„Myśleliśmy, że mama ma wysoką emeryturę i zostawi pokaźny spadek. Nie wiem, na co przepuściła wszystkie oszczędności”
„Czułam, jak narasta we mnie gniew. Przypomniałam sobie momenty, kiedy odmawiała nam pomocy. Kiedy mówiła, że nie ma, że musi oszczędzać na czarną godzinę. Okłamywała nas. Wolała oddawać pieniądze niż kupić wnukowi lepszy rower”.

Byłam pewna, że mama, ze swoją legendarną oszczędnością i wysokim stanowiskiem, które zajmowała przez dekady, zabezpieczyła nas na przyszłość. Pamiętam dokładnie zapach lilii w kościele i ten specyficzny chłód, który panował w nawie głównej, mimo że na zewnątrz panował upalny lipiec.
Liczyła każdy grosz
Mama zawsze lubiła chłód i dystans. Taka była – elegancka, nienaganna. Przez czterdzieści lat pracowała jako główna księgowa w dużej firmie państwowej, a potem w prywatnej korporacji. Zarabiała krocie w czasach, gdy inni liczyli każdy grosz do pierwszego.
Stojąc nad jej grobem, trzymałam za rękę mojego brata Tomka. Oboje mieliśmy mieszane uczucia. Smutek? Oczywiście, to była nasza matka. Ale gdzieś pod skórą czaiło się też napięcie związane z tym, co miało nastąpić później. Tomek miał kredyt we frankach, który dusił jego budżet domowy, a ja marzyłam o remoncie.
Mama nigdy nam nie pomagała finansowo. Kiedy prosiłam o pożyczkę, usłyszałam wykład o zaradności i oszczędzaniu. Kiedy Tomek stracił pracę, poradziła mu, by zaktualizował CV, ale nie zaproponowała ani grosza wsparcia. Zawsze powtarzała: „Pieniądze lubią ciszę i szacunek. Kiedy mnie zabraknie, docenicie to, co zgromadziłam”.
Więc czekaliśmy. Byliśmy pewni, że to „coś”, co zgromadziła, to setki tysięcy złotych. Żyła skromnie. Mieszkanie w kamienicy, stare meble, żadnych wycieczek zagranicznych, żadnych drogich ubrań w ostatnich latach. Emeryturę miała wysoką, jedną z najwyższych w rodzinie. Gdzieś te pieniądze musiały być.
Nie mogliśmy uwierzyć
Tydzień po pogrzebie umówiliśmy się u notariusza, a potem ruszyliśmy do banku. Tomek był podekscytowany, choć starał się to ukrywać. W samochodzie planował już, że spłaci połowę kredytu i wreszcie zabierze rodzinę na porządne wakacje. Ja w myślach wybierałam już kolor dachówki.
Weszliśmy do oddziału pewnym krokiem. Przedstawiliśmy akt zgonu, poświadczenie dziedziczenia i nasze dowody osobiste. Młoda pracownica stukała w klawiaturę, a ja patrzyłam na jej beznamiętną twarz, próbując wyczytać z niej stan konta.
– Na rachunku bieżącym znajduje się kwota tysiąca trzystu złotych i czterdziestu groszy.
Tomek parsknął śmiechem.
– Nie, nie, chodzi nam o konta oszczędnościowe, lokaty, może fundusze inwestycyjne. Mama była księgową, na pewno miała zdywersyfikowany portfel – rzucił fachowo.
Dziewczyna pokręciła głową.
– Przykro mi. To jedyne konto powiązane z tym numerem PESEL w naszym banku. Nie widzę żadnych innych produktów.
– To niemożliwe – wtrąciłam się, czując narastającą panikę. – Może w innym banku? Czy ma pani wgląd do centralnej bazy?
– Mogę złożyć wniosek do centralnej informacji o rachunkach, ale to potrwa. Jednak z historii operacji na tym koncie nie widzę przelewów do innych instytucji finansowych w ostatnich latach.
Ukryła pieniądze
Wyszliśmy z banku jak zbite psy. Tysiąc trzysta złotych. To nie wystarczyłoby nawet na pokrycie kosztów stypy.
– Gdzie ona to podziała? – Tomek kopnął w oponę swojego samochodu. – Powiedz mi, gdzie? Przecież ona nigdzie nie chodziła! Zakupy robiła w dyskoncie, czynsz miała niski. Dostawała co miesiąc cztery tysiące emerytury na rękę!
To było pytanie, które nie dawało mi spokoju. Mama nie miała nałogów. Nie paliła, nie grała w karty, nie kupowała biżuterii. Jeśli nie miała oszczędności, to znaczyło, że wydawała wszystko na bieżąco. Ale na co? Następnego dnia pojechaliśmy do jej mieszkania. Musieliśmy je opróżnić, żeby przygotować do sprzedaży – to był teraz nasz jedyny realny spadek. Kamienica była stara, a mieszkanie, choć zadbane, trąciło myszką. Parkiet skrzypiał pod naszymi krokami.
– Szukamy wszystkiego – zarządził Tomek. – Może trzymała gotówkę w skarpecie? Może złoto?
Przeszukiwaliśmy szuflady, szafy, zaglądaliśmy pod dywany. Znalazłam tylko stare albumy ze zdjęciami, mnóstwo ubrań z lat osiemdziesiątych i porcelanę. Żadnych kopert z pieniędzmi. Żadnej biżuterii poza tą, w której została pochowana.
– Alicja, chodź tu! – zawołał mnie brat z sypialni.
Siedział na podłodze przy otwartym sekretarzyku. Wokół niego leżały sterty papierów.
– Co znalazłeś?
– Wyciągi. Papierowe wyciągi, których nie wyrzucała przez ostatnie pięć lat. Spójrz na to.
Znaleźliśmy coś
Wzięłam do ręki kartkę. Każdego miesiąca, regularnie jak w zegarku, drugiego dnia po wpłynięciu emerytury, z konta mamy wychodził przelew na kwotę trzech tysięcy złotych.
– Trzy tysiące? – jęknęłam. – To prawie wszystko, co miała. Zostawiała sobie tysiąc na życie?
– Tytuł przelewu: „Darowizna na cele statutowe” dla stowarzyszenia pomocy rodzinie.
– Co to za stowarzyszenie? – zapytał Tomek, marszcząc brwi.
– Sprawdźmy to – wyciągnęłam telefon.
Wyszukiwarka pokazała adres na drugim końcu miasta, w dzielnicy, która nie cieszyła się dobrą sławą. Strona internetowa stowarzyszenia wyglądała, jakby była zrobiona w latach dziewięćdziesiątych. Kilka zdjęć uśmiechniętych dzieci, informacje o świetlicy środowiskowej i numer konta. Ten sam, który widniał na wyciągach.
– Przez pięć lat… – Tomek szybko liczył w pamięci. – To jest prawie dwieście tysięcy złotych! Ona oddała im mieszkanie w gotówce! Dlaczego? Dlaczego obcym ludziom, a nie własnym dzieciom?
Czułam, jak narasta we mnie gniew. Przypomniałam sobie te wszystkie momenty, kiedy odmawiała nam pomocy. Kiedy mówiła, że nie ma, że musi oszczędzać na czarną godzinę. Okłamywała nas. Wolała oddawać pieniądze jakiejś fundacji niż kupić wnukowi lepszy rower czy dołożyć się do leczenia zębów. To bolało bardziej niż brak spadku. To było odrzucenie.
Oszukała nas
Postanowiliśmy tam pojechać. Musiałam zobaczyć, na co poszły te pieniądze. Czy ktoś ją naciągnął? Czy wykorzystali samotną, starszą kobietę? Tomek był nastawiony bojowo. Chciał żądać zwrotu, straszyć prawnikami, choć wiedziałam, że darowizny są nie do odzyskania, jeśli darczyńca był poczytalny. A mama była poczytalna do samego końca.
Budynek stowarzyszenia mieścił się w starej, odrapanej willi otoczonej dzikim ogrodem. Zza płotu dobiegały krzyki dzieci grających w piłkę. Furtka była otwarta. Weszliśmy do środka. W korytarzu pachniało pastą do podłóg i obiadem. Na ścianach wisiały rysunki dzieci.
– W czym mogę pomóc? – Zapytała kobieta w średnim wieku.
– Szukamy kierownika – powiedział szorstko Tomek.
– To ja. O co chodzi?
– Jesteśmy dziećmi pani Heleny – powiedziałam, obserwując jej reakcję.
Twarz kobiety zmieniła się natychmiast. Zniknęło z niej zmęczenie, a pojawił się wyraz głębokiego smutku i szacunku.
– Pani Helena… – westchnęła cicho. – Moje najszczersze kondolencje. To była wspaniała kobieta. Nie wiedziałam, że odeszła. Ostatni przelew nie przyszedł, martwiliśmy się…
– Wspaniała? – prychnął Tomek. – Wie pani, że przez pani stowarzyszenie nasza matka żyła o chlebie i wodzie? Że oddawała wam wszystko, co miała?
Kobieta spojrzała na nas uważnie, a potem wskazała ręką na drzwi biura.
– Proszę, wejdźcie. Chyba musimy porozmawiać.
Nie mogłam uwierzyć
Usiadłam na wytartym krześle. Biuro było skromne, zawalone segregatorami.
– Nie wiedzieliście państwo o jej zaangażowaniu?
– Wiedzieliśmy, że jest skąpa dla nas – wypaliłam. – Ale nie wiedzieliśmy, że jest świętym Mikołajem dla innych.
– Pani Helena nie była tylko darczyńcą – zaczęła Maria spokojnie. – Ona przychodziła tu dwa razy w tygodniu przez ostatnie lata. Pomagała dzieciom w matematyce. Księgowała nam faktury za darmo. Ale przede wszystkim uratowała to miejsce.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Mama? Ta sama mama, która nie znosiła hałasu i dziecięcego krzyku? Która na święta denerwowała się, gdy moje dzieci biegały po salonie?
– Pięć lat temu groziła nam eksmisja – kontynuowała kierowniczka. – Budynek wymagał remontu dachu i instalacji grzewczej. Mieliśmy tu trzydzieścioro dzieciaków z trudnych rodzin. Dzieci, które w domu nie miały co jeść, nikt nie sprawdzał im lekcji. Gdybyśmy to zamknęli, trafiłyby na ulicę. Pani Helena przyszła do nas przypadkiem, szukała kogoś z dawnych lat, kto kiedyś tu pracował. Zobaczyła, w jakim jesteśmy stanie.
Wstała i podeszła do szafy pancernej. Wyjęła z niej gruby album.
– Zobaczcie.
Nie poznałam jej
Otworzyła go. Na zdjęciach była mama, ale inna. Nie ta sztywna pani księgowa. Siedziała na dywanie z małą dziewczynką i układała klocki. Na innym zdjęciu nalewała zupę. Jej twarz była rozjaśniona uśmiechem, jakiego nie widziałam u niej od śmierci taty, a może i dłużej.
– Kiedy usłyszała, ile potrzebujemy na remont, po prostu zaczęła przelewać pieniądze. Powiedziała, że ma dobrą emeryturę i że wreszcie te pieniądze na coś się przydadzą. Dzięki niej mamy nowy piec. Dzięki niej te dzieciaki jedzą ciepłe obiady. Dzięki niej ta dziewczynka ze zdjęcia poszła na studia.
Słuchałam tego z otwartymi ustami. Tomek milczał, patrząc w podłogę.
– Dlaczego nam nie powiedziała? – zapytałam cicho. – Dlaczego ukrywała to przed własną rodziną?
Kierowniczka zawahała się chwilę.
– Rozmawiałyśmy o tym kiedyś. Pani Helena czuła się winna.
– Winna? Czego?
– Mówiła, że kiedy wy byliście mali, ona ciągle pracowała. Że goniła za karierą, za pieniędzmi, za pozycją. Że nie było jej przy was, kiedy tego potrzebowaliście. Że była zimna.
Miała swoje życie
Poczułam ukłucie w sercu. To była prawda. Wychowywała nas babcia i klucz na szyi. Mama była gościem w domu.
– Powiedziała mi kiedyś: „Pani Mario, moich dzieci już nie wychowam na nowo. One są dorosłe, mają swoje życie i chyba trochę mnie nie lubią. I mają rację. Ale może mogę pomóc tym, którzy startują z jeszcze gorszej pozycji”. Traktowała to jako… pokutę? Zadośćuczynienie?
Tomek wstał gwałtownie i podszedł do okna. Widziałam, jak trzęsą mu się ramiona.
– Czyli wolała kupić sobie czyste sumienie za nasze pieniądze? – wychrypiał, ale w jego głosie nie było już tyle złości, co żalu.
– To były jej pieniądze, proszę pana – powiedziała kierowniczka łagodnie, ale stanowczo. – I nie kupowała sumienia. Ona kupowała przyszłość dla tych dzieciaków. I wie pan co? Często o was mówiła. Była z was dumna.
– Dumna? – zaśmiałam się gorzko. – Nigdy nas nie pochwaliła.
– Mówiła: „Moja córka jest taka silna, radzi sobie ze wszystkim, mimo że jej nie pomagałam. Mój syn to zaradny chłopak”. Ona uważała, że dając wam pieniądze, zepsułaby to, co w was wykształciła, czyli samodzielność. Może to była błędna filozofia, nie mnie oceniać. Ale kochała was na swój, trudny sposób.
Chcieliśmy ją zrozumieć
Wyszliśmy ze stowarzyszenia po godzinie. Kierowniczka chciała nam pokazać efekty remontu, ale nie mieliśmy siły. Musieliśmy to przetrawić. Wróciliśmy do samochodu w milczeniu. Tomek odpalił silnik, ale nie ruszył.
– Wiesz co? – odezwał się po chwili. – Byłem wściekły. Myślałem tylko o tym, ile straciliśmy. Ale jak zobaczyłem te zdjęcia… Ona tam była szczęśliwa.
– Tak – przyznałam. – Była bardziej ludzka niż kiedykolwiek przy nas.
– Może faktycznie nawaliła jako matka, gdy byliśmy mali. Ale naprawiła dach w domu dziecka. Opłaciła studia jakiejś obcej dziewczynie.
Spojrzał na mnie. W jego oczach widziałam zrozumienie.
– Nie dostaniemy tych pieniędzy. Przepadły.
– Nie przepadły – poprawiłam go. – One tam są. W tym piecu, w tych ścianach, w tych dzieciakach.
Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę. Myślałam o moim przeciekającym dachu. Nadal będę musiała wziąć kredyt, żeby go naprawić. Tomek nadal będzie musiał zaciskać pasa, żeby spłacić franki. Mama nie ułatwiła nam życia. Ale dała nam coś innego. Zrozumienie, że człowiek jest czymś więcej niż sumą zgromadzonych oszczędności. Że nawet ktoś tak zamknięty i chłodny jak ona, miał w sobie potrzebę ciepła i dzielenia się nim, choćby wybrała do tego obcych ludzi.
Alicja, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W oczach dzieci zamiast wdzięczności widzę złotówki. Nie wiedzą, że spadek już dawno przeszedł im koła nosa”
- „Mąż dba o naszą poduszkę finansową. Przez niego drżę z zimna pod kocem i liczę każdą kromkę chleba”
- „Mąż często zamykał się z telefonem w łazience. Myślałam, że flirtuje z inną kobietą, ale miał co innego za uszami”

