„Na czas remontu mieszkania zamieszkaliśmy u teściów. Szybko wystawili nam słony rachunek za gościnę”
„Rano słyszałam komentarze o tym, że długo śpię, po południu pytania, dlaczego tak późno wracamy, a wieczorem sugestie, że światło w pokoju pali się za długo. Każde zdanie było wypowiedziane spokojnie, niemal serdecznie, ale ja czułam, jakby ktoś powoli ściskał mnie za gardło”.

Remont naszego mieszkania przeciągał się w nieskończoność, a ja byłam już zmęczona życiem na kartonach i ciągłym napięciem. Gdy rodzice Tomasza zaproponowali nam tymczasowe zamieszkanie, poczułam ulgę i wdzięczność. Wydawało mi się, że to bezpieczna przystań na chwilę, krótki przystanek, zanim wrócimy do siebie. Nie przypuszczałam wtedy, jak wysoką cenę przyjdzie mi za ten spokój zapłacić.
Myślałam, że będzie miło
W dniu przeprowadzki byłam tak zmęczona, że prawie nie czułam własnego ciała. Kartony piętrzyły się pod ścianami domu rodziców Tomasza, a ja miałam wrażenie, że razem z nimi składam w kąt całe swoje dotychczasowe życie. Elżbieta krzątała się po kuchni, głośno przesuwając garnki, jakby chciała zaznaczyć, że to jej przestrzeń. Mimo to uśmiechała się szeroko.
– No, rozgośćcie się – powiedziała, ocierając dłonie w ściereczkę. – Jak u siebie.
Te słowa przyniosły ulgę. Przez pierwsze dwa dni naprawdę próbowałam w nie uwierzyć. Spałam dłużej niż zwykle, nikt mnie nie poganiał, a ciepły obiad pojawiał się na stole bez mojego udziału. Tomasz był wyraźnie spokojniejszy, jakby wrócił do jakiejś dawnej wersji siebie.
Trzeciego dnia zeszłam do kuchni w dresie, z kubkiem kawy w dłoni.
– O tej porze? – zapytała Elżbieta, spoglądając na zegar. – Ja to zawsze wstaję wcześniej. Dzień jest wtedy dłuższy.
Uśmiechnęłam się niepewnie, tłumacząc sobie, że to tylko luźna uwaga. Później usłyszałam, że inaczej układam naczynia w zmywarce, a następnego dnia, że zupa mogłaby być mniej słona. Wszystko było wypowiadane łagodnym tonem, jakby troska była naturalnym językiem tego domu.
– Mama po prostu chce pomóc – szepnął Tomasz, gdy wspomniałam o tym wieczorem. – Wiesz, jaka jest.
Wiedziałam coraz lepiej. Zaczęłam poprawiać się w pół ruchu, odkładać rzeczy dokładnie tam, gdzie widziałam, że Elżbieta je trzyma. Czułam, że każdy mój gest jest obserwowany, choć nikt nie mówił tego wprost. Wmawiałam sobie, że to przejściowe, że wystarczy trochę cierpliwości. Jednak spokój, który miał być nagrodą za trudy remontu, kruszył się szybciej, niż zdążyłam się nim nacieszyć.
Teściowa wszystko kontrolowała
Z każdym kolejnym dniem zaczynałam rozumieć, że cisza w tym domu nie oznacza spokoju. Ona była tylko przerwą między kolejnymi uwagami. Drzwi do naszego pokoju nigdy nie były do końca zamknięte. Elżbieta zaglądała bez zapowiedzi, poprawiała zasłony, odkładała moje rzeczy na „właściwe” miejsce.
– My tu nie mamy tajemnic – mówiła z uśmiechem. – Rodzina to rodzina.
Rano słyszałam komentarze o tym, że długo śpię, po południu pytania, dlaczego tak późno wracamy, a wieczorem sugestie, że światło w pokoju pali się za długo. Każde zdanie było wypowiedziane spokojnie, niemal serdecznie, ale ja czułam, jakby ktoś powoli ściskał mnie za gardło.
Patrycja wpadała bez zapowiedzi, siadała przy stole i przyglądała mi się z rozbawieniem.
– Trudno się przyzwyczaić do życia z teściami, co? – rzuciła kiedyś, mieszając herbatę. – Ja bym nie dała rady.
Henryk siedział wtedy naprzeciwko, milczał, kiwał głową, jakby każde słowo jego córki było oczywiste. Jego spokój działał na mnie gorzej niż ironia Patrycji. Zaczęłam ograniczać rozmowy do minimum. Jadłam szybciej, sprzątałam dokładniej, znikałam w pokoju przy pierwszej okazji. Myśli krążyły wokół jednego: jak przetrwać ten czas, nie tracąc resztek siebie. Tomasz coraz częściej wracał późno, a gdy był w domu, rozmawiał głównie z rodzicami.
– Wszystko w porządku? – zapytał raz, gdy zamknęłam się w łazience na dłużej.
– Tak – odpowiedziałam automatycznie.
Nie było w porządku. Czułam się jak gość, który został zbyt długo, jak ktoś, kto powinien przepraszać. W domu pełnym ludzi byłam coraz bardziej sama, a myśl o ucieczce przestawała być fantazją, a zaczynała planem.
Mąż czuł się swobodnie
Zauważyłam, że Tomasz zaczął się zmieniać szybciej niż ja. W tym domu poruszał się swobodnie, jakby znowu miał siedemnaście lat. Śmiał się głośniej, częściej zgadzał się z matką, a gdy Elżbieta poprawiała mnie przy nim, spuszczał wzrok. Nie protestował. To bolało bardziej niż jej uwagi.
Pewnego wieczoru siedzieliśmy na łóżku, każde z telefonem w dłoni. Cisza była ciężka.
– Czujesz się tu dobrze? – zapytałam w końcu.
Westchnął, jakby to pytanie było dla niego niewygodne.
– To tylko na chwilę. Mama naprawdę się stara.
– A ja? – wyrwało mi się szybciej, niż chciałam. – Też się staram.
Podniósł głowę.
– Wiem. Ale wiesz, jaka ona jest. Lepiej nie prowokować.
To zdanie zapadło mi w pamięć. „Nie prowokować”. Jakby moje istnienie było zaczepką. Od tamtej pory nasze rozmowy skróciły się do spraw technicznych: kto kupi chleb, kiedy jedziemy na budowę, ile jeszcze potrwa remont. O uczuciach nie mówiliśmy wcale.
Kiedy Elżbieta skomentowała przy obiedzie, że „Magdalena mogłaby częściej pomagać w kuchni”, spojrzałam na Tomasza. Czekałam na jedno słowo, na gest sprzeciwu. Uśmiechnął się nerwowo.
– Mamo, daj spokój – mruknął, po czym zmienił temat.
Ten moment coś we mnie przesunął. Zrozumiałam, że on naprawdę jest pomiędzy, ale coraz częściej wybiera stronę, po której jest ciszej. A cisza w tym domu należała do Elżbiety.
Wieczorem wybuchłam.
– Dlaczego zawsze milczysz? – zapytałam szeptem, żeby nikt nie usłyszał. – Czuję się tu jak intruz.
– Przesadzasz – odpowiedział zmęczonym głosem. – To moja rodzina.
– A ja? – powtórzyłam.
Nie odpowiedział od razu. To milczenie było głośniejsze niż jakakolwiek kłótnia. Leżąc obok niego, poczułam, że nie tylko ściany tego domu mnie przytłaczają, ale też dystans, który między nami wyrósł. Byłam tu sama – z nim, ale bez niego.
Mieliśmy zapłacić
Elżbieta zaprosiła nas na krótką rozmowę po kolacji. Usiadła przy stole jak zawsze wyprostowana, z dłońmi splecionymi na blacie. Henryk zajął miejsce obok niej, Patrycja oparła się o framugę drzwi, jakby przyszła tylko popatrzeć.
– Chcemy ustalić kilka spraw organizacyjnych – zaczęła Elżbieta spokojnym tonem. – Skoro mieszkacie u nas już dłużej, dobrze byłoby wszystko uporządkować.
Poczułam, jak napięcie ściska mi ramiona. Tomasz siedział obok mnie, milczący.
– Chodzi o koszty – ciągnęła. – Jedzenie, woda, prąd. To wszystko się sumuje. My nie robimy wyrzutów, ale uczciwość musi być po obu stronach.
– Oczywiście – odezwałam się cicho. – Rozumiem.
Patrycja uśmiechnęła się krzywo.
– Każdy dorosły powinien się dokładać. To chyba normalne.
Henryk skinął głową, nie patrząc na mnie. Elżbieta wyjęła kartkę z zapisanymi kwotami. Widok liczb sprawił, że poczułam wstyd, jakby ktoś właśnie podsumował moją wartość. Pomoc, za którą byłam wdzięczna, nagle stała się rachunkiem.
Spojrzałam na Tomasza. Czekałam. Sekundy mijały, a on wciąż milczał.
– Myślałam… – zaczęłam, ale głos mi się załamał. – Myślałam, że to była propozycja bez warunków. Remont nas sporo kosztuje.
Elżbieta uniosła brwi.
– Nikt niczego nie obiecywał. Gość powinien znać swoje miejsce.
To zdanie uderzyło we mnie najmocniej. Gość. Nie partnerka jej syna, nie część rodziny, tylko ktoś tymczasowy, tolerowany. Wstałam od stołu, czując, że jeśli zostanę jeszcze chwilę, powiem za dużo albo rozpłaczę się przy nich wszystkich.
Powiedziałam, co myślę
Wróciłam do kuchni szybciej, niż sama się po sobie spodziewałam. Serce biło mi nierówno, ale czułam dziwną jasność w głowie. Wszyscy spojrzeli na mnie z zaskoczeniem.
– Chcę coś powiedzieć – zaczęłam. Głos drżał, lecz nie uciekłam od tego. – Jestem wdzięczna za dach nad głową na czas remontu. Naprawdę. Ale od dawna nie czuję się tu mile widziana. Ta pomoc ma cenę, o której nikt wcześniej nie mówił.
Elżbieta westchnęła teatralnie.
– Znowu robisz problem tam, gdzie go nie ma.
– Jest – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. – Dla mnie jest. Przestałam być partnerką Tomasza, a stałam się kimś, kogo się rozlicza i ocenia. I nie chcę tak żyć.
Zapadła cisza. Patrycja spuściła wzrok, Henryk chrząknął. Tomasz w końcu się poruszył.
– Mamo… – zaczął, po czym zamilkł. Spojrzał na mnie. – Magda ma rację. Wyprowadzimy się. Dziś.
Te słowa były jak nagły haust powietrza. Elżbieta coś jeszcze mówiła, o niewdzięczności i przesadzie, ale ja już tego nie słuchałam. Pakowaliśmy się w pośpiechu, wrzucając rzeczy do toreb. Nikt nam nie pomagał. Wróciliśmy do naszego remontowanego mieszkania, a kiedy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam ulgę tak silną, że musiałam usiąść na podłodze. Jakoś przetrwamy w takich warunkach jeszcze chwilę. To lepsze niż teściowie.
Magdalena, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Podałam teściowej czerstwe pączki w tłusty czwartek. Teraz mam ją z głowy, bo obraziła się na amen”
- „Dorosły syn wrócił na chwilę pod mój dach. Minęło już 10 lat, a ja wciąż utrzymuję darmozjada”
- „Udawaliśmy zgodne małżeństwo dla dobra dzieci. Liczyłam, że nie wiedziały o tym, że codziennie odstawiamy szopkę”

