Reklama

Zawsze dbałam o to, żeby w naszym domu było ciepło, pachniało świeżo pieczonym ciastem i żeby każdy czuł się tu mile widziany. Szczególnie ważne były dla mnie rodzinne święta — dni, w których mogliśmy się spotkać, porozmawiać i nacieszyć sobą. Dzień Babci i Dziadka był dla mnie wyjątkowy. Zawsze traktowałam go jak okazję, by zobaczyć, jak dorastają nasze wnuki, by usłyszeć ich głosy i śmiech w naszych czterech ścianach. W tym roku również wszystko przygotowałam z wyprzedzeniem — sernik według starego przepisu, barszczyk, ręcznie robione uszka. Obiecałam sobie, że to będzie piękne popołudnie. Tym razem jednak coś poszło zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Nie padło żadne „wszystkiego najlepszego”, nie rozległ się dzwonek do drzwi, nie zabrzmiały znajome głosy. Tylko cisza.

Oczekiwania i rzeczywistość

Kilka dni przed świętem zaczęłam przygotowywać się mentalnie. Mój mąż, Władek, siedział w fotelu z gazetą i zerkał na mnie znad okularów, gdy robiłam listę zakupów.

– Po co tyle tego, kochanie? – zapytał z uśmiechem. – Przecież to tylko jedno popołudnie.

– No właśnie dlatego – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od notatnika. – Musi być idealne.

Nie mówiłam mu, że w środku tliła się we mnie niepewność. Ostatnio rzadziej dzwonili. Wnuki wydawały się wiecznie zajęte. Młodszy, Wojtuś, zawsze z nosem w laptopie. Starsza, Martyna, jakby przestała być dzieckiem – maluje się, planuje wyjazdy, ciągle z koleżankami. Próbowałam to rozumieć. Takie czasy. Jednak coś we mnie chciało wierzyć, że dla nich ten dzień też ma znaczenie.

Co roku było tak samo: dzwonek do drzwi, śmiechy, kwiaty, laurki. Później siedzieliśmy przy stole i patrzyliśmy, jak dzieci dorastają. A potem znów wracała codzienność, aż do kolejnego spotkania. Tym razem miało być podobnie. Tak sobie to wyobrażałam. Nawet wyciągnęłam stare zdjęcia — takie, gdzie jeszcze byli mali, gdzie siedzieli mi na kolanach. Uśmiechałam się do nich, jakby mogły odpowiedzieć.

Przygotowania pełną parą

W piątek wstałam wcześniej niż zwykle. Nawet Władek się zdziwił, że już krzątam się po kuchni o szóstej rano. Zaparzyłam kawę i zaczęłam przygotowywać składniki na sernik. To był przepis mojej mamy, którego nauczyłam się jeszcze jako nastolatka. Martyna go uwielbiała. Kiedy była mała, wyjadała surową masę z miski, zanim zdążyłam ją wylać do formy.

– Dobrze, że mamy nową ceratę – mruknął Władek, wchodząc do kuchni. – Jak Wojtuś znów rozleje kompot, nie trzeba będzie się martwić.

Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie całą trójkę: Martynę, Wojtusia i nawet ich mamę, która zawsze udawała, że się złości, ale w oczach miała rozczulenie.

Nakryłam stół nowym obrusem, postawiłam świeże kwiaty w wazonie. Wszystko musiało być idealne. Obiad, deser, herbata – wszystko rozplanowane co do minuty. Przebrałam się w najlepszą sukienkę i poprawiłam fryzurę. Spojrzałam w lustro. Widać było zmarszczki, ale i uśmiech – ten z nadzieją, że dziś znów poczuję się ważna.

– Myślisz, że będą punktualnie? – zapytałam Władka, kiedy siadł w salonie z gazetą.

– Pewnie tak jak zwykle – odpowiedział. – Przecież wiedzą, że czekamy.

A ja chciałam w to wierzyć z całego serca.

Nadeszła godzina zero

Zegar wybił czternastą. Wszystko było gotowe. Sernik stał na stole, pachnący i lekko jeszcze ciepły. Barszcz w garnku, przykryty pokrywką, czekał na podgrzanie. Uszka trzymały ciepło w piekarniku, owinięte folią, żeby nie wyschły. Nawet cukierki dla Wojtusia włożyłam do miseczki przy jego ulubionym fotelu.

Siedzieliśmy z Władkiem na kanapie, gotowi na ich przyjście. Rozmowa się nie kleiła – każde z nas słuchało bardziej odgłosów zza drzwi niż siebie nawzajem. Co chwilę zerkałam na telefon. Żadnych wiadomości, żadnych połączeń. Może korki? Może zapomnieli klucza i zaraz zadzwonią, żeby otworzyć?

O piętnastej zaczęłam nerwowo chodzić po mieszkaniu. Władek próbował mnie uspokajać.

– Daj im chwilę, może coś się przeciągnęło – powiedział spokojnie.

Przestawiłam filiżanki, poprawiłam serwetki, przetarłam stół – choć już i tak lśnił. Każdy szelest na klatce schodowej zamieniał się w nadzieję, że to ich kroki. Ale nikt nie pukał. Nikt nie zadzwonił. Nawet z sąsiedniego mieszkania nie dochodził gwar – jakby cały świat zapadł w ciszę. Minęło kolejne pół godziny. Nadal nic. Tylko ten uporczywy tykający zegar i dzwoniąca w uszach pustka.

Niesamowite rozczarowanie

O szesnastej usiadłam z powrotem na kanapie, jakby nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Patrzyłam na stół, który miał być miejscem rodzinnego święta, a teraz wyglądał jak wystawa w sklepie z porcelaną – piękna, ale zupełnie martwa. Władek wstał, podszedł do okna i przez chwilę milczał.

– Może zadzwonisz? – zaproponował ostrożnie.

Pokiwałam głową, ale wiedziałam, że nie chcę. Nie chciałam się narzucać, przypominać. W głowie huczały mi pytania: zapomnieli? Zignorowali? Może coś się stało? Może po prostu... nie pomyśleli? W końcu wybrałam numer córki. Nie odebrała. Wysłałam wiadomość, krótką, spokojną, bez wyrzutów. Po kilku minutach otrzymałam odpowiedź. „O matko, zapomnieliśmy! Tyle się działo w pracy, dzieci miały zajęcia… Przepraszamy. Nadrobimy w weekend, dobrze?”

Zgasiłam ekran telefonu i odłożyłam go na stół. Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam.

– I co? – zapytał Władek, nadal stojąc przy oknie.

Praca, obowiązki, szkoła. Zapomnieli – wyszeptałam.

Usiadł obok i złapał mnie za rękę. Nic więcej nie powiedział. Wiedział, że nie trzeba. Za oknem powoli robiło się ciemno. Świece na stole wciąż się tliły, jakby nie chciały zgasnąć bez powodu.

Było nam strasznie smutno

Wieczór przyszedł cicho, bez słów. Usiadłam w kuchni z filiżanką herbaty, której nie dopiłam. Władek sprzątał ze stołu w milczeniu, nie czekał na moją decyzję. Chyba wiedział, że nie miałam już siły, by udawać, że jeszcze czekamy. Sernik schowałam do lodówki. Może zjem go jutro. A może pojutrze. Uszka przełożyłam do pojemnika. Szkoda mi ich było wyrzucać – tyle pracy. Świeczki zgasły jedna po drugiej, jakby same zrozumiały, że nie mają dziś dla kogo płonąć.

Władek usiadł naprzeciwko i patrzył na mnie długo.

– Nie chcieli źle – powiedział w końcu. – Pewnie naprawdę zapomnieli. Zagonieni są, młodzi.

Pokręciłam głową.

– To nie o to chodzi. Nie chcę kwiatów, laurek, prezentów. Chciałam tylko zobaczyć ich twarze. Usłyszeć, że pamiętają. Że jesteśmy dla nich ważni, choć raz w roku.

Zamilkliśmy. I ta cisza była gorsza niż jakikolwiek hałas. W niej było wszystko, czego nie powiedzieliśmy – strach, że odchodzimy w cień, że dla nich stajemy się dodatkiem, tłem, wspomnieniem. Tego wieczoru nie oglądaliśmy już telewizji. Po prostu siedzieliśmy obok siebie, trzymając się za ręce. Jakby to mogło zatrzymać cokolwiek.

Całkiem nowa tradycja

W weekend faktycznie zadzwonili. Najpierw córka, potem Martyna i Wojtuś. Wszyscy przepraszali, tłumaczyli się, że czas pędzi, że tyle się dzieje, że nie zrobili tego specjalnie. Chcieli przyjechać w niedzielę, nadrobić, przynieść kwiaty, ciasto, jakby próbując cofnąć czas. Zgodziłam się. Co miałam zrobić? Obraziłam się, owszem, ale nie na zawsze. Kocham ich – to się nie zmieni. Jednak coś we mnie tego dnia zgasło. Może nie na zawsze, ale na tyle, bym przestała oczekiwać.

W niedzielę było miło. Były śmiechy, zdjęcia, Martyna pokazała mi nowe kolczyki, Wojtuś opowiadał o grze komputerowej. Byliśmy razem, ale ja już patrzyłam inaczej. Wiedziałam, że jeśli chcę dalej być szczęśliwa, muszę sama zmienić reguły gry.

Dlatego z Władkiem ustaliliśmy, że za rok Dzień Babci i Dziadka spędzimy inaczej. Może pojedziemy do sanatorium. Może pójdziemy do kina albo zrobimy sobie spacer do lasu. Bez czekania, bez gotowania. Jeśli ktoś przyjdzie – dobrze. Jeśli nie – też dobrze. To też będzie nasz dzień. Starość nie musi oznaczać pustki. Może być spokojem. Cichym, własnym świętem, bez rozczarowań. I tego właśnie zaczęłam się uczyć.

Zofia, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama