„Myśleliśmy, że babcia nasmaży pączków w tłusty czwartek. Nikomu nie przyszło do głowy, że ma dosyć stania przy garach”
„Moja matka upuściła siatkę. Kostki smalcu potoczyły się po podłodze.
– Co ty wygadujesz?! – wrzasnęła. – Cała rodzina przyjeżdża! Ciotka Stasia, kuzyni z Radomia, teściowie Anki! Wszyscy wiedzą, że u Joli są najlepsze pączki!”.

To miał być zwykły wtorek poprzedzający cukrowe szaleństwo, do którego przygotowywaliśmy się jak do wojny nuklearnej. Mąka wrocławska była kupiona, konfitura z róży – ta prawdziwa, ucierana ręcznie – wyciągnięta z piwnicy, a wujek Janek już poluzował pasek w spodniach. Wszyscy myśleliśmy, że babcia Jola, jak co roku, stanie przy garach o czwartej rano, by nakarmić naszą nienasyconą rodzinę.
Mieliśmy tradycję
Tłusty czwartek w naszej rodzinie to nie była tradycja. To była religia. A moja babcia była w tym Kościele najwyższą kapłanką i jednocześnie ofiarą składaną na ołtarzu cholesterolu. Odkąd pamiętam, rytuał wyglądał tak samo. Już w poniedziałek zaczynało się nerwowe sprawdzanie zapasów. Moja matka, która sama nie potrafiła upiec nawet gotowego ciasta z pudełka bez przypalenia piekarnika, zamieniała się w logistycznego generała.
– Mamo! – krzyczała do słuchawki, dzwoniąc do babci. – Tylko pamiętaj, żeby spirytusu dodać do ciasta, bo w zeszłym roku wujek Janek narzekał, że piły tłuszcz! I żeby konfitury było dużo, nie tak jak u mojej szwagierki, gdzie ciasto to sucha buła!
Ja siedziałam cicho. Widziałam babcię tydzień wcześniej. Siedziała w swoim fotelu, masując opuchnięte kostki. Miała siedemdziesiąt cztery lata i ręce zniekształcone przez artretyzm.
– Wnusiu – powiedziała wtedy cicho, patrząc na swoje dłonie. – Wiesz, ile pączków usmażyłam w życiu?
– Dużo, babciu – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od telefonu.
– Liczyłam kiedyś. Przez pięćdziesiąt lat małżeństwa i wdowieństwa… Myślę, że to będzie z pięćdziesiąt tysięcy. Całe miasto bym wykarmiła. A wiesz, ile zjadłam ze smakiem, tak na spokojnie, bez słuchania, że za słodkie, za tłuste?
Coś się zmieniło
Wtedy to zignorowałam. Zrzuciłam to na karb jesiennej chandry, mimo że był luty. Nie zrozumiałam, że to nie było narzekanie. To było pożegnanie z jej dawnym „ja”. Sygnały były wszędzie, ale byliśmy zbyt zajęci sobą, żeby je dostrzec. Mój wujek Janek, brat mojej matki, to typowy roszczeniowy samiec alfa w wersji kanapowej. Przyjeżdżał do nas w każdą środę przed tłustym czwartkiem, żeby nadzorować. W praktyce oznaczało to wypicie czterech piw i krytykowanie wszystkiego, co się rusza.
– No i gdzie ta matka? – zapytał, wchodząc do kuchni i rzucając kluczyki od skody na blat. – Jutro wielki dzień. Mam nadzieję, że zrobi te z budyniem dla moich chłopaków, bo oni róży nie tykają.
Babcia Jola stała przy oknie. Nie krzątała się. Nie nastawiała zaczynu. Po prostu stała i patrzyła na szare blokowisko za szybą. Miała na sobie nie swój stary, poplamiony fartuch, ale elegancką bluzkę z jedwabiu, którą dostała ode mnie na gwiazdkę trzy lata temu i której – jak sądziłam – nigdy nie wyjęła z pudełka.
– Mamo? – zapytała moja matka, wchodząc do kuchni z siatkami pełnymi smalcu. – Co ty tak stoisz? Zaczyn trzeba robić. Janek przyjechał.
Postawiła się
Babcia odwróciła się powoli. Jej twarz była spokojna. To była tafla jeziora, pod którą czaił się potwór z Loch Ness.
– Nie będzie zaczynu, Beatko – powiedziała.
W kuchni zapadła cisza tak gęsta, że można by ją kroić tym tępym nożem do chleba, który leżał na stole. Wujek parsknął śmiechem, otwierając puszkę piwa.
– Dobre, mamo, dobre! Ale już nie żartuj, bo mi cukier spada. Gdzie mąka? Przyniosę ci z spiżarni.
– Nie słyszysz, co mówię? – Babcia spojrzała na niego wzrokiem, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam. To nie było spojrzenie matki. To było spojrzenie kobiety, która właśnie zdała sobie sprawę, że zmarnowała pół życia na obsługiwanie ludzi, którzy traktują ją jak wielofunkcyjny robot kuchenny. – Nie robię pączków. Ani w tym roku, ani w przyszłym. Nigdy więcej.
Moja matka upuściła siatkę. Kostki smalcu potoczyły się po podłodze jak białe granaty.
– Co ty wygadujesz?! – wrzasnęła. – Cała rodzina przyjeżdża! Ciotka Stasia, kuzyni z Radomia, teściowie Anki! Wszyscy wiedzą, że u Joli są najlepsze pączki! Już na Facebooku pisałam, że jutro wielkie smażenie! Chcesz mnie ośmieszyć?!
Miała dosyć
Moja matka budowała swoją wartość na pracy swojej matki. „Pączki mojej mamy” były jej walutą społeczną. Bez nich była tylko kobietą z kredytem we frankach i mężem, który wolał spędzać czas w garażu.
– Beatko, masz pięćdziesiąt lat i dwie ręce. Przepis jest w zeszycie – powiedziała babcia, podchodząc do stołu i biorąc torebkę. – A ty, Janku, zamiast pić piwo, mógłbyś raz pomóc siostrze.
– Ale mamo… – Wujek zrobił się czerwony na twarzy. – Przecież to tradycja! Tłusty czwartek bez twoich pączków to jak wigilia bez karpia! To świętość!
– Tradycja… – babcia zaśmiała się gorzko. – Tradycją w tym domu jest to, że ja stoję przy garach 12 godzin w oparach wrzącego tłuszczu, od którego łzawią mi oczy i puchną nogi, a wy przyjeżdżacie na gotowe, jecie w dziesięć minut, brudzicie obrus i wyjeżdżacie, zostawiając mi górę naczyń. To jest wasza tradycja. Moja tradycja dobiegła końca.
W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Wszyscy zamarliśmy. W drzwiach stały dwie kobiety. Pani Halinka, sąsiadka z trzeciego piętra, którą moja matka uważała za zwariowaną rozwódkę, i pani Teresa, bibliotekarka. Obie miały na sobie kolorowe płaszcze, kapelusze i… walizki na kółkach.
– Jolu, gotowa? – zapytała pani Halinka. Wyglądała jak kolorowy ptak w tym naszym szarym, dusznym korytarzu. – Taksówka czeka.
Nie docenialiśmy jej
Babcia uśmiechnęła się. Ten uśmiech odjął jej dwadzieścia lat.
– Gotowa jak nigdy – odpowiedziała i ruszyła do przedpokoju.
Moja matka zastawiła drzwi własnym ciałem. Wyglądała, jakby miała dostać udaru.
– Nigdzie nie pójdziesz! – krzyczała histerycznie. – Co ludzie powiedzą?! Zostawiasz nas w tłusty czwartek?! To jest egoizm, czysty egoizm!
Patrzyłam na tę scenę i widziałam w niej siebie za pięćdziesiąt lat. Widziałam ten łańcuch pokoleń kobiet, które uczono, że „nie” to brzydkie słowo, a poświęcenie jest cnotą, nawet jeśli niszczy cię od środka. Podeszłam do matki i delikatnie, ale stanowczo odsunęłam ją na bok.
– Puść ją, mamo – powiedziałam cicho.
– Ty też?! Przeciwko własnej matce?! – wrzasnęła, ale opuściła ręce.
Babcia zatrzymała się przy mnie. Pachniała nie drożdżami i smalcem, jak zawsze, ale jakimiś perfumami. Położyła mi dłoń na policzku.
– Nie bądź taka jak my, Aniu – szepnęła. – Nie czekaj do siedemdziesiątki, żeby zacząć żyć po swojemu. Przepis na pączki jest na lodówce. Ale pamiętaj: nie musisz ich robić. Możesz je kupić w markecie. Świat się nie zawali.
Trzasnęły drzwi. Została po niej tylko pustka i zapach tych perfum.
Byli na nią wściekli
Kolejne 24 godziny były studium upadku cywilizacji w mikroskali. Gdy tylko babcia zniknęła w windzie z gangiem emerytek, w mieszkaniu zapanował chaos. Wujek Janek stwierdził, że to babskie fochy i że babcia wróci za godzinę z podkulonym ogonem. Nie wróciła.
Wieczorem moja matka podjęła rozpaczliwą próbę zrobienia pączków samodzielnie. Skończyło się to dymem i ciastem twardym jak kamień, którym można by wybijać szyby. Płakała nad miską z mąką, mieszając łzy z nieudanym zaczynem.
– Dlaczego ona mi to zrobiła? – łkała. – Przecież ja wszystko dla niej… Lekarzy jej załatwiam, zakupy robię…
– Mamo – próbowałam jej wytłumaczyć, zeskrobując przypalony cukier z blatu. – Ty nie robisz tego dla niej. Robisz to, żeby czuć się dobrą córką. A ona po prostu chciała odpocząć.
– W tłusty czwartek się nie odpoczywa! – ucięła, rzucając ścierką w kąt.
Nazajutrz, w sam tłusty czwartek, atmosfera była grobowa. Wujek pojechał do cukierni sieciowej o szóstej rano, ale wrócił wściekły, bo kolejka była na dwie godziny stania. Kupił jakieś tanie pączki w supermarkecie.
Świetnie się bawiła
Siedzieliśmy przy stole. Na talerzu leżały te smutne wyroby pączkopodobne, posypane sztucznym cukrem pudrem. Wszyscy jedli w milczeniu. Czuć było gorycz, i to nie tylko od starego tłuszczu w pączkach.
I wtedy mój telefon zawibrował. Grupa rodzinna, na której zwykle wymieniamy się życzeniami świątecznymi. Otworzyłam wiadomość. Na zdjęciu widać było trzy starsze panie w jacuzzi. W tle błękitna woda i para wodna. Babcia Jola, w stroju kąpielowym w kwiaty, trzymała w jednej ręce kieliszek szampana, a w drugiej wielkiego, idealnego pączka.
Podpis brzmiał: „Pozdrowienia z raju. Tutaj pączki podają do leżaka. Nie trzeba smażyć. Całuję, Wasza Wyzwolona Emerytka. Pokazałam telefon wujkowi. Zrobił się fioletowy. Moja matka wyrwała mi telefon z ręki.
– Ona pije alkohol! W południe! – krzyknęła, jakby to była zbrodnia najwyższej wagi. – I to z tą latawicą! Przecież ta kobieta miała trzech mężów!
– I wygląda na szczęśliwszą niż ty kiedykolwiek, mamo – powiedziałam to zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Coś się zmieniło
Matka spojrzała na mnie, potem na zdjęcie, potem na smutne pączki z marketu. I nagle, zupełnie niespodziewanie, zaczęła się śmiać. To był histeryczny śmiech, który powoli przechodził w płacz, a potem znowu w śmiech.
– Masz rację – powiedziała, ocierając oczy. – Boże, ona wygląda rewelacyjnie. A my tu siedzimy jak banda idiotów i żremy ten syf.
Gdy babcia wróciła w niedzielę, zrelaksowana, nikt nie robił jej wyrzutów. Weszła do domu, rzuciła walizkę i powiedziała:
– Następnym razem jedziecie ze mną, dziewczyny. A Janek zostaje i pilnuje psa.
Moja matka, zamiast zrobić awanturę, tylko pokiwała głową.
– A pączki? – zapytała nieśmiało.
– Pączki są w cukierni, kochanie – odpowiedziała babcia. – Ja przeszłam na emeryturę kuchenną.
W ten tłusty czwartek nauczyłam się najważniejszej lekcji w życiu. Tradycja jest piękna, dopóki jest wyborem, a nie przymusem. I że czasem trzeba rzucić wszystko, zostawić rodzinę z mrożonym ciastem i wskoczyć do jacuzzi, żeby uratować swoją duszę.
Ania, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki liczyłam na różane perfumy od męża. Ta pomyłka kosztowała mnie więcej, niż zgaszone nadzieje”
- „Gdy w sanatorium poznałam Romana, poczułam motyle w brzuchu i na nowo uwierzyłam w miłość. Wstyd mi, że byłam naiwna”
- „Teściowa zawsze traktowała mnie z góry. Nie miałam pojęcia, że już wkrótce będzie szukać wsparcia u mnie”

