Reklama

Nie chcę się użalać, bo przecież sama sobie to życie zorganizowałam. Sama mówiłam, że nie będę nikomu wchodzić w drogę, że dam radę, że nie potrzebuję nic poza spokojem. No to mam. Spokój. Ciszę. Czasem aż za dużo.

Zaczynam dzień od radia – żeby cokolwiek grało w tych czterech ścianach. Wstawiam wodę na herbatę, myję kubek z wczoraj i włączam telewizor, ale i tak nie słucham. Od dwóch lat mieszkam sama, odkąd Władek odszedł. Zmarł we śnie, cicho. Przynajmniej nie cierpiał. Ja za to trochę tak.

Z wnukami dawniej miałam świetny kontakt. Kasia do mnie dzwoniła, żebym pomogła jej się uczyć do sprawdzianów. Wojtek wpadał z kolegami na naleśniki. Zuzia spała u mnie co drugi weekend. A teraz? Teraz nawet nie wiem, kiedy ostatnio dostałam od nich dobre słow albo zwykły uścisk. Dzwonią tylko, jak mama każe.

Zbliża się Dzień Babci. Kiedyś to było wielkie święto – laurki, piosenki, całusy. A dziś? Mam nadzieję chociaż na odwiedziny. Wiem, że mają swoje sprawy. Szkoła, znajomi, internet... Ale człowiek głupi zawsze ma nadzieję, że chociaż raz w roku ktoś się naprawdę ucieszy, że jesteś.

Dostałam prezent na Dzień Babci

– Babciu, sto lat! – krzyknęła Zuzia już od progu, zanim zdążyłam dobrze otworzyć drzwi.

– Dzień dobry, babciu – rzuciła szybko Kasia i podała mi niewielką reklamówkę z jakiegoś drogerii.

– Hej – mruknął Wojtek, nie odrywając wzroku od telefonu.

Stali tak we trójkę w korytarzu, jakby tylko wpadli na chwilę, bo ktoś ich poganiał. Za nimi Magda, moja córka, już z kluczykami w dłoni.

– Proszę, babciu, to od nas – powiedziała Kasia, jakby wręczała paragon. – Mama mówiła, że lubisz ładnie pachnące rzeczy.

Zajrzałam do torebki. Flakonik z tanimi perfumami, taki za 19,99, który ostatnio widziałam w promocji. Pachniały jak odświeżacz do łazienki. Dosłownie – identyczny zapach miałam kiedyś w toalecie.

– Ojej, jakie… śliczne – wydukałam. – Dziękuję wam. Usiądziecie chociaż na chwilę? Mam sernik…

– Nie mamy za bardzo czasu – przerwała Magda, zerkając na zegarek. – Jeszcze musimy wpaść do mamy Adama, a potem do mojej teściowej…

– A poza tym babciu, i tak się zawsze cieszysz ze wszystkiego – dodał Wojtek, nadal wpatrzony w ekran.

Próbowałam się uśmiechnąć, żeby nie było niezręcznie, ale coś we mnie pękło. Nie chodziło o ten prezent. Nawet nie o to, że tanie. Tylko o to, że byli tu tylko ciałem, nie sercem. Jakby spełniali obowiązek. Jakby przyjechali, bo trzeba.

To może chociaż herbatę? Dziesięć minut…

– Mamo, naprawdę nie mamy kiedy – weszła mi w słowo Magda i zaczęła wycofywać dzieci. – Zadzwoń jutro, dobrze?

Zamknęłam drzwi. W ręku wciąż trzymałam te perfumy. Tak pachniała obojętność.

Byłam rozczarowana

Wieczorem chodziłam po mieszkaniu. Te perfumy wciąż stały na stole. Nie umiałam ich odłożyć, jakby same przypominały mi o tej pustce, jaka po wizycie została. W końcu nie wytrzymałam i sięgnęłam po telefon.

– Mamo? – odebrała po kilku sygnałach. W tle dzieciaki się śmiały, grał telewizor. – Coś się stało?

– Nie, nie... tylko chciałam pogadać. Bo wiesz, dzisiaj... no... trochę mi było przykro – zaczęłam ostrożnie.

– Przykro? – usłyszałam zdziwienie. – Przecież byliśmy. Dzieci przyniosły prezent. O co ci chodzi?

– Madziu, ja nie mówię, że musiał być prezent. Naprawdę nie o to mi chodzi. Ale tak szybko… Nawet nie posiedzieliście. Dzieci patrzyły w telefony. Chciałam tylko... chwilę was mieć.

– Mamo, nie przesadzaj. To był dzień jak każdy inny. Rano szkoła, potem jazda po mieście, jeszcze trzeba było z teściami się zobaczyć. Ja padam na twarz!

– Ja całe życie też byłam zmęczona, ale zawsze miałam dla was czas – powiedziałam ciszej, niż chciałam.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

– Wiesz, mamo… czuję, że cokolwiek byśmy nie zrobili, zawsze będzie mało. Zawsze się czegoś czepiasz.

– Czepiam się?! Madziu, ja przez cały dzień czekałam… Nawet sernik upiekłam, z myślą, że posiedzicie, powspominamy. A wy mi tu wpadacie na dziesięć minut jak kurierzy z paczką i znikacie.

– Wiesz co? Nie mam siły na te wyrzuty. Naprawdę. Pogadamy jutro – powiedziała, po czym się rozłączyła.

Zostałam z sygnałem w słuchawce. W oczach stanęły mi łzy. Nie przez perfumy. Przez to, że własne dziecko nie rozumie, jak bardzo boli bycie zbędną.

Może to moja wina?

Wyszłam z domu. Nawet nie miałam celu. Po prostu wzięłam płaszcz, szalik i zamknęłam drzwi. Czułam, że jeśli zostanę, zacznę krzyczeć. Albo płakać. Albo jedno i drugie naraz.

Szłam przed siebie powoli, jakby nogi same wiedziały, gdzie mnie nieść. Minęłam kiosk, gdzie kiedyś kupowałam lizaki dla Zuzi. Potem szkołę, gdzie Kasia uczyła się czytać, a ja ją odprowadzałam. Pod jednym z drzew widziałam kiedyś, jak Wojtek zjadał potajemnie batona, którego miał schować „na potem”. Wszystko przypominało mi o nich. O tych małych ludziach, którzy kiedyś bez zaproszenia wpadali na rosół, pytali o bajki, wtulali się w moje ramiona.

Usiadłam na ławce w parku. Obok mnie starsza kobieta tuliła wnuczkę, pokazywały sobie coś w zeszycie. Dziewczynka miała w rączce laurkę, a kobieta śmiała się przez łzy.

Zrobiło mi się słabo. Odwróciłam wzrok. Czułam gulę w gardle.

– Może to ja coś zrobiłam nie tak? – szepnęłam sama do siebie. – Może za bardzo ich rozpieściłam. Za bardzo byłam, kiedy mnie potrzebowali.

Zamknęłam oczy. Wróciły obrazy: ja i Kasia w kuchni, robimy pierniki. Wojtek z rozbitym kolanem, przytulony. Zuzia z pluszakiem, zasypiająca na moim ramieniu.

A teraz? Nawet nie spojrzą, czy mam się dobrze. Nawet nie pytają.

Poczułam chłód. Nie tylko ten styczniowy, ale taki w środku. Jakby we mnie coś zgasło.

Czuję się samotna

Następnego dnia postanowiłam posprzątać szafę. Nie dlatego, że wymagała tego jakiegoś porządku – raczej dlatego, że nie chciałam już myśleć. Otworzyłam drzwi i od razu wypadło kilka starych pudeł. W jednym z nich znalazłam zeszyt Kasi, ten z pierwszej klasy. Na okładce serduszko i napis: „Dla babci”. W środku rysunki, trochę krzywe, ale wszystkie pełne miłości. Ja w fartuchu, ja z książką, ja z Kasią na kolanach. Zrobiło mi się duszno.

Pod spodem – zdjęcie. My wszyscy na pikniku. Kasia śmieje się do aparatu z pomidorówką na brodzie, Wojtek wywrócony na kocu, Zuzia jeszcze w pieluszce. I ja – szczęśliwa. Taka prawdziwa, jakiej dawno nie widziałam w lustrze.

Usiadłam na podłodze z tymi skarbami i nagle uderzyło mnie, jak bardzo się wszystko zmieniło. Nie chodzi o to, że dzieci dorosły. Chodzi o to, że ja wciąż tu jestem – ale jakby przezroczysta. Nikt już nie patrzy w moją stronę tak, jak wtedy. Nikt nie pyta, co u mnie. Czy dobrze spałam. Czy czegoś potrzebuję.

Zamknęłam pudełko i zsunęłam je z powrotem na dno szafy. Przez chwilę chciałam zadzwonić do Magdy. Powiedzieć, że mnie boli. Ale już wiedziałam, co usłyszę: że przesadzam, że dramatyzuję, że „takie są czasy”. Więc zamiast dzwonić, zrobiłam sobie kawę. Usiadłam przy stole, jak co dzień. I po raz pierwszy pomyślałam: może czas nauczyć się żyć dla siebie.

To było miłe

Była środa, godzina szesnasta. Akurat odkurzałam w pokoju, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Pomyślałam, że to może sąsiadka po cukier, ale gdy je otworzyłam, aż mnie zatkało.

– Zuzia? Kochanie, coś się stało?

Stała przede mną z tornistrem na plecach i lekkim rumieńcem na policzkach. Uśmiechnęła się niepewnie.

– Babciu… mogę wejść? Mama myśli, że poszłam do Julki, ale… ja chciałam do ciebie.

Wpuściłam ją natychmiast, zdezorientowana. Zdjęła buty, odwiesiła kurtkę – wszystko jak dawniej.

– Babciu, mogę z tobą posiedzieć? Nie wiem czemu, ale… miałam ochotę cię przytulić – powiedziała cicho i spojrzała na mnie tymi samymi oczami, które kiedyś błyszczały, gdy robiłyśmy razem pierniki.

Objęłam ją bez słowa. Przytuliła się mocno, tak jak wtedy, gdy była jeszcze mała. Przez chwilę milczałyśmy.

– Mama mówi, że jesteś przewrażliwiona, ale… ja nie wiem, babciu. Jakoś mi się nie podobało, jak tak szybko wtedy poszliśmy. Chciałam ci to powiedzieć – wyszeptała.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle.

Zuziu, skarbie… zawsze możesz do mnie przyjść. Zawsze.

Nie mówiłam nic o perfumach. Nie chciałam. Wystarczyło, że przyszła. Że pamiętała. Podałam jej herbatę i jabłecznik. Siedziałyśmy przy kuchennym stole, rozmawiając o szkole, o kotach, o śmiesznych filmikach z internetu. To nie było rozwiązanie. To był plaster. Ale jakże potrzebny.

Renata, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama