Reklama

Czasem, kiedy budzę się rano i patrzę przez okno na nasze stare klony, mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Zima jeszcze nie odpuściła, śnieg przykrywa chodniki grubą pierzyną, a powietrze pachnie mrozem i cichym smutkiem. Mój dzień zaczyna się zawsze tak samo: herbata w ulubionej filiżance z niebieską pręgą, ciepły szlafrok i cisza, której nie przerywa już nawet kroki męża. Michał zmarł pięć lat temu. Czasem nadal kładę rękę na poduszce obok, jakby tam był.

Wnuczka była moją ulubienicą

Mamy z Michałem jedną córkę – Martę. Mieszka na drugim końcu miasta, dzwoni czasem, ale życie ją wciągnęło, zabrało z mojej codzienności. Ma swoje sprawy, dzieci, obowiązki. Rozumiem to. Mam dwoje wnucząt – Filipa i Kingę. To właśnie Kinga zawsze była moją ulubienicą. Jeszcze jako mała dziewczynka biegała po mieszkaniu w moich kapciach i mówiła:

Babciu, jak będę duża, to się tobą zaopiekuję. Nigdy cię nie zostawię!

Te słowa trzymałam przez lata blisko serca. Wierzyłam w nie bardziej niż we wszystko inne. Kinga była inna niż jej brat – bardziej czuła, uważna, częściej dzwoniła, przychodziła bez okazji. Czasem z ciastkiem, czasem z pytaniem, czasem po prostu, by być. W tych chwilach znów czułam się ważna.

Dziś jest Dzień Babci. W całym bloku słychać, jak wnuki odwiedzają swoje babcie – jedne z kwiatami, inne z torbami pełnymi zakupów. A ja? Ja czekałam na Kingę. Tylko na nią. Przecież obiecała, że nigdy mnie nie zostawi. Nawet przygotowałam jej ulubioną herbatę z imbirem i pomarańczą. I wtedy usłyszałam dzwonek do drzwi...

Zaskoczyła mnie

Usłyszałam dzwonek do drzwi i serce mi mocniej zabiło. Zawsze tak reaguję, gdy wiem, że to ona. Otworzyłam z uśmiechem, a Kinga wtuliła się we mnie tak, jak dawniej – mocno i prawdziwie. Pachniała zimowym powietrzem i perfumami, których nazwy nie znałam.

– Babciu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci! – wyciągnęła do mnie bukiet tulipanów i ozdobną torebkę. – Mam coś specjalnego.

Złapałam ją za rękę i zaprosiłam do środka. Usiadłyśmy przy kuchennym stole, a ja podałam jej herbatę i ciastka z masłem orzechowym – jej ulubione.

– Jak studia? – zapytałam.

– Męczące. Wszystko drożeje, ciężko się ogarnąć. Wiesz, mieszkanie, rachunki, jedzenie... – zaczęła, kręcąc łyżeczką w filiżance. – Ale daję radę.

Patrzyłam na nią z dumą. Piękna, mądra, niezależna. I moja.

– Babciu... pamiętasz, jak mówiłam, że jak będę duża, to się tobą zaopiekuję?

– Pewnie, że pamiętam. Zawsze to powtarzałaś.

– No właśnie. – Zawahała się. – I tak sobie myślę... może byłoby dobrze, gdybyś... no wiesz, już teraz przepisała mieszkanie. Na mnie. Żeby potem nie było zamieszania. Żebyś miała pewność, że to ja się tobą zajmę.

Zamarłam. Czułam, jak drży mi dłoń z filiżanką. Szum w uszach zagłuszył tykanie zegara.

– Kinga... – zaczęłam cicho, ale nie wiedziałam, co powiedzieć.

A ona tylko się uśmiechnęła, jakby to była najnormalniejsza rozmowa na świecie. W głowie dudniło mi jedno pytanie: czy ona naprawdę przyszła z miłości, czy po coś więcej?

Nie podobało mi się to

Nie mogłam spać. Leżałam w łóżku, gapiąc się w ciemność, jakbym próbowała znaleźć w niej odpowiedź. Rano, niemal od razu po zrobieniu kawy, sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Marty. Odebrała po trzecim sygnale.

– Mamo? Coś się stało?

– Marta... muszę cię o coś zapytać. Ale powiedz szczerze. Czy wy coś planujecie za moimi plecami?

– Co? O czym ty mówisz?

– O Kindze. Była wczoraj. I... zapytała, czy nie przepisałabym na nią mieszkania.

Zapadła cisza. Po drugiej stronie słyszałam tylko przyspieszony oddech córki.

– Mamo, serio? Przecież to tylko rozmowa. A ty od razu dramatyzujesz.

– To nie była rozmowa, Marto. To było jak... jak przygotowany plan. Przyszła z prezentem, powiedziała dokładnie to, co trzeba. Nawet nie spojrzała mi w oczy, gdy o tym mówiła.

– Może po prostu się martwi. Mamo, jesteś sama. Masz siedemdziesiąt cztery lata. Co, jeśli coś ci się stanie? Lepiej, żeby wszystko było ustalone wcześniej.

– Czyli to jednak plan?

– Nie, po prostu... rozważamy różne scenariusze. Kinga chce się tobą zająć, to chyba dobrze?

Zaniemówiłam. W głowie miałam mętlik. Niby nic złego nie powiedziała. Ale ton jej głosu był twardy, chłodny.

– Mamo, ty zawsze wszystko bierzesz do siebie – dodała jeszcze. – Może czas spojrzeć na to z rozsądkiem, a nie emocjami.

Rozłączyła się pierwsza.

To było wyrachowane

Tydzień później Kinga znowu przyszła. Tym razem bez prezentu, za to z naręczem argumentów o „poukładaniu spraw na przyszłość”. Nie umiałam z nią rozmawiać. Mówiłam oszczędnie, przytakując, kręcąc głową, zmieniając temat. Czułam, że każda jej wizyta to przesłuchanie z uśmiechem na twarzy. Po godzinie poszła do kuchni „po wodę”, ale tak naprawdę zadzwonić do matki. Rozmawiała na głośnomówiącym, więc wszystko słyszałam.

– I co? – spytała ostro.

– Powiedziała, że musi się zastanowić – odparła cicho Kinga.

– Kinga, nie mamy czasu na twoje rozterki. Masz ją przekonać, rozumiesz? Zrób z siebie ofiarę, powiedz, że boisz się o nią, o mieszkanie, o spokój w rodzinie... Cokolwiek.

– Ale mamo... nie wiem, czy dobrze robię. To babcia...

– Nie bądź naiwna. Albo teraz, albo Filip wszystko rozwali. Ty się zajmujesz babcią, ty zasługujesz. Filip nic nie zrobi, a zgarnie połowę.

– Myślisz, że się domyśla?

– Oczywiście, że tak. Dlatego przyciśnij ją teraz, póki się jeszcze waha.

Stałam w korytarzu, z dłonią zaciśniętą na framudze drzwi. Krew pulsowała mi w skroniach. Właśnie słyszałam, jak moje dziecko i wnuczka rozmawiają o mnie jak o przedmiocie. Jak o transakcji.

Weszłam do kuchni powoli. Kinga stała przy zlewie, z telefonem w ręku. Jej twarz zbladła, gdy mnie zobaczyła.

– Wystarczy. – Głos miałam spokojny, ale lodowaty. – Słyszałam wszystko.

Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Ale nie powiedziała nic.

– Możesz już iść, Kinga. Teraz ja muszę pomyśleć.

Nie wierzyłam w jej dobre intencje

Następnego dnia Kinga przyszła sama, bez zapowiedzi. Wpuściłam ją. Nie miałam siły się kłócić. Chciałam tylko zrozumieć.

– Babciu... – zaczęła niepewnie. – Ja... nie chciałam, żeby to tak wyszło.

Usiadła naprzeciwko mnie, trzymając w dłoniach kubek herbaty, której nawet nie tknęła.

– To mama mnie naciskała. Ona ciągle mówiła, że trzeba się zabezpieczyć, że Filip coś kombinuje... Sama wiesz, jaki on jest.

– Nie mów teraz o Filipie – przerwałam jej. – Mów o sobie. Po co przyszłaś wtedy? Naprawdę chodziło ci o mnie?

Spuściła głowę. Ramiona miała zgarbione, jak dziecko przyłapane na kłamstwie.

– Przyszłam, bo... myślałam, że może to dobry moment. Że jeśli ja się tym zajmę, będzie mniej komplikacji. No i... wiesz. Czynsz, podatki, opłaty... Gdyby było na mnie, mogłabym to ogarniać. Dla ciebie.

– Dla mnie? – uśmiechnęłam się gorzko. – Czy dla siebie?

Milczała.

– Wiesz, kiedy byłaś mała, mówiłaś, że nigdy mnie nie zostawisz. Że zawsze będziesz przy mnie. I wiesz co? Wierzyłam ci. Nawet wtedy, gdy już dorosłaś i wszystko się zmieniało, ja... ja ciągle wierzyłam, że jesteś inna niż reszta.

Babciu, ja cię naprawdę kocham – wyszeptała.

– Może. Ale dzisiaj już nie wiem, czy to miłość, czy inwestycja. Nie przyszłaś do mnie z sercem. Przyszłaś po klucze.

Łzy spłynęły jej po policzkach, ale nie zbliżyła się, nie złapała mnie za rękę. Tylko patrzyła.

– Przepraszam – powiedziała, ale to brzmiało bardziej jak koniec niż początek czegoś nowego.

Wyszła po chwili. Cicho. Tak, jakby się bała, że zamknę jej drzwi przed nosem.

Tylko wnuk był uczciwy

Dwa dni później zadzwoniłam do Filipa. Nie chciałam, żeby sam się dowiadywał od kogoś innego. Albo gorzej – z testamentu.

– Babciu, wszystko w porządku? – zapytał od razu. – Masz głos jakbyś nie spała od tygodnia.

– A może nie spałam... – próbowałam się uśmiechnąć przez telefon. – Przyjedziesz do mnie? Dziś?

Przyjechał wieczorem. Bez pośpiechu, bez prezentów, tylko z paczką rogalików z pobliskiej piekarni, tych, które zawsze lubiłam.

– Co się stało? – zapytał wprost, siadając naprzeciwko mnie.

– Była u mnie Kinga – zaczęłam powoli. – I Marta też. I nagle wszyscy zaczęli mówić o przyszłości. Ale nie mojej, tylko tej, którą można wpisać w akcie notarialnym.

Filip zmarszczył brwi. Nie wyglądał na zaskoczonego. Raczej na zmęczonego tym tematem.

Wiedziałem, że to się stanie – powiedział cicho. – Mama od dawna o tym mówiła. Że trzeba „zabezpieczyć interesy”, że Kinga powinna to mieć, bo „jest bliżej” i „więcej się stara”.

– A ty? – zapytałam. – Co ty o tym myślisz?

– Babciu... ja niczego od ciebie nie chcę. Serio. Nawet gdybyś zapisała to mieszkanie sąsiadowi z dołu, to nie miałbym pretensji. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa. Żebyś czuła się bezpieczna. I wiedziała, że zawsze możesz do mnie zadzwonić – powiedział szczerze, patrząc mi prosto w oczy.

Zacisnęłam usta, żeby nie zacząć płakać. Przez ostatnie dni czułam się jak towar do rozdysponowania. A teraz siedział przede mną chłopak, który nie chciał nic – poza tym, żebym była spokojna.

– Jesteś jedyną osobą, która mi dziś tego życzy bez warunków – powiedziałam, wyciągając do niego rękę.

Uścisnął ją mocno. A ja poczułam, że jeszcze nie wszystko stracone.

Maria, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama