Reklama

W sanatorium czas płynie inaczej. Nie, że wolniej – po prostu niewiele jest do robienia, więc każda godzina rozciąga się jak guma do żucia. Śniadanie o ósmej, spacer po lesie, zabiegi, potem obiad, drzemka, kawa. I tak w kółko. Czasem pogoda dopisze, czasem ktoś powie coś zabawnego na stołówce, czasem w nocy ktoś kogoś przyłapie, a rano plotki krążą jak gołębie po rynku.

Ja tu jestem trzeci raz. Nie po to, żeby „się zabawić”, jak co niektórzy, tylko żeby odpocząć od wszystkiego. Od samotności, od córki, co dzwoni raz w tygodniu i tylko przyprowadza wnuki, żebym się nimi zajęła. I od siebie – może najbardziej od siebie.

Zawsze elegancka. Fryzjer, paznokcie, zapach z klasą, żadnych jaskrawych bluzek ani „śmiesznych legginsów” jak Jola z pokoju obok. Jola to inna bajka – głośna, wulgarna, całuje wszystkich w policzek już na drugi dzień. Ja? Ja potrzebuję tygodnia, żeby powiedzieć komuś „dzień dobry” bez dystansu.

Romek... Romek mnie wytrąca z równowagi. Irytujący typ. Uśmiechnięty, wszędzie go pełno, ma historię na każdą okazję. Nosi kolorowe koszule, żartuje z pielęgniarkami, umie zaśmiać się z samego siebie. Z pozoru prosty człowiek, ale czasem powie coś, co we mnie zostaje. Jak drzazga.

Spacerowaliśmy dziś ścieżką za ośrodkiem. Las pachniał wilgocią jak przy odwilży, ptaki jeszcze śpiewały jakby to był wrzesień, nie styczeń. Romek mówił o wieczornym balu karnawałowym. O tym, że „trzeba tańczyć, póki nogi niosą”. Uśmiechał się przy tym jak chłopiec.

– Romek, ja i bal? To nie dla mnie – powiedziałam, udając lekki śmiech.

– A dla kogo niby? – spojrzał na mnie z ukosa.

– Dla tych, co lubią robić przedstawienia – wzruszyłam ramionami.

– Jak Jola?

Spojrzałam mu prosto w oczy. Nie musiałam odpowiadać.

– Powiedzmy – mruknęłam i ruszyłam dalej, zostawiając go lekko z tyłu.

Miałam ochotę się obejrzeć, ale nie zrobiłam tego. Bo przecież to nie dla mnie, prawda?

Zalała mnie fala zazdrości

Nie poszłam na bal. O osiemnastej siedziałam jeszcze w szlafroku, popijając letnią herbatę, udając przed sobą, że jestem zmęczona po zabiegach. Potem zaczęły dobiegać dźwięki muzyki. Sala balowa mieściła się tuż nad jadalnią, a mój pokój znajdował się dokładnie nad nią. Ściany niby grube, ale basy przechodziły przez nie jak przez bibułę. Słyszałam dźwięki jakiejś ballady, a potem poleciało coś, co musiała wybrać Jola – pewnie disco. Zawsze ją ciągnęło do głośnych rzeczy.

Zaczęłam krążyć po pokoju bez celu, poprawiać złożony już koc, zamykać i otwierać szufladę z bielizną, aż w końcu, bez specjalnego planu, założyłam apaszkę i zeszłam na dół. Chciałam przejść przez korytarz obok recepcji i wrócić z powrotem, jakby nigdy nic. Przypadkiem. Nie miałam jednak tyle szczęścia.

Zaraz za zakrętem zobaczyłam ich. Romek i Jola, tańczyli. On trzymał ją za biodra, a ona przechylała się w tył, śmiejąc się zbyt głośno, zbyt teatralnie. Jej sukienka błyszczała w światłach, a włosy, jak zwykle ufryzowane jak na sylwestra, opadały na jego ramię. Patrzyłam może trzy sekundy. Wystarczająco długo, żeby poczuć coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Uczucie żrące i gwałtowne, nieprzyjemne. Zazdrość.

Odeszłam szybko, zanim ktoś mnie zauważył. Usiadłam na ławeczce przy windzie, próbując uspokoić oddech. Wmawiałam sobie, że mnie to nie obchodzi. Przecież to nie dla mnie. Bale, tańce, uściski dłoni, uśmiechy pod publikę. Nie byłam taka jak oni. Tylko dlaczego tak ściskało mnie w środku? Recepcjonistka spojrzała na mnie znad monitora.

– Nie idzie pani na bal? – zapytała z życzliwym uśmiechem.

Poprawiłam apaszkę i skinęłam głową, nie patrząc jej w oczy.

– Może jeszcze się zdecyduję – powiedziałam z napięciem, które sama słyszałam w swoim głosie.

Wróciłam do pokoju, a tam muzyka znów uderzyła w ściany. Tyle że teraz inaczej ją słyszałam. Zadrżały mi dłonie, gdy stanęłam przy szafie.

Pokazałam, na co mnie stać

Stałam przed szafą dłużej niż wypadało. Przesuwałam palcami po wieszakach, jakbym pierwszy raz widziała swoje ubrania. Wszystko było zbyt szare, zbyt nijakie. Aż trafiłam na nią – granatową sukienkę z delikatnym połyskiem, której nie miałam odwagi założyć od lat. Nie była krzykliwa, ale zdradzała zbyt wiele. Dekolt jak na mnie zbyt odważny, tkanina zbyt opinająca. Kiedyś wyglądałam w niej dobrze. Nie wiedziałam, jak będzie teraz.

Ale wtedy nie miałam już w sobie tej samej obawy. Raczej złość. Na siebie, na Romka, na Jolę. Albo na to, że nie potrafiłam już niczego po prostu odpuścić. Zrobiłam makijaż. Starannie, powoli. Znałam swoją twarz i wiedziałam, co trzeba ukryć, a co podkreślić. Włosy uniosłam lekko na szczotce, spryskałam mgiełką perfum. Włożyłam buty, które cisnęły po dłuższej przerwie, ale nie miałam zamiaru tego okazywać.

Kiedy weszłam na salę, nikt nie udawał zaskoczenia. Przerwali rozmowy, spojrzeli, niektórzy uśmiechnęli się z udawaną naturalnością. Czułam na sobie spojrzenia. Nie drżały mi kolana. Weszłam spokojnie, jakby to było oczywiste, że się tu pojawię. Nie szukałam Romka wzrokiem. To byłoby zbyt tanie. Zamiast tego podeszłam do pierwszego wolnego pana przy stole.

– Zatańczymy? – zapytałam, zanim zdążył się speszyć.

Kiwnął głową i ruszyliśmy na parkiet. Czułam się pewnie. Stopy pamiętały kroki lepiej niż sądziłam. Prowadził nieźle, ale to ja nadawałam rytm. Potem kolejny partner, potem jeszcze jeden. Tańczyłam bez przerwy, jakby całe miesiące ciszy, spokoju i udawanej niezależności w końcu odeszły w zapomnienie.

Romek stał przy stole, rozmawiał z kimś, udawał, że mnie nie widzi. Ale widział, czułam to. Ignorowałam go z premedytacją. Nie byłam złośliwa – po prostu chciałam mu pokazać, że potrafię być, żyć, błyszczeć bez niego. Jola podeszła, kiedy akurat kończyłam jeden z tańców.

– A jednak przyszłaś Zosiu – powiedziała z tym swoim tonem, niby grzecznym, a jednak pełnym zaczepki. – Dobrze wyglądasz.

Spojrzałam na nią spokojnie.

– Dziękuję. Pomyślałam, że może to jednak dla mnie – odpowiedziałam i odwróciłam się w stronę parkietu.

Nie słyszałam już, co powiedziała. Nie miało to znaczenia.

Nie byłam na to gotowa

Zobaczyłam go, zanim się zbliżył. Przez cały wieczór udawał, że mnie nie widzi, ale nie tańczył już z Jolą. W ogóle nie tańczył. Siedział, obserwował, rozmawiał z różnymi ludźmi, kiwał głową, uśmiechał się, ale jego wzrok wracał tam, gdzie byłam ja. Widziałam go kątem oka. Nie mogłam się do tego przyznać nawet w myślach, ale właśnie na ten moment czekałam. Nie na rozmowę. Na reakcję.

Podszedł, kiedy kończyłam taniec z panem Jerzym, który miał dwie lewe nogi, ale z jakiegoś powodu wzruszył mnie tym, że prosił o kolejny kawałek. Uśmiechnęłam się do niego i podziękowałam. Romek stanął przede mną, z rękami schowanymi w kieszeniach marynarki. Patrzył inaczej niż zwykle. Bez uśmiechu, bez żartów.

Zatańczysz ze mną?

Nie odpowiedziałam od razu. Przechyliłam lekko głowę i spojrzałam mu w oczy.

– Myślałam, że masz już partnerkę – powiedziałam spokojnie, ale ostrożnie dobierając ton.

Uniósł kącik ust, ale to nie był jego zwykły uśmiech.

– A może ten taniec będzie jednak dla ciebie?

Przez sekundę chciałam się cofnąć. Uciec, ale coś mnie zatrzymało. Może to była ta sukienka. Może spojrzenia innych. Może on.

– Może – odpowiedziałam i podałam mu rękę.

Taniec był powolny. Nie powiedzieliśmy ani słowa. Jego dłoń na moich plecach była pewna, ale delikatna. Prowadził lekko, nie wymuszał, nie naciskał. Milczeliśmy, ale to była taka cisza, która coś znaczy. Nie udawaliśmy już obcych sobie. Byliśmy dwojgiem ludzi, którzy się znają, choć próbują udawać, że nie.

Czułam się spokojna, chociaż widziałam spojrzenia i słyszałam ściszone komentarze. Tym razem nie zrobiło to na mnie wrażenia. W jego oczach nie było podziwu. Było coś trudniejszego do zniesienia – czułość. Nie byłam na to gotowa. I może dlatego nie uciekłam.

Coś zaczęło się zmieniać

Z sali wyszliśmy razem, ale nie pod rękę. On pierwszy, ja chwilę za nim. Chciałam mieć czas, by się zorientować, co czuję. Na tarasie było chłodniej niż się spodziewałam. Wciągnęłam powietrze przez nos, żeby się uspokoić. Romek opierał się o balustradę, patrząc w ciemność, jakby coś tam było. Podeszłam i stanęłam obok, nie za blisko.

– Cieszę się, że przyszłaś – powiedział, nie odrywając wzroku od drzew.

Przyszłam dla siebie – odpowiedziałam szybko. Może zbyt szybko.

Nie zareagował. Nie zażartował, nie uniósł brwi. W końcu spojrzał na mnie.

– Myślałem, że mnie unikasz.

– Może trochę – przyznałam, skręcając palce w dłoni. – To wszystko było za głośne. Za kolorowe. A ja… chyba się przestraszyłam.

– Czego?

Spojrzałam na niego, ale nie odpowiedziałam od razu. Nie chciałam mówić czegoś wbrew sobie.

– Że mogłabym chcieć czegoś więcej niż tylko kawy o dziesiątej.

Patrzył na mnie uważnie. Bez litości, bez pobłażania.

– A teraz?

Zacisnęłam usta. Odwróciłam wzrok.

– Jeszcze nie wiem.

Nie powiedział nic. Po chwili odsunął się lekko i wyjął z kieszeni paczkę miętówek. Podał mi jedną bez słowa. Przyjęłam ją, włożyłam do ust i spojrzałam znów w ciemność. Staliśmy tak przez kilka minut. Nie było napięcia. Była cisza, której nie chciało się przerywać.

Nie pytał, czy jutro pójdziemy na spacer. Ja nie zapytałam, czy znowu zatańczymy. To nie był moment na deklaracje. Ale wiedziałam, że coś się zaczęło zmieniać.

Znowu byłam kobietą

Obudziłam się wcześnie, zanim ktokolwiek zaczął stukać klapkami po korytarzu. Leżałam chwilę w ciszy, patrząc w sufit. Nie chciało mi się jeszcze wstawać, ale nie byłam senna. W głowie miałam obraz z poprzedniego wieczoru – sukienka na wieszaku, muzyka, jego spojrzenie. Nasza rozmowa na tarasie.

Nie żałowałam, że poszłam. Nie czułam się śmieszna. Nie miałam w sobie tej znajomej potrzeby tłumaczenia się przed sobą, że to był tylko kaprys albo chwilowa słabość. Zrobiłam kawę, przysiadłam przy parapecie i spojrzałam na aleję prowadzącą do bramy. Mgła unosiła się nisko, świat jeszcze nie był gotowy na poranek. Ja byłam.

Czułam w sobie coś nowego. Może to nie był wielki przełom, może tylko małe pęknięcie w pancerzu, który przez lata starannie budowałam. W kieszeni leżał numer do Romeka. Wiem, gdzie go znaleźć. On też wie, że może mnie spotkać. Nie obiecywaliśmy sobie niczego. I dobrze. Tym razem to ja będę decydować.

Nie chodziło o sukienkę. Ani o Jolę, ani nawet o Romeka. Chodziło o to, że przez chwilę znowu byłam sobą – nie kuracjuszką, nie wdową, nie babcią. Tylko kobietą. I może… jeszcze nie jest za późno, by nią być.

Zofia, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama