„Na Dzień Babci i Dziadka chciałam im zrobić niespodziankę. Oni mieli dla mnie większą, gdy przekroczyłam próg ich domu”
„Siedziałam z telefonem przy uchu, ale nie słyszałam już nic. Głos pani Jadzi zlał się z szumem w moich uszach. Serce waliło mi tak mocno, jakby miało się wyrwać z klatki piersiowej. Tydzień temu? I nikt mnie nie poinformował?”.

W zeszłym roku nie udało mi się odwiedzić dziadków na ich święto, dlatego w tym postanowiłam to nadrobić. Chciałam sprawić im radość, zaskoczyć ich, jak tylko potrafię najlepiej. Miałam plan: bez zapowiedzi pojawić się u nich z bukietem kwiatów, ciastem z ulubionej cukierni i wielką porcją dobrych wiadomości. Wiedziałam, jak bardzo się ucieszą. Dziadek zawsze mówił, że jestem jego dumą, a babcia przytulała mnie, jakbym była jej największym skarbem. Nie spodziewałam się, że kiedy przekroczę próg ich drzwi, to oni zaskoczą mnie bardziej. I że nie będę gotowa na to, co usłyszę.
Robiłam to z przyjemnością
Pociąg dojechał do stacji w moim rodzinnym mieście kilka minut przed czasem. Czułam przyjemne zdenerwowanie, trzymając w dłoni torbę z upominkami. Bukiet frezji, czekoladowe ciasteczka z ulubionej warszawskiej cukierni i album ze zdjęciami z ostatniego roku mojego życia – wszystko to miało sprawić, że babci i dziadkowi zakręci się łza w oku. Miałam nawet przygotowane hasło, którym miałam wejść: „Najlepsze wnuczki odwiedzają bez zapowiedzi!” – uśmiechnęłam się do siebie, wyobrażając ich miny.
Z dworca do ich bloku poszłam pieszo. Mimo że był styczeń, nie czuć było zimy. Śnieg topniał, ulice błyszczały od wilgoci. Przeszłam obok sklepu, w którym dziadek kupował poranne bułki, obok ławki, na której babcia siedywała z sąsiadkami. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Zatrzymałam się pod ich klatką, sprawdzając jeszcze raz, czy mam wszystko. Weszłam na czwarte piętro, pomijając windę, która zawsze się zacinała.
Kiedy stanęłam pod ich drzwiami, wzięłam głęboki oddech i nacisnęłam dzwonek. Cisza. Dziwne. Zdziwiona zadzwoniłam jeszcze raz. Miałam przy sobie zapasowe klucze. Po chwili nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły.
Jakoś tu pusto
– Halo? Babciu? Dziadku? – zawołałam, wchodząc do mieszkania. – To ja, Ala!
Cisza była nienaturalna. Żadnego zapachu pieczonego jabłecznika, który zwykle uderzał mnie od progu. Nie było też dźwięku radia, które dziadek nastawiał na cały regulator, jakby chciał, by sąsiedzi też słuchali audycji. Wnętrze mieszkania wydawało się dziwnie chłodne. Odstawiłam torbę na podłogę i rozejrzałam się. Na wieszaku wisiał płaszcz dziadka, babcine kapcie leżały pod ławą, jak zawsze. A mimo to... nie było ich.
Przeszłam do kuchni – czajnik stał nietknięty, a na stole sterta niezjedzonych mandarynek. Babcia zawsze je obierała i układała na talerzyku, żebym „nie zapomniała witaminy C”. W salonie na stole leżała nieprzeczytana gazeta sprzed trzech dni. Coś było nie tak. Poczułam ucisk w żołądku.
Otworzyłam drzwi do sypialni. Łóżko było zasłane, jakby nikt w nim nie spał. Wtedy sięgnęłam po telefon. Spróbowałam zadzwonić do dziadka – brak odpowiedzi. Potem do babci – to samo. Serce zaczęło mi łomotać. Przecież mieli być tu. Dziadkowie nigdy nie wychodzili tak po prostu. A teraz... jakby zniknęli.
Pudełko wspomnień i listów
Nie wiedziałam, co robić. Siedziałam na ich wersalce, wciąż mając nadzieję, że zaraz wrócą ze spaceru albo z zakupów. Ale mijające minuty zaczęły zamieniać tę nadzieję w niepokój. Wstałam i zaczęłam się kręcić po mieszkaniu. Nie z ciekawości – z potrzeby znalezienia czegokolwiek, co wyjaśniłoby ich nieobecność.
W pokoju gościnnym, pod regałem z książkami, stało znane mi od dziecka pudełko po butach, obklejone starą gazetą. Wiedziałam, że babcia chowała tam różne pamiątki – bilety z podróży, wycinki z gazet, zdjęcia. Wyciągnęłam je z ostrożnością, jakby miały się zaraz rozpaść w rękach.
Na wierzchu leżała stara pocztówka z Sopotu, potem fotografia z mojego chrztu, wyblakła, ale znajoma. Dalej kilka listów w kopertach, opisanych starannym pismem babci. Jeden z nich miał na odwrocie moje imię. Ręka mi zadrżała. Nie powinno się czytać cudzych listów... ale to nie były zwykłe listy.
Otworzyłam ten zaadresowany do mnie. To nie była wiadomość na teraz. To był list na potem. Na kiedyś. W środku kilka zdań – i jedno, które mną wstrząsnęło.
– Kochana Alu, jeśli to czytasz, to znaczy, że nas już nie ma...
Rozdział 4: Coś się wydarzyło
Zacisnęłam list w dłoni, jakby miał się rozpuścić, jeśli nie będę go trzymać wystarczająco mocno. Przeczytałam go jeszcze raz, tym razem powoli, sylaba po sylabie. Babcia pisała, że oboje z dziadkiem od jakiegoś czasu chorowali, ale nie chcieli mnie martwić. Nie wspominali o tym ani przez telefon, ani w rozmowach wideo. Twierdzili, że to „zwykłe zmęczenie”, „troszkę gorszy dzień”. List kończył się słowami: Nie chcieliśmy, byś o tym wiedziała. Kochamy Cię za bardzo, żebyś musiała się nami martwić.
Poczułam, jakby ktoś wyrwał mi pod nogami grunt. Przecież rozmawialiśmy jeszcze dwa tygodnie temu! Babcia opowiadała mi o nowych przepisach na ciasta, a dziadek chwalił się, że przeszedł całe sudoku w gazecie bez pomyłki. Jak to możliwe, że w tym czasie chorowali i ukrywali to przede mną?
Zadzwoniłam do sąsiadki z naprzeciwka, pani Jadzi. Odbierała zawsze. Teraz też.
– Alu? – usłyszałam zatroskany głos. – Ty jeszcze nie wiesz? Kochanie… przecież ich już nie ma. Odeszli tydzień temu. W tym samym dniu.
Nie zrozumiałam. Jak to – razem? W tym samym dniu?
– Dziadek przestał oddychać rano. Babcia wieczorem. Jakby jedno nie mogło bez drugiego.
Nie chciałam takiej prawdy
Siedziałam z telefonem przy uchu, ale nie słyszałam już nic. Głos pani Jadzi zlał się z szumem w moich uszach. Serce waliło mi tak mocno, jakby miało się wyrwać z klatki piersiowej. Tydzień temu? I nikt mnie nie poinformował?
– Alu, kochanie, oni zostawili wyraźną prośbę... – zaczęła pani Jadzia niepewnie, jakby czuła, że każde słowo wbija mi się w skórę. – Żeby ci nie mówić. Żebyś nie przerywała swojego życia. Żebyś nie przyjeżdżała. Tak bardzo nie chcieli cię obciążać.
Zrobiło mi się duszno. Wstałam, rzuciłam telefon na kanapę i podeszłam do okna. Patrzyłam na osiedle, które tak dobrze znałam, ale które teraz wydawało się obce, jakby to wszystko działo się nie u mnie, tylko gdzieś w filmie, który oglądam bez dźwięku.
Całe dzieciństwo przewinęło mi się przed oczami – pierogi lepione z babcią, wyprawy po lody z dziadkiem, nocne opowieści, wspólne śmiechy... A ja nie byłam z nimi w ich ostatnich chwilach. Nie trzymałam ich za rękę. Nie pożegnałam się. Mimo ich woli – czułam się zdradzona. I złamana.
Zamiast niespodzianki – pożegnanie
Zostałam u nich do wieczora. Nie potrafiłam wyjść. Chodziłam po mieszkaniu, dotykałam ich rzeczy, wąchałam swetry, w których wciąż czuć było zapach babcinego płynu do płukania. Zajrzałam do szuflady z herbatami – wszystko na swoim miejscu. Nawet mój ulubiony rooibos, który dziadek kupował tylko dla mnie. Na lodówce wisiało zdjęcie – ja, oni, nasz stary pies. Uśmiechnięci. Jakby wciąż tu byli.
Znalazłam urny w ich sypialni. Dwie. Obok siebie, przykryte haftowaną serwetką. Tak jak napisali w liście – chcieli być razem. Nie w ziemi. Nie w kościele. Tylko tu, w miejscu, które kochali najbardziej. Usiadłam z nimi. Po prostu. W ciszy. I pierwszy raz od dawna nie płakałam. W ich decyzji była jakaś dziwna siła. Może i mnie chcieli ochronić. Może bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Następnego dnia wyniosłam torbę z prezentami z mieszkania. Ciastka zostawiłam u pani Jadzi. Album włożyłam na półkę w salonie – może inni go kiedyś obejrzą. A ja wróciłam do swojego życia. Innego, pękniętego, ale bogatszego o to jedno – zrozumienie, że miłość nie zawsze musi kończyć się łzami. Czasem kończy się cicho. Bez pożegnania.
Ala, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowie chcieliby świętować Dzień Babci i Dziadka. Dawali nam złote rady, byśmy jak najszybciej podarowali im wnuka”
- „Żona kazała mi oszczędzać na jedzeniu. Sama codziennie zamawiała catering, a ja miałem jeść najtańszą szynkę”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”

