Reklama

Babcia Maria zawsze pachniała cynamonem. Nawet kiedy w kuchni nie było nic do jedzenia, ten zapach się unosił – jakby w ścianach mieszkania zostały resztki dawnego pieczenia i świątecznych wspomnień. Dla mnie ten dom był azylem. Jako dziecko spędzałam u babci każde wakacje. Słuchałam jej opowieści, pomagałam lepić pierogi i zasypiałam przy dźwiękach radia. Dziś widujemy się rzadko. Praca w agencji kreatywnej, obowiązki, znajomi, ślub do zaplanowania... Michał mówi, że powinnam częściej dzwonić. Pewnie ma rację.

Babcia jest dla mnie ważna. Choć mówi mało, jej spojrzenie potrafi rozbroić człowieka z wszelkich pozorów. Właśnie dlatego dziś, gdy jechałam tramwajem z kwiatami i pudełkiem czekoladek, czułam w sobie coś więcej niż tylko czułość – niepokój. Taki, który rozlewa się po brzuchu i nie daje o sobie zapomnieć.

Michał – mój narzeczony – jest dobry. Spokojny. Pewny. Ale Patryk... Patryk to zupełnie inna historia. To coś, który miało się skończyć po jednym wieczorze, a trwa już miesiące. Czasem myślę, że kocham ich obu – każdego inaczej. A czasem, że nie kocham żadnego.

Jadąc do babci, miałam nadzieję na zwykłe popołudnie. Herbatę, zupę i spokój. Tylko że babcia zawsze widzi więcej, niż mówi. Miałam się o tym przekonać.

Zadawała mi dziwne pytania

– O, moja Dominisia – uśmiechnęła się babcia Marysia, kiedy tylko przekroczyłam próg. – W samą porę. Zupa jeszcze ciepła.

Pocałowałam ją w policzek, złożyłam życzenia i od razu poczułam znajomy zapach. W kuchni parował garnek, na stole stały dwie głębokie miski i talerzyk z pokrojoną pietruszką. Wszystko jak dawniej. Tylko babcia jakaś cichsza.

– Z cukierni na Grochowskiej – wręczyłam jej pudełko z czekoladkami. – Twoje ulubione z galaretką.

– Oj, rozpieszczasz mnie – odparła, ale jej uśmiech nie sięgnął oczu.

Zjadłyśmy po trochu zupy w milczeniu. Makaron miękki, wywar mocny – jak za dzieciaka. Ale zamiast ciepła, czułam napięcie. Babcia co chwilę zerkała na mnie spod oka, jakby coś kalkulowała.

A co u Michała? – zagaiła w końcu, wkładając do ust łyżkę zupy.

– Dobrze – odparłam szybko. – Dużo pracy, ale... dobrze nam razem.

Często razem wychodzicie?

Zawahałam się, choć odpowiedź powinna być prosta.

– No... różnie. Wiesz, każdy ma swoje zajęcia.

– Hm – mruknęła, patrząc prosto na mnie. – Michał to porządny chłopak. Czasem się zastanawiam, czy dziś to jeszcze się ceni.

– Babciu, czemu tak mówisz? Wszystko u nas w porządku…

– Ale czy na pewno?

Zamarłam z łyżką w połowie drogi do ust. Jej spojrzenie było chłodne, przenikliwe. Nie pytała z troski. Pytała, bo chyba coś wiedziała.

Skąd mogła wiedzieć?

– Babciu... – zaczęłam niepewnie, odkładając łyżkę. – Czy coś się stało?

Nie odpowiedziała od razu. Wstała, wzięła kubek z szafki i nalała sobie herbaty. Potem usiadła naprzeciwko mnie, jakby miała wygłosić wykład, albo... wyrok.

– Byłam ostatnio u okulisty – zaczęła spokojnie. – Na Grochowskiej, w tej przychodni obok parku. Wychodziłam z wizyty, a ty... – zrobiła krótką pauzę. – Ty właśnie przechodziłaś przez ulicę. Z jakimś mężczyzną.

Zrobiło mi się zimno. Nogi zdrętwiały, jakby krew z nich odpłynęła.

– Babciu... ja... – próbowałam się uśmiechnąć, udawać, że nie wiem, o co chodzi. – Może ci się wydawało?

Trzymałaś go za rękę – ciągnęła dalej tym samym, nieporuszonym tonem. – Śmiałaś się jak zakochana. To nie był Michał. Tego jestem pewna.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Gardło miałam ściśnięte. Jak to możliwe, że mnie wtedy widziała? Nawet kłamstwo nie chciało przejść przez usta.

– Ja sama nie wiem, co się ze mną dzieje – wydusiłam w końcu. – To... skomplikowane.

– Wcale nie – odpowiedziała, patrząc mi w oczy. – To bardzo proste. Zdradzasz chłopaka, który ci ufa. Po co się zaręczyłaś, jeśli nie jesteś pewna?

Zamilkłam. To było jak policzek, ale bez krzyku. Babcia nie podnosiła głosu. Nie musiała. Jej słowa wbijały się głęboko, cicho, ale celnie.

– Lepiej się dowiedz, co czujesz, Dominika – powiedziała. – Bo jak zdradzasz, to znaczy, że nie kochasz.

Nie przyjmowała żadnych wymówek

– Nie kochasz – powtórzyła babcia i napiła się herbaty, jakby powiedziała coś zupełnie zwyczajnego.

Zamilkłam. Szukałam w głowie czegokolwiek, co by mnie obroniło, ale nic nie brzmiało prawdziwie. Nawet dla mnie.

– Michał daje mi poczucie bezpieczeństwa – wyszeptałam. – Z nim wszystko jest… spokojne. Stabilne. Ale...

– Ale co? – spojrzała na mnie uważnie.

– Ale z Patrykiem... przy nim czuję się żywa. On jest inny. Namiętny. Potrafi mnie rozśmieszyć, rzucić wszystko i zabrać mnie na spontaniczny wyjazd za miasto. Przez chwilę jestem kimś innym.

Babcia uniosła brwi.

A może po prostu uciekasz? – powiedziała cicho. – Przed sobą. Przed tym, że nie wiesz, czego naprawdę chcesz. To się nie leczy kolejnym mężczyzną.

Zacisnęłam dłonie na kubku. Jej słowa bolały, bo były prawdziwe. Od miesięcy żyłam w zawieszeniu – pomiędzy jednym światem a drugim. Udając. Kłamiąc. Czasem nawet przed samą sobą.

– Ja nie wiem, co robić – przyznałam w końcu.

– To może najpierw przestań kłamać – odparła babcia. – Zwłaszcza sobie samej.

Zamilkłyśmy. W kuchni było cicho. Zegar na ścianie tykał jednostajnie, jakby odliczał czas do mojego upadku. Albo – o zgrozo – przebudzenia. Patrzyłam na swoją babcię i po raz pierwszy zobaczyłam ją nie jako staruszkę z domowymi powidłami, ale kobietę, która przeżyła swoje życie. Wiedziała, jak smakuje prawda.

Dała mi ultimatum

– Zostań na drugie danie – powiedziała po chwili babcia, jakby nic się nie wydarzyło. – Kotlety mam w lodówce. Zaraz odgrzeję.

Siedziałam przy stole w bezruchu, a głowa dudniła mi od emocji. Z jednej strony chciałam uciec. Z drugiej – wiedziałam, że muszę tu zostać. Choćby po to, żeby usłyszeć więcej tej prawdy, której tak długo unikałam.

Babcia krzątała się po kuchni cicho, bez zbędnych słów. W końcu usiadła naprzeciwko mnie z talerzem i westchnęła.

– Dominika, ja nie chcę cię oceniać. Ale skoro już to wypłynęło… – spojrzała na mnie łagodnie. – To powiem ci tylko jedno: musisz wybrać. Nie możesz tak żyć. Ani Michał, ani ty na to nie zasługujecie.

– A jeśli wybiorę źle? – wyszeptałam. – Jeśli zostawię Michała i okaże się, że Patryk to tylko iluzja?

– Wtedy zaczniesz od nowa – odpowiedziała spokojnie. – Z czystym sercem. Może z bólem. Może w samotności, ale przynajmniej uczciwie.

Zamilkłam. To było jak kubeł zimnej wody. Tak naprawdę nigdy nie brałam pod uwagę, że musiałabym wybierać. Chciałam mieć wszystko. Stabilność i namiętność. Miłość i flirt. Michała i Patryka. A przecież tak się nie da na dłuższą metę.

– Wiesz, co uratowało mnie po śmierci dziadka? – zapytała nagle.

Pokręciłam głową.

– To, że nie miałam sobie nic do zarzucenia. Kochałam go i byłam wobec niego szczera. Do samego końca. To była moja pociecha.

Poczułam ciepło pod powiekami. Zaczynało mnie boleć to wszystko. A jeszcze bardziej bolało to, że wiedziałam, że babcia ma rację.

Postanowiłam się przyznać

Drzwi zamknęły się za mną cicho. Schodziłam po schodach z pudełkiem ciasta od babci i dziwnym ciężarem na piersi. Jakby babcia, nie podnosząc głosu, nie szarpiąc mnie za ramiona, właśnie rozbiła mój świat na kawałki. Może to dobrze. Może właśnie tego potrzebowałam.

Kiedy weszłam do mieszkania, Michał był w kuchni w fartuchu, z patelnią w ręce. Pachniało bazylią i czosnkiem.

Hej, już jesteś! – uśmiechnął się szeroko. – Robię spaghetti. Twój ulubiony sos z pomidorami i suszonymi ziołami. Chcesz spróbować?

Pokiwałam głową. Patrzyłam, jak się uwija, jak się stara. Nagle przyszło to uczucie. Jak cios. Jakby ktoś zdzielił mnie między żebra. Nie zasługuje na to. Na moje milczenie. Na życie z kobietą, która ma innego w telefonie i w myślach.

– Michał... – odezwałam się cicho.

– Tak?

– Musimy porozmawiać. To nie będzie łatwe.

Zamarł. Odłożył drewnianą łyżkę. Spojrzał na mnie z napięciem, którego nie potrafił ukryć.

– Co się dzieje?

Usiadłam na krześle. Dłonie miałam zimne. Oddech płytki. Nie powiedziałam mu wszystkiego. Jeszcze nie. Ale powiedziałam dość, by zacząć.

Nie jestem z tobą szczera od jakiegoś czasu. Wiem, że cię ranię i nie chcę tak dalej żyć.

Cisza, jaka zapadła, bolała bardziej niż krzyk. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się jak oszustka. Czułam się... wolna.

Przynajmniej się obudziłam

Minął tydzień, odkąd rozmawiałam z Michałem. Powiedziałam mu wszystko. Nie krzyczał. Nie wybiegł. Siedział, słuchał. Zadał kilka pytań. A potem powiedział tylko:

Muszę to przemyśleć.

Potem wyszedł. Od tego czasu nocuje u siostry. Nie powiedziałam mu całej prawdy. Jeszcze nie. Tylko najważniejsze – że z kimś się spotykam. Że to nie jest tylko „zagubienie”, że nie chcę już dłużej żyć w kłamstwie. Nie wiem, czy mi wybaczy. Nie wiem, czy w ogóle będę o to prosić i nie wiem, czy chcę.

Patryk przestał się odzywać, odkąd powiedziałam, że muszę „poukładać swoje życie”. Myślę, że od początku wiedział, że nie jestem kobietą na skok w bok. Może dlatego mnie chciał. Może dlatego zniknął.

Babcia zadzwoniła dziś rano.

– Jak się czujesz, Dominika?

Jakbym dostała łopatą w głowę – odpowiedziałam.

– To dobrze – mruknęła. – Przynajmniej się obudziłaś.

Uśmiechnęłam się. Tak, może wreszcie się obudziłam. Z tego snu, w którym można być wszystkimi naraz i nikim do końca. Nie wiem, z kim będę. Nie wiem, czy w ogóle z kimkolwiek. Teraz przynajmniej jestem szczera sama ze sobą. Bez gierek. Bez układania wszystkiego tak, by nikt się nie domyślił. Babcia nie zrobiła ze mnie świętej. Zrobiła ze mnie człowieka. Dopiero teraz, tak naprawdę, jestem gotowa żyć.

Dominika, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama