Reklama

To był coroczny bal karnawałowy organizowany przez lokalny dom kultury. Przychodzili tam głównie ludzie w naszym wieku – po czterdziestce, czasem też emeryci. Taki wiejski bal przebierańców bez przebrań, z wodzirejem, który robił za duszę towarzystwa i z zespołem, który grał disco polo, covery i stare hity z lat osiemdziesiątych.

Chciałam się zabawić

Nie chodziłam tam regularnie, ale w tym roku postanowiłam pójść. Moja siostra Kinga po rozwodzie siedziała w domu i potrzebowała czegokolwiek, co by ją wyrwało z tej martwicy. Mój mąż Marek nie protestował, raczej się zgodził z obojętnością, która bolała bardziej niż sprzeciw.

Wyszykowaliśmy się więc na coś, co miało być tylko wieczorem tańców i śmiechu w tłumie ludzi, których znaliśmy z widzenia od lat. Kinga się cieszyła, ja udawałam, że też. Nie spodziewałam się cudów. Sala była udekorowana tak, jak się spodziewałam – serpentyny, sztuczne palmy i balony, które wyglądały, jakby wisiały tu od ubiegłego roku. Z głośników leciało „Jolka, Jolka pamiętasz”, a wodzirej już zdążył wywołać pierwsze salwy śmiechu, rzucając żarty o teściowych i bigosie.

Ludzie tańczyli, pili, rozmawiali. Było gwarno, ciepło, swojsko. I wszystko byłoby dobre, gdyby nie to, jak Marek patrzył na Kingę. Zauważyłam to właściwie od razu. Usiadłam z nimi przy stole, a on – ledwo zdążyliśmy zdjąć kurtki – już zdążył skomentować jej sukienkę.

– Taka piękna rozwódka to skarb – rzucił, a Kinga się zaśmiała i powiedziała:

– No nie przesadzaj…

Miałam przeczucie

Ale nie chodziło o sam żart. Chodziło o ton, o to, jak się do niej nachylił, jak zatrzymał wzrok na jej dekolcie, jakby zapomniał, że siedzę obok. Próbowałam dołączyć do rozmowy, nawiązać, poprosić go, żeby nalał mi kompotu, ale zbył mnie machnięciem ręki.

– Zaraz, Magda, zaraz – mruknął.

Rozmawiali o jakiejś piosence, śmiali się z tekstu. Niby nic, ale ta jego twarz… Rozświetlona, ożywiona, inna niż w domu. Nie chciałam robić sceny. Upiłam łyk wina i wmówiłam sobie, że to tylko taniec, tylko rozmowa, że przesadzam. Przecież Marek nigdy nie zrobiłby nic głupiego, a zwłaszcza z moją własną siostrą. „Może po prostu dobrze się dogadują? Może znaleźli wspólne tematy, a ja po prostu wariuję?” – powtarzałam w głowie.

Tylko że Kinga też nie była sobą. Gdy Marek coś jej szeptał do ucha, pochylała się do niego blisko. Gdy rzucał dowcip, śmiała się głośniej niż trzeba. A gdy zaczęła poprawiać włosy przy stole, robiła to z manierą, którą znałam aż za dobrze – manierą kobiety, która chce się komuś spodobać. Zespół zagrał „Przez Twe oczy zielone” i sala podniosła się jak na komendę. Marek też wstał, przeciągnął się teatralnie i spojrzał na Kingę.

– No, chodź, rozwódko. Pokaż, jak się tańczy, kiedy nie trzeba się nikomu tłumaczyć.

Miarka się przebrała

Kinga zaśmiała się i zerknęła na mnie.

– Magda, nie masz nic przeciwko?

Pokręciłam głową. Co miałam powiedzieć? Że mam? Że nie chcę, żeby mój mąż tańczył z moją młodszą siostrą do piosenki, przy której całe towarzystwo wyje jak zahipnotyzowane?

– Bawcie się – rzuciłam i sięgnęłam po kieliszek.

Oni poszli na parkiet. Marek objął ją w talii i poprowadził, jakby robili to setki razy. Przylgnęła do niego jakby bezwiednie, śmiała się, coś mu mówiła, a on kiwał głową i znowu ten jego uśmiech – ciepły, rozbawiony, inny. Patrzyłam na ich ruchy, na to, jak płynnie się dogadują bez słów. Gdyby ktoś ich nie znał, pomyślałby, że są parą.

Wstałam powoli i ruszyłam w ich stronę. Kinga miała rumieńce na policzkach, wyglądała jak zahipnotyzowana. Marek nie zauważył mnie od razu. Dopiero kiedy stanęłam tuż obok nich i powiedziałam spokojnie:

– A weź go sobie, razem z jego brzuchem, kredytem i tym żałosnym podrywem.

Spojrzeli na mnie z zaskoczeniem. Kinga zamarła. Nie czekałam na odpowiedź. Odwróciłam się i wyszłam z sali.

Po prostu wyszłam

Śnieg padał gęsto i cicho. Zasypywał parking przed domem kultury, przyklejał się do rzęs i ramion, jakby chciał mnie zatrzymać, oblepić, zatrzeć ślady. Wyszłam z sali, nie myśląc, tylko uciekając jak najdalej od muzyki, od śmiechów, od parkietu, na którym moja siostra śmiała się do mojego męża.

Próbowałam w głowie poukładać sobie wszystko. Nie pierwszy raz Marek mnie zawiódł, ale pierwszy raz zrobił to tak jawnie, w dodatku nie z obcą kobietą, nie w ukryciu, tylko przy wszystkich. I z Kingą, moją siostrą. Przed oczami migały mi obrazy. Kinga mająca dziesięć lat, jak chowała się za mną przed psem sąsiada. Kinga z czerwonymi oczami po rozwodzie, mówiąca: „Nie wiem, jak dalej żyć”. Kinga, którą przygarnęłam, karmiłam obiadem i podnosiłam z kolan. Kinga, która wczoraj płakała, bo była sama. I Marek – który kiedyś mówił, że jestem jego opoką, że beze mnie nic nie ogarnia.

I teraz oni, razem, śmiejący się, wirujący w tańcu, jakby nigdy mnie nie było. Jakbym była tylko etapem przejściowym między jego nudą a jej potrzebą atencji. Kiedy wróciłam do mieszkania, zegar tykał jak zawsze. Przez chwilę wydawało mi się, że może wszystko mi się przyśniło. Ale wtedy zerknęłam na telefon i zobaczyłam nieodebrane połączenie od Kingi i Wiadomość od Marka: „Możemy pogadać?”.

Miałam dosyć

Nie odpisałam. Wzięłam prysznic, ubrałam się, podeszłam do szafy i otworzyłam ją. Spojrzałam na jego koszule, powieszone jak pod linijkę, na nasze zdjęcie z wakacji, które stało na komodzie. Mogłabym to wszystko zostawić albo spakować, ale na razie chciałam tylko jedno – być sama. Bez jego przeprosin, bez jej łez, bez niczyich rad.

Zdjęłam obrączkę, potem wyjęłam z ramki nasze zdjęcie ślubne i wyrzuciłam do kosza na śmieci. To nie był protest, to nie był żal, to była decyzja. Nie wiem, co dalej, czy się rozwiodę, czy zostanę z Markiem, czy wyjadę. Nie mam planu, ale wiem, że nie wrócę do życia, w którym trzeba tłumaczyć, że się czuje zranioną, do świata, w którym trzeba udawać, że nic się nie stało, żeby nie robić kłopotu. Teraz chcę być lojalna wobec siebie. I tylko tego się będę trzymać.

Magdalena, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama