Reklama

To miał być ten wieczór. Ostatnia deska ratunku rzucona na wzburzone morze naszej obojętności. Kupiłam sukienkę, na którą nie powinnam sobie pozwolić, i zarezerwowałam stolik w miejscu, gdzie za wodę płaci się tyle, co za obiady na cały tydzień.

Byłam podekscytowana

To nie był zwykły wtorek, to nie była zwykła randka. To była rocznica. Ósma. W teorii – symbol nieskończoności, trwałości. W praktyce? Czułam, że to ósemka narysowana na piasku tuż przed nadejściem przypływu.

Weronika sprzed lat wyśmiałaby Weronikę dzisiejszą. Zawsze powtarzałam: „Jeśli facet się nie stara, to do widzenia”. A teraz zakładałam obcisłą sukienkę. Chciałam, żeby mnie zobaczył. Żeby Kamil, mój mąż, człowiek, z którym dzieliłam kredyt, łóżko i kod do platformy streamingowej, wreszcie oderwał wzrok od swojego telefonu i zobaczył we mnie kobietę, a nie tylko współlokatorkę od płacenia rachunków za prąd.

Kamil był w łazience. Słyszałam szum wody pod prysznicem. Czy on też czuł ten ciężar? Tę nieznośną gęstość powietrza w naszym mieszkaniu, która sprawiała, że każde słowo ważyło tonę? Wtedy przypomniałam sobie o Jakubie.

Był obcy

Jakub to mój kolega z działu marketingu. To był ten wątek poboczny w mojej głowie, który zagłuszałam wyrzutami sumienia. Jakub, który zawsze zauważał, gdy zmieniłam fryzurę. Jakub, który przynosił mi kawę. Dwa tygodnie temu, podczas firmowej imprezy, staliśmy na balkonie. Zapytał mnie wtedy:

– Ty chyba nie jesteś szczęśliwa, co?.

Jego dłoń „przypadkiem” musnęła moją. Poczułam prąd. Uciekłam stamtąd. Wróciłam do Kamila, do naszego zimnego łóżka, i z poczucia winy postanowiłam zorganizować tę rocznicę. Chciałam udowodnić sobie, że Jakub to tylko błąd w systemie, a Kamil to moje życie. Kamil tego dnia miał na sobie garnitur, w którym brał ślub. Był teraz nieco luźniejszy w ramionach – schudł ostatnio, stres zjadał go od środka, choć twierdził, że to nowa dieta pudełkowa.

– Gotowa? – zapytał. Wiązał krawat z miną skazańca wchodzącego na szafot.

– Tak. Wyglądasz świetnie – powiedziałam, podchodząc do niego.

Chciałam go pocałować, ale on akurat odwrócił się, by poszukać kluczyków od samochodu. Mój pocałunek zawisł w próżni, trafiając w jego policzek, tuż przy uchu. Pachniał jak obcy mężczyzna.

– Zamówiłam taksówkę – rzuciłam szybko, maskując zażenowanie. – Będziemy mogli się napić.

Rozmawialiśmy o niczym

W taksówce panowała cisza. Kierowca nucił pod nosem jakieś stare przeboje o nieszczęśliwej miłości. Siedzieliśmy na tylnej kanapie, oddaleni od siebie o kilkanaście centymetrów, które wydawały się być kanionem Kolorado. Kamil scrollował telefon. Ja patrzyłam na przesuwające się za oknem mokre ulice. Deszcz zacinał, rozmazując neony w impresjonistyczne plamy. Czułam, jak gula w gardle rośnie z każdą minutą.

„Zapytaj go o coś” – krzyczałam w myślach. „Dotknij jego ręki”. Położyłam dłoń na jego kolanie. Drgnął. Nie odsunął się, ale jego mięśnie napięły się, jakby dotknął go pająk, a nie żona. Zabrałam rękę, udając, że poprawiam torebkę. Restauracja była piękna. Dostaliśmy stolik w rogu, intymny, idealny na oświadczyny albo… na stypę związku. Kelner przyniósł menu. Ceny zwalały z nóg, ale obiecałam sobie, że dziś nie będę liczyć. Zamówiliśmy przystawki, dania główne i butelkę wina.

– Jak w pracy? – zapytał Kamil po pierwszym kieliszku. To było bezpieczne pytanie. Terytorium neutralne.

– Dobrze. Mamy ten nowy projekt z klientem z Francji. Jakub… – ugryzłam się w język. – Zespół świetnie sobie radzi. A u ciebie?

– Też okej. Audyt się kończy. Może będę miał mniej nadgodzin w marcu.

Atmosfera była sztywna

W marcu. To słowo zawisło między nami. Marzec wydawał się odległą krainą, do której nie mieliśmy mapy. Rozmowa się nie kleiła. Była szarpana, pełna wymuszonych uśmiechów. Patrzyłam na pary przy innych stolikach. Młodzi ludzie, wpatrzeni w siebie jak w obrazek, trzymający się za ręce nad talerzami z pastą.

Obok starsze małżeństwo, które nie musiało nic mówić, a i tak widać było porozumienie. A my wyglądaliśmy jak dwoje biznesmenów na nieudanym spotkaniu negocjacyjnym. Jadłam ravioli z truflami, które smakowały jak tektura. Mój żołądek był zaciśnięty ze stresu. Czułam, jak misterny plan ratunkowy wali się w gruzy.

– Pamiętasz naszą pierwszą rocznicę? – zapytałam nagle. – Ten wyjazd w Bieszczady, kiedy namiot nam przemókł i spaliśmy w samochodzie?

Kamil uśmiechnął się, ale był to uśmiech smutny, nostalgiczny, pozbawiony radości.

– Pamiętam – powiedział cicho. – Byliśmy wtedy tacy młodzi i głupi.

– Byliśmy szczęśliwi – poprawiłam go.

Nic nas nie łączyło

Spojrzał na mnie. Po raz pierwszy tego wieczoru naprawdę na mnie spojrzał. W jego oczach zobaczyłam coś, co mnie przeraziło. To nie była złość. To nie była nienawiść. To była litość.

– Tak. Byliśmy – odpowiedział i wrócił do krojenia kotleta.

To był ten moment. To „byliśmy”. Czas przeszły dokonany. Poczucie klęski uderzyło we mnie z siłą tsunami. Wiedziałam już, że deser nie będzie słodki.

Wyszliśmy z restauracji w milczeniu. Deszcz przestał padać, ale powietrze było zimne i wilgotne. Kamil zamówił taksówkę. Czekaliśmy na chodniku, a ja dygotałam – nie z zimna, ale z emocji, które targały mną od środka. Chciałam krzyczeć. Chciałam nim potrząsnąć. „Zrób coś! Powiedz, że mnie kochasz! Walcz o mnie!” – myślałam. Ale nie powiedziałam ani słowa.

Wsiedliśmy do auta. Tym razem kierowca nie słuchał radia. W kabinie panowała absolutna cisza, przerywana tylko dźwiękiem kierunkowskazów. Oparłam głowę o szybę. Łzy zaczęły spływać mi po policzkach, rujnując makijaż, nad którym tak pracowałam. Nie dbałam już o to. Czułam się oszukana. Przez życie, przez bajki o „i żyli długo i szczęśliwie”, przez samą siebie.

To był koniec

Kamil westchnął ciężko. To był dźwięk człowieka, który niesie na plecach cały świat i właśnie postanowił go zrzucić.

– Weronika… – zaczął, ale urwał.

Spojrzałam na niego. W półmroku ulicznych latarni jego twarz wyglądała na zmęczoną, szarą.

– Nie teraz – szepnęłam. – Proszę, nie w taksówce.

– Muszę to powiedzieć – kontynuował, nie patrząc na mnie. – Nie mogę tak dłużej udawać. Ta kolacja… To wszystko… To jest farsa.

Serce stanęło mi w gardle. Wiedziałam, co nadchodzi. Czułam to w kościach.

– Jesteśmy zmęczeni… – próbowałam to powstrzymać, chwytając się brzytwy.

– Weronika, ja…

Wtedy samochód zahamował pod naszym blokiem.

– Jesteśmy na miejscu – rzucił kierowca, kompletnie nieświadomy dramatu rozgrywającego się na tylnej kanapie.

Wyskoczyłam z auta jak oparzona. Musiałam uciec. Wbiegłam do klatki, a potem po schodach, nie czekając na windę. Moje obcasy stukały o beton jak wystrzały z karabinu.

Nie chciałam tego słyszeć

Wpadłam do mieszkania, rzucając torebkę na podłogę. Kamil wszedł chwilę później. Zamykał drzwi powoli, z namaszczeniem, jakby zamykał rozdział w książce. Przekręcił zamek. To kliknięcie brzmiało jak wyrok. Stanął w przedpokoju, w tym swoim eleganckim garniturze. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać. Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Zawsze był opanowany, chłodny.

– Chcę rozwodu – powiedziałam to pierwsza.

Słowa wyleciały ze mnie, zanim zdążyłam pomyśleć. To był impuls, mechanizm obronny. Chciałam uderzyć pierwsza, zanim on mnie zrani. Chciałam przejąć kontrolę nad katastrofą. Kamil podniósł głowę. Nie był zaskoczony. Nie było szoku, nie było zaprzeczania. Była… ulga?

– Wiem – powiedział cicho. – Ja też.

Zapadła cisza. Taka gęsta, że można by ją kroić nożem. Stałam tam, w przedpokoju, w mojej drogiej zielonej sukience, z rozmazaną czerwoną szminką, i czułam, jak świat wiruje.

– Co? – wykrztusiłam.

– Myślałem o tym od miesięcy – wyznał, patrząc na swoje buty. – Dzisiaj miałem zamiar udawać. Przetrwać rocznicę. Przetrwać Walentynki, bo nie chciałem być tym draniem, który rzuca żonę w święto zakochanych. Planowałem powiedzieć ci to 15 lutego.

Chcieliśmy tego samego

Nogi się pode mną ugięły. Musiałam usiąść na szafce na buty.

– Ty… planowałeś? – zapytałam, czując absurdalność sytuacji.

– Tak. Poznałem kogoś… to znaczy jeszcze nic się nie wydarzyło, ale rozmawiamy. Przy tobie czuję się jak mebel. Jak problem do rozwiązania.

Słuchałam go i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. To brzmiało jak klisza z taniego filmu, a jednak bolało jak żywy ogień. Ale najgorsze było to, co sama miałam w głowie.

– Ja też chciałam odejść – szepnęłam, a słowa piekły mnie w gardle. – Myślałam: „Dajmy sobie szansę na tę rocznicę. Może coś się zmieni”. Ale w głębi duszy już układałam plan podziału majątku.

Spojrzeliśmy na siebie. Oboje. Dwoje kłamców, którzy próbowali być szlachetni, a tylko przedłużali agonię. Oboje czekaliśmy na magiczną datę w kalendarzu, żeby zrzucić bombę.

– Więc to koniec? – zapytał Kamil.

– Tak – odpowiedziałam. – To koniec.

Rozeszliśmy się

I wtedy, paradoksalnie, poczułam coś, czego nie czułam od lat. Bliskość. W tym tragicznym, ostatecznym momencie, byliśmy ze sobą szczerzy. Nie było już gier, nie było udawania. Byliśmy tylko my. Nadzy w swoim bólu i porażce.

Tej nocy nie spaliśmy w jednym łóżku. Kamil poszedł na kanapę do salonu. Ja zostałam w sypialni, ale nie mogłam zasnąć. Leżałam, patrząc w sufit, i analizowałam ostatnich osiem lat. Gdzie popełniliśmy błąd? Czy to był moment, gdy przestaliśmy ze sobą rozmawiać o marzeniach, a zaczęliśmy tylko o logistyce? Czy wtedy, gdy ja zaczęłam fantazjować o Jakubie, a on znalazł pocieszenie w rozmowach z nią? A może po prostu dorośliśmy i staliśmy się ludźmi, którzy już do siebie nie pasują?

Nad ranem usłyszałam krzątanie w kuchni. Wstałam, zmyłam resztki makijażu i poszłam tam. Kamil robił kawę. Dwa kubki. Jak zawsze. Spojrzał na mnie. Miał wory pod oczami, wyglądał fatalnie. Ja pewnie też.

– Kawa? – zapytał.

– Poproszę.

Poczułam ulgę

Usiedliśmy przy stole. Tym samym, przy którym jedliśmy tysiące posiłków w milczeniu. Ale ta cisza była inna. Była czysta. Oczyszczona z kłamstw.

– Wyprowadzę się w weekend – powiedział rzeczowo. – Zostawię ci mieszkanie, dopóki tego nie ogarniemy prawnie.

– Dobrze. Dziękuję.

– Weronika… – zaczął, obejmując kubek dłońmi. – Przepraszam, że nie wyszło. Naprawdę chciałem, żeby wyszło.

– Wiem. Ja też. Czasami chęci to za mało.

To zabawne, ale w tamtym momencie czułam do niego więcej ciepła niż podczas tej drogiej kolacji. Kiedy zrzuciliśmy maski małżonków walczących o pozory, zobaczyliśmy w sobie ludzi. Zranionych, pogubionych, ale wreszcie autentycznych.

Walentynki spędzę sama, ale po raz pierwszy od lat nie będę czuła tego ucisku w klatce piersiowej. Nie będę musiała udawać, że bukiet kwiatów naprawi pęknięcia w fundamencie. Moje małżeństwo umarło w przedpokoju, między szafką na buty a wieszakiem na kurtki, ale ja chyba właśnie zaczynam oddychać.

Weronika, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama