowo, trochę z ulgą. Napięcie puściło nagle, niespodziewanie.

– Następnym razem zrobimy coś razem – powiedziałam. – Albo z bawełny.

– Umowa – odpowiedziała i uśmiechnęła się szeroko.

Wtedy zrozumiałam, jak bardzo brakowało mi tej jednej, szczerej rozmowy.

Wszystko zrozumiałam

Po wyjściu Zosi mieszkanie nagle zrobiło się zbyt ciche. Kubki po herbacie stały jeszcze na stole, jeden z niedopitym napojem, drugi z osadem malin na dnie. Usiadłam w fotelu i dopiero wtedy poczułam zmęczenie, takie głębokie, emocjonalne. Śmiech, który jeszcze chwilę wcześniej odbijał się od ścian, wybrzmiał i zostawił po sobie pustkę.

Sięgnęłam do szafy i wyjęłam sweter. Leżał równo złożony, pachniał jeszcze proszkiem i czymś znajomym, może mną. Przejechałam dłonią po warkoczach, wolno, uważnie. Materiał był rzeczywiście szorstki. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że coś, co dla mnie było ciepłem, dla kogoś innego może być nie do zniesienia.

Przypomniałam sobie twarz Zosi, ten rumieniec, lekkie zawahanie w głosie.

Bałam się ci powiedzieć – mówiła.

Ten strach ukłuł mnie bardziej niż wcześniejsze domysły. Myśl o tym, że nosiła to w sobie, tylko po to, by mnie nie zranić, sprawiła, że ścisnęło mnie w gardle. Przez moment byłam na siebie zła. Na swoją dumę. Na milczenie, które wzięłam za odpowiedź. Telefon znów zadzwonił.

– No i jak? – zapytała Krysia.

– Wełna ją drapie – odpowiedziałam krótko.

– Aha.

– Sweter piękny. Tylko nie dla niej – dodałam po chwili.

– To nie koniec świata – usłyszałam.

Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na sweter jeszcze raz. Wiedziałam już, że nie wszystko, co robimy z miłości, musi być użyteczne. Czasem wystarczy, że stanie się pretekstem do rozmowy. Tego dnia nauczyłam się, że bliskość nie zawsze polega na trafieniu w gust, tylko na odwadze, by się nie domyślać.

W głowie miałam plan

Następnego dnia obudziłam się z dziwnym spokojem. Myśli nie krążyły już nerwowo wokół swetra, nie szukały winy ani potwierdzenia dawnych obaw. W kuchni zaparzyłam kawę i po raz pierwszy od dawna wypiłam ją bez pośpiechu, siedząc przy stole zamiast stojąc przy blacie. W głowie miałam plan, choć jeszcze nie do końca wiedziałam, co z nim zrobię.

Po południu pojechałam do pasmanterii. Dawno tam nie byłam. Zapach włóczek i tkanin uderzył mnie od progu, znajomy i trochę zapomniany. Przesuwałam palcami po belkach materiałów, czytałam etykiety wolniej niż zwykle.

– Czegoś konkretnego pani szuka? – zapytała sprzedawczyni.

– Bawełny – odpowiedziałam bez wahania. – Miękkiej. Takiej, która nie drapie.

Wróciłam do domu z kilkoma motkami w stonowanych kolorach. Bez różu, bez wzorów, które miały coś udowadniać. Rozłożyłam je na stole i przez chwilę tylko patrzyłam, jakby same miały mi powiedzieć, co dalej. Wieczorem zadzwoniła Zosia.

– Babciu, wiesz co… – zaczęła niepewnie. – Myślałam o tym wczoraj. Może następnym razem wybierzemy coś wspólnie?

– Myślałam dokładnie o tym samym – odpowiedziałam.

– Serio?

– Serio. Ty wybierzesz kolor, ja zrobię resztę.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem usłyszałam uśmiech w jej głosie.

To będzie nasz sweter.

Odłożyłam telefon i spojrzałam na nowe włóczki. Poczułam coś na kształt ekscytacji, tej samej, którą czułam lata temu, zaczynając coś od zera. Wiedziałam już, że ten pierwszy sweter spełnił swoje zadanie. Nie ogrzał jej ciała, lecz otworzył drogę do rozmowy, której obie potrzebowałyśmy.

Coś do mnie dotarło

Wieczorem siedziałyśmy razem na kanapie, bliżej siebie niż zwykle. Zosia przysunęła się bez słowa, jak wtedy, gdy była młodsza, i pokazywała mi filmiki w telefonie. Jedne były zupełnie niezrozumiałe, inne śmieszne aż za bardzo, ale śmiałam się razem z nią, bo liczyło się to, że chciała mi je pokazać. Świat w tym małym ekranie pędził szybciej niż mój, lecz przez chwilę spotykałyśmy się gdzieś pośrodku.

Sweter leżał złożony na fotelu. Nie patrzyłam na niego z żalem. Przestał być symbolem porażki, stał się po prostu historią, jedną z wielu, które zbieramy po drodze. Pomyślałam, że może oddam go komuś innemu albo przerobię, a może zostanie na dnie szafy jako przypomnienie, że dobre intencje nie zawsze muszą prowadzić do idealnych efektów.

Zosia wstała, poprawiła kurtkę i spojrzała na mnie uważnie.

– Babciu, dziękuję – powiedziała nagle.

Nie dopytywałam za co. Wiedziałam. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, w mieszkaniu znów zrobiło się cicho, lecz tym razem ta cisza nie bolała. Usiadłam w fotelu i pozwoliłam myślom płynąć spokojnie.

Prezent to tylko dodatek – pomyślałam. Najważniejsze, że ona wciąż chce tu przychodzić. Najważniejsze, że mówi prawdę. Mogę ją kochać taką, jaka jest, nawet jeśli nie nosi mojego swetra.

Sięgnęłam po nowe motki bawełny i uśmiechnęłam się do siebie. Przede mną była kolejna robótka. Tym razem nie tylko z nici, lecz z rozmów, śmiechu i bliskości.

Eleonora, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama