Reklama

Zawsze mówiłam, że Dzień Babci i Dziadka to nie data w kalendarzu, tylko coś więcej. Małe święto serca. Nie chodzi o laurki czy czekoladki, tylko o to, że ktoś o tobie pamięta. Gdy dzieci były małe, biegały po domu z farbkami, a Ola, moja wnuczka, przyklejała mi swoje dzieła na lodówce kolorową taśmą. Śmiechu było co niemiara. Pamiętam, jak kiedyś zbudowała mi z klocków tron i nazwała mnie „najbardziej pachnącą babcią na świecie”.

W tym roku znów się przygotowałam, jak co roku. Choć coś w środku podpowiadało mi, że może niepotrzebnie. Włożyłam granatową sukienkę z haftowanym kołnierzykiem – tę, w której czuję się jakoś dostojnie. Upiekłam sernik, postawiłam go na białym obrusie i kupiłam goździki do wazonu, żeby ładnie wyglądało. Żeby... było jak dawniej.

Telefon położyłam obok talerzyków. Leżał cicho. Co jakiś czas go sprawdzałam, niby przypadkiem. Milczał uparcie. Włodek podszedł do okna, westchnął, po czym usiadł naprzeciwko mnie.

– Myślisz, że może po prostu utknęli w pracy i szkole? – zapytałam, starając się brzmieć zwyczajnie.

– Może. A może zapomnieli. Też bym zapomniał, gdyby nie kalendarz – mruknął, nie odrywając wzroku od zaszronionego parapetu.

Nie chciałam, żeby widział, że się wzruszyłam, więc wstałam i zaczęłam zbierać filiżanki. Już wtedy pomyślałam: „ Jak się zaraz nie pojawią, to nie będziemy tak siedzieć. Nie dziś”.

Miałam nietypowy pomysł

Nie powiedziałam nic więcej. Wyszłam do kuchni niby po ściereczkę, ale tak naprawdę, żeby złapać oddech. Włodek siedział w salonie, udając, że szuka czegoś w programie telewizyjnym. Cisza między nami była cięższa niż zwykle. Taka… rozczarowująca. Po kilku minutach wróciłam, otrzepując dłonie.

– Włodek. A może gdzieś wyjdziemy?

Podniósł wzrok. Zaskoczenie na jego twarzy było prawie zabawne.

– Co? Gdzie?

– Na obiad. Do tej małej restauracji na rogu. Mówią, że teraz mają dobre pierogi z kaczką – uśmiechnęłam się blado. – W końcu mamy swoje święto, no nie?

Patrzył na mnie przez chwilę, jakby oceniał, czy mówię poważnie. W końcu wstał, poprawił pasek spodni i rzucił z przekąsem:

– No dobra. Jak szaleć, to szaleć.

W restauracji pachniało zupą grzybową i przyprawami. Usiadłam przy oknie, a Włodek zamówił dwie porządne porcje zupy i pierogów.

– Zamówimy coś dobrego. W końcu mamy swoje święto, nie? – powiedział, spoglądając na mnie z uśmiechem.

– Tak, mamy… Choć chyba tylko my o tym wiemy – odpowiedziałam, stukając łyżką w brzeg talerza.

Zjadaliśmy powoli. Rozmawialiśmy o pogodzie, o sąsiadach, o niczym. A jednak czułam się lepiej. Nawet śmialiśmy się chwilami – jak kiedyś. W drodze powrotnej zaszliśmy do kina. Zobaczyliśmy afisz jakiejś komedii, a Włodek wzruszył ramionami:

– A co tam! Chodźmy. W końcu, kiedy ostatnio byliśmy w kinie?

– Na „Ogniem i mieczem” chyba – parsknęłam.

Śmiał się jeszcze długo. A potem poszliśmy, jak kiedyś, za rękę przez park.

Próbowałam ją usprawiedliwiać

Było już po dwudziestej, kiedy wróciliśmy do mieszkania. Włodek od razu zdjął marynarkę i usiadł w fotelu, jakby ten dzień był zwyczajnym czwartkiem. Ja zostałam chwilę w przedpokoju, patrząc na pustą półkę, gdzie kiedyś Ola stawiała laurki. Zauważyłam, że jedna z nich, sprzed trzech lat, jeszcze gdzieś tam leżała, lekko zakurzona. „Dla najwspanialszej babci” – dziecięce pismo, krzywe serduszko.

Wzięłam telefon do ręki. Wciąż cisza. Ani wiadomości, ani nawet „Przepraszam, zadzwonię później”. Ola tydzień temu mówiła: „Babciu, no pewnie, że zadzwonię! Co ty, myślisz, że zapomnę?”. Wtedy się roześmiała – ten jej śmiech potrafił mnie zawsze rozbroić.

Usiadłam w kuchni, włożyłam okulary i zaczęłam przeglądać zdjęcia na telefonie. Ola z wakacji. Ola z przyjaciółkami. Ola z tortem na urodziny. W każdej chwili piękna, uśmiechnięta, młoda. Patrzyłam na nią jak na kogoś z innego świata.

Może mają jakieś ważne sprawy – powiedziałam głośno, bardziej do siebie niż do Włodka. – Młodzi teraz ciągle w biegu…

Włodek nie odwrócił głowy od telewizora. Westchnął ciężko.

– A może po prostu nie mają dla nas miejsca w tym biegu.

Odwróciłam się do niego z cichym protestem:

– Nie mów tak.

– Ale przecież ty też tak myślisz – dodał spokojnie.

Nie zaprzeczyłam. Po raz pierwszy w życiu... naprawdę tak myślałam.

A jednak się odezwała

Było już po dwudziestej pierwszej, gdy zaczęłam gasić światła. Włodek drzemał w fotelu, a ja siedziałam w kuchni w szlafroku, popijając zimną już herbatę. Myślałam, że ten dzień po prostu przejdzie bez echa. Że przełknę to, jak gorzką pastylkę – i pójdę spać. O 21:32 zadzwonił telefon.

Ekran rozświetlił się znajomym zdjęciem – Ola z grzywką opadającą na czoło, uśmiechnięta.

– Babciu! – krzyknęła radośnie. – Wiem, wiem, późno... Ale pamiętam! Wszystkiego najlepszego!

Poczułam, jak serce zabiło mi mocniej. Z jednej strony ulga – że jednak nie zapomniała. Z drugiej… coś jak ukłucie.

– Dziękuję, kochanie. Miło, że zadzwoniłaś – odpowiedziałam, starając się brzmieć ciepło.

– Miałam tyle rzeczy na głowie, ale przecież mówiłam, że zadzwonię, no i jestem! – powiedziała z tym swoim typowym entuzjazmem.

– Tak, jesteś – szepnęłam. W duchu powtarzałam: „jesteś, ale dopiero teraz, kiedy już się nauczyłam nie czekać”.

– No dobra, muszę kończyć, bo zaraz wychodzimy ze znajomymi. Ale kocham cię! – rzuciła szybko.

– Ja ciebie też. Baw się dobrze – odpowiedziałam, mimo że ścisnęło mnie w gardle.

Telefon zamilkł. Na ekranie znów pojawiła się cisza. Dłuższa niż wcześniej. Teraz już wiedziałam, że nawet „kocham cię” czasem wystarcza.

Czasy się zmieniły

Była już noc. Siedziałam w kuchni w szlafroku z kolejną herbatą, której nie miałam zamiaru pić. Parowała lekko, choć ja już dawno wystygłam od środka. Za oknem światło latarni drżało na szybie, a śnieg osiadał na parapecie cicho, bezszelestnie – jakby też nie chciał nikomu przeszkadzać.

Włodek wszedł bez słowa. Przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko mnie. Miał na sobie sweter w romby, ten sam od lat – wyglądał w nim jak z innej epoki. Mojej epoki.

Dzwoniła? – spytał, jakby to nie było oczywiste.

– Dzwoniła – kiwnęłam głową. – Teraz, o wpół do dziesiątej. Powiedziała, że pamiętała, ale miała dużo na głowie. Że nas kocha i że wychodzi ze znajomymi.

Włodek wzruszył ramionami i spuścił wzrok.

– Wiesz... chyba liczyłam na coś więcej. Może nie na wielką fetę, ale… na pamięć – powiedziałam w końcu.

Zamilkł na chwilę, jakby ważył słowa.

Nie jesteśmy już w centrum ich świata. To normalne, choć przykre.

Patrzyłam na niego długo. W jego twarzy było wszystko: rezygnacja, zmęczenie, smutek. Może nawet samotność. Nawet we dwoje można się czuć trochę samotnym.

Tak, przykre – przyznałam cicho.

Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę, każde z własnym kubkiem i własnym smutkiem. Dwoje ludzi, którzy dali z siebie wszystko. A teraz próbowali nauczyć się być... tłem.

Pozostaje nam czekanie

Nie spałam długo tamtej nocy. Kręciłam się z boku na bok, próbując znaleźć pozycję, w której coś przestanie mnie uwierać – ale nie chodziło o poduszkę. Włodek spokojnie chrapał obok, jakby nic się nie wydarzyło, albo jakby wydarzyło się wszystko i już nie było sensu tego przeżywać po raz kolejny.

Myślałam o tym, że czułam się… wymazana. Jak stara fotografia, z której znikają kolory. Nie od razu, nie dramatycznie. Po prostu dzień po dniu, aż zostaje tylko szary kontur. Może to właśnie jest starość? Nie ból w kolanach, nie tabletki. Tylko to czekanie, które przestaje mieć sens. To „może zadzwonią”, „może wpadną” – i ta cisza, która zostaje, kiedy jednak nie przychodzą.

Pomyślałam o Oli. Widziałam jej oczy, gdy była mała – pełne zachwytu, kiedy czytałam jej bajki. Teraz w jej głosie była już tylko bieganina, rozkojarzenie, śmiech na pół etatu. Pewnie zapomni też o Wielkanocy, o moich imieninach. Może to nie jej wina. Tylko… moja potrzeba, żeby być ważna, nie zniknęła. A przecież nikt już o nią nie pyta. Zgasiłam lampkę i wsunęłam się pod kołdrę. Cisza znowu była głośna. Może za rok znowu pójdziemy do kina.

Barbara, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama