Reklama

Odkąd zostałam sama, moje życie stało się ciche, przewidywalne. Poranki z herbatą w porcelanowej filiżance, popołudnia przy oknie, z widokiem na ten sam park. Zwykła codzienność siedemdziesięcioletniej emerytki. Wnuczka czasem wpada z wizytą – dla niej zawsze piekę drożdżówkę z kruszonką, bo tak lubi najbardziej. Właśnie dziś przyniosła mi prezent na Dzień Babci – mały, elegancki flakonik perfum.

– Babciu, pachniesz jak królowa – zaśmiała się, psikając mi kropelkę na nadgarstek. Uśmiechnęłam się, ale w tej chwili… świat na sekundę przestał istnieć. Zapach, ten zapach. Mocny, ciepły, przywodzący na myśl coś, co od lat chciałam wymazać z pamięci. „To niemożliwe” – przemknęło mi przez głowę. „Tyle lat… a ten zapach wciąż żyje we mnie”.

– To dziwne… Te perfumy… pachną dokładnie jak tamte – wyszeptałam, zaskoczona drżeniem własnego głosu.

– Jakie tamte? – spytała wnuczka, nieświadoma burzy, jaka przetoczyła się przez moją duszę.

– Nic, kochanie. Dawne czasy – odpowiedziałam. Odwróciłam wzrok, bo bałam się, że zobaczy na mojej twarzy cień tego, czego nie powinien znać nikt. Nie dzisiaj, nie nigdy.

Czułam się rozdarta

Byłam wtedy młodą kobietą. Miałam całe życie przed sobą, plany, marzenia, miłość, która wydawała się najpewniejsza na świecie. Byłam narzeczoną Jana – spokojnego, opanowanego, dobrego człowieka, który nosił mnie na rękach i nigdy nie pozwoliłby, żebym poczuła się niepotrzebna. Przy nim życie wydawało się bezpieczne, przewidywalne, stabilne.

Ale był jeszcze Marek – jego brat. Zawsze, gdy był w pobliżu, czułam się inaczej. On był wszystkim tym, czym Jan nie był – nieprzewidywalny, impulsywny, z błyskiem w oku, który budził we mnie coś, czego nie potrafiłam nazwać. Unikałam jego spojrzenia, choć przyciągało mnie jak magnes. Starałam się nie myśleć o nim nocami, a jednak w snach pojawiał się częściej niż mój własny narzeczony. Udawałam przed sobą, że Marek nic dla mnie nie znaczy.

Pamiętam rozmowę z moją przyjaciółką, Heleną, kiedy siedziałyśmy na ławce przy stawie:

– Marek znowu na ciebie patrzył – powiedziała z uśmiechem, popijając oranżadę.

– Przestań. To mój przyszły szwagier – żachnęłam się, nie patrząc jej w oczy.

– No właśnie. A patrzy, jakbyś była jego – rzuciła cicho, a ja udawałam, że nie słyszę.

Nigdy nie zrobił pierwszego kroku. Był obecny w moich myślach, w spojrzeniach, które wymykają się spod kontroli. Jan ufał mi ślepo, czasem aż do bólu. Chciałam wierzyć, że to wszystko nie ma znaczenia. Że miłość to wybór, lojalność, a nie ukryta tęsknota.

Nie mogłam się mu oprzeć

Tamten wieczór pamiętam jak przez mgłę, a przecież każdy szczegół wyrył się we mnie na zawsze. Jan wyjechał wtedy służbowo, miał wrócić dopiero za dwa dni. Czułam się nieswojo w pustym mieszkaniu, zwłaszcza nocą. Marek przyszedł bez zapowiedzi, niby po książki, które pożyczył kiedyś od Jana. Stał w progu z butelką wina i tym swoim niedbałym uśmiechem.

– Nie przeszkadzam? – zapytał, patrząc mi w oczy, jakby szukał w nich odpowiedzi na pytanie, którego nikt jeszcze nie zadał.

– Wejdź, przecież jesteś u siebie – odpowiedziałam, choć serce biło mi jak oszalałe.

Rozmawialiśmy długo, więcej śmialiśmy się niż mówiliśmy, jakbyśmy oboje zapomnieli, że świat istnieje poza tym pokojem. Z każdym kolejnym kieliszkiem napięcie między nami narastało, aż stało się namacalne. Przypadkowe dotknięcia – jego ręka na moim ramieniu, moje palce, które przez chwilę zatrzymały się na jego dłoni. W pewnym momencie milczenie między nami stało się cięższe niż słowa.

– Jeśli teraz wyjdziesz, nigdy się nie dowie – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy.

– A jeśli zostanę? – wyszeptałam, już wiedząc, że wszystko zostało przesądzone.

– To nie będzie odwrotu – odpowiedział i pocałował mnie pierwszy raz. Tamten pocałunek był początkiem końca wszystkiego, co znałam.

Potem było już tylko więcej. To nie była miłość. To była słabość, pragnienie bycia inną niż zawsze. Tamtej nocy poczułam się pierwszy raz… prawdziwie żywa, a jednocześnie bardziej winna niż kiedykolwiek.

Nie zapomniałam o tej nocy

Poranek był szary, ciężki i nierzeczywisty. Obudziłam się sama. Po Marku nie było śladu, jakby rozpłynął się w powietrzu. Przez chwilę miałam nadzieję, że to wszystko był tylko zły sen, ale na krześle leżała jego marynarka, a na mojej skórze czułam wciąż tamten zapach, którego nie mogłam z siebie zetrzeć, choć szorowałam nadgarstki do bólu. Siedziałam na brzegu łóżka, ogarnięta wstydem i mdłościami. Ściany wydawały się cieńsze niż kiedykolwiek. Każdy szmer z klatki schodowej wywoływał we mnie panikę.

Zastanawiałam się, jak spojrzę Janowi w oczy. Co powiem, kiedy wróci? Czy wyczyta prawdę z mojej twarzy? Przez resztę dnia krzątałam się po domu, jakbym mogła wywietrzyć winę z powietrza. Po południu zadzwonił Marek. Przyszedł wieczorem, stał w drzwiach spięty, z podkrążonymi oczami.

To się nie powtórzy – powiedziałam od razu, zanim jeszcze zamknęłam za nim drzwi.

– Wiem. Ale nigdy tego nie zapomnę – odpowiedział.

Nie próbował mnie przytulać, nie powiedział nic więcej. Stał tylko przez chwilę, jakby nie potrafił odejść, a potem wyszedł bez słowa.

Następnego dnia wrócił Jan. Był taki jak zawsze – czuły, zatroskany, z bukietem żółtych tulipanów, które lubiłam najbardziej. Pocałował mnie tak, jakby nic się nie zmieniło. A ja… czułam, jakby między nami stanęła ściana, której on nie dostrzegał. Patrzyłam, jak rozpakowuje walizkę, słuchałam jego opowieści o delegacji i przytakiwałam, próbując nauczyć się nowej roli – kobiety z tajemnicą.

Powiedziałam sobie, że to był błąd. Że nigdy się nie wyda. Przez kolejne lata powtarzałam to jak mantrę. Ale każdego dnia, w ciszy naszego domu, czułam echo tej jednej nocy – i swój własny wstyd, którego nie potrafiłam zagłuszyć.

Całe życie skrywałam sekret

Lata mijały, a ja nauczyłam się żyć z tą ciszą. Jan nie żył już od kilku lat. Odszedł spokojnie, w swoim fotelu, z książką na kolanach. Ostatnie słowo, które do mnie wypowiedział, brzmiało „dziękuję”. Marek zginął jeszcze wcześniej – w wypadku samochodowym, nocą, na śliskiej szosie. Nikomu nie mówiłam wtedy, że płakałam po nim równie mocno, jak po własnym mężu. Moja tajemnica odeszła razem z nimi. Tak myślałam przez długi czas – dopóki nie pojawił się ten zapach.

Tylko ja zostałam z winą, która nie zniknęła, choć mogłam ją ukrywać latami pod warstwami codzienności. Im starsza byłam, tym częściej nachodziły mnie pytania, na które nie miałam odpowiedzi. Czy to naprawdę była zdrada, jeśli nikt się nie dowiedział, jeśli nikogo nie zraniła? Czy jeśli wszystko przeminęło, to znaczy, że nic się nie liczyło? A jeśli to ja byłam tą, która została z cierpieniem?

Siedząc samotnie przy kuchennym stole, patrzyłam na mały flakonik perfum postawiony przez wnuczkę obok filiżanki. Ten sam zapach, który raz na zawsze przewrócił moje życie. Myślałam o tamtej nocy coraz częściej, jakby czas nie goił ran, tylko je rozdrapywał. Chciałam uwierzyć, że przeszłość przestała istnieć, skoro nie ma już tych, których dotyczyła. Ale prawda była inna – to nie im zabrakło odwagi, by spojrzeć prawdzie w oczy, lecz mnie.

Nikt nigdy nie poznał tej historii. Nawet w chwilach największej słabości nie powiedziałam słowa. Układałam talerze, wycierałam kurze, prowadziłam dom – a w środku nosiłam popiół po tym jednym, zakazanym ogniu.

Zmierzyłam się ze wspomnieniami

Wieczorem, kiedy dom pogrążył się w ciszy, weszłam do łazienki z flakonem perfum w dłoni. Odkręciłam go i jeszcze raz powąchałam, pozwalając, by cała przeszłość przewinęła mi się przed oczami. Zamiast czułości czułam żal, wstyd, żałobę po sobie sprzed lat. Przez chwilę walczyłam sama ze sobą. Potem odkręciłam kran i bez słowa wylałam perfumy do zlewu. Patrzyłam, jak ostatnie krople spływają, jakby razem z nimi znikała część mnie, której nigdy nie miałam odwagi zaakceptować.

Potem usiadłam przy biurku, wzięłam stary zeszyt i zaczęłam pisać. Każde słowo bolało, ale tym razem nie mogłam już się zatrzymać. Zapisałam historię, którą przez czterdzieści lat dusiłam w sobie. Opowiedziałam o nocy, o Marku, o Janie – o sobie, której nie lubiłam i której się bałam. Nie chciałam rozgrzeszenia, nie szukałam przebaczenia. Chciałam tylko raz w życiu przestać bać się własnych wspomnień.

Gdy skończyłam, zamknęłam zeszyt, schowałam go głęboko do szuflady. Nikt nie musi wiedzieć. Nikomu nie powiem, jak bardzo bolało mnie milczenie i jak długo trwała we mnie ta jedna, przeklęta noc. Tylko ja – i teraz już naprawdę tylko ja – niosłam to brzemię. „Nie opowiem nikomu tej historii. Ale dzisiaj, po raz pierwszy, opowiedziałam ją sobie. I może właśnie to wystarczy”.

Zgasiłam światło. Po raz pierwszy od lat zasnęłam spokojnie, bez strachu przed snem i przed sobą.

Anna, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama