„Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
„Córka tłumaczyła wyjazd do sanatorium troską, ale ja nie chciałem słuchać. W końcu jednak musiałem się ugiąć i pojechałem w nieznane. Nie liczyłem na więcej niż picie kompotu na stołówce i słuchanie gawęd o cudzych chorobach. Ale życie potrafi zaskoczyć, nawet w moim wieku”.

- Redakcja
Nie mam złudzeń – starych drzew się nie przesadza, a na pewno nie tak łatwo. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że trafię do sanatorium, wyśmiałbym go w głos. Radzę sobie, kawę umiem zrobić sam, nawet pilot do telewizora nie stanowi dla mnie zagadki, tylko córka, zawsze za bardzo troskliwa i zapobiegliwa, jakby tego nie dostrzegała.
Któregoś ranka obudziłem się, popatrzyłem na miejsce, gdzie powinny stać moje kapcie i zorientowałem się, że jestem już... spakowany. Córka tłumaczyła wszystko troską, lekarz zalecił, a ja, ze zwykłej przekory, nie chciałem go słuchać. W końcu jednak musiałem się ugiąć i pojechałem w nieznane. Nie liczyłem na więcej niż picie kompotu na stołówce i słuchanie gawęd o cudzych chorobach. Ale życie potrafi zaskoczyć, nawet w moim wieku.
Poczułem się mniej samotny
Pierwsze dni w sanatorium przypominały raczej przedszkole dla dorosłych niż miejsce rekonwalescencji. Poranki zaczynały się od szurania kapci po korytarzu i walki o dostęp do łazienki, bo przecież „woda najcieplejsza jest o szóstej, potem już tylko zimna”. Nie byłem zachwycony, ale nie dawałem tego po sobie poznać. Zresztą, kto by się mną przejmował, skoro wszyscy wokół mieli własne, często jeszcze dziwniejsze nawyki.
Na stołówce siedziałem sam, udając, że wpatruję się w gazetę. Czułem na sobie spojrzenia – a to sąsiad z naprzeciwka, a to jakaś pani z fryzurą jak z lat sześćdziesiątych. Nagle usiadła obok mnie kobieta, którą kojarzyłem z widzenia, ale nie miałem pojęcia, jak się nazywa.
– Można się przysiąść? – zapytała, już właściwie siedząc.
– Proszę bardzo, stolik nie jest mój na własność – burknąłem, zerkając kątem oka.
– No to dobrze, bo inne wolne tylko przy kaloryferze, a ja nie lubię upałów. Poza tym, pan wygląda na kogoś, kto nie zanudza opowieściami o kręgosłupie – powiedziała z lekkim uśmiechem.
– To zależy, czy ktoś pyta – mruknąłem, odruchowo prostując plecy.
– Nie pytam o kręgosłup. Pytam, czy pan jeszcze wierzy w miłość po sześćdziesiątce – rzuciła, jakby testowała moją czujność.
Parsknąłem pod nosem.
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto tu przyjechał w celach matrymonialnych?
– A pan wie, ilu tu takich, co przyjechali po wszystko oprócz zdrowia? – Roześmiała się krótko. – Pielęgniarka z drugiego piętra już pytała mnie, czy nie chciałabym się zakochać.
– Mnie też pytała. Pomyślałem, że to jakiś test psychologiczny na dzień dobry.
Spojrzała na mnie uważnie i pierwszy raz od dawna poczułem się mniej samotny.
– A pan co odpowiedział? – zapytała szeptem, jakby zdradzała wielką tajemnicę.
– Powiedziałem, że od przybytku głowa nie boli. Ale nie wiem, czy mnie to jeszcze dotyczy.
– Oj, proszę pana. Znałam takich, co się zakochali w kolejce na zabiegi – uśmiechnęła się, a ja poczułem, że sanatorium może nie będzie aż taką karą, jak mi się wydawało.
Częściej się uśmiechałem
Kolejne dni mijały zaskakująco szybko. O poranku, zanim jeszcze rozniosła się woń kawy po korytarzu, już czułem niepokój – nie przed zabiegami, nie przed badaniami, tylko przed stołówkową nudą. Tymczasem tamta kobieta, z którą dzieliłem stolik, pojawiała się zawsze pierwsza, zanim ktokolwiek zdążył zająć miejsce obok mnie.
– Dzień dobry, panie Henryku! – rzuciła pewnego ranka, jakbyśmy znali się od lat. – Widzę, że dziś surówka z marchwi. Chce pan moją? Nigdy nie lubiłam. Zawsze uważałam, że marchewka to pokarm dla królików.
– Dzień dobry. Mogę się poświęcić – westchnąłem teatralnie, przekładając jej porcję na swój talerz.
– A pan co tu właściwie robi, oprócz jedzenia cudzych warzyw? – spojrzała na mnie z ukosa. – Córka pana tu przywiozła czy to własna inicjatywa?
– Córka – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć wolałbym powiedzieć, że sam tu trafiłem jak bohater powieści. – Uznała, że „tacie przyda się trochę ruchu i towarzystwa”. No i proszę, towarzystwo mam, z ruchem gorzej.
– To niech pan z nią nie dyskutuje. Mnie syn zaciągnął tu jak na kolonię. Nawet walizki sam spakował, jakbym nie umiała.
– Takie czasy. Dzieci wiedzą lepiej, co rodzicom potrzeba. Ja się już nie buntuję. Jak mówią: „jedź, odpocznij”, to jadę. Chociaż czasem czuję się jak mebel przenoszony z pokoju do pokoju.
– Albo jak kanapka zawinięta na drogę – zaśmiała się. – Mówią „będziesz się dobrze bawiła”, a potem zostawiają i dzwonią tylko, żeby sprawdzić, czy żyję.
Przyłapałem się na tym, że uśmiecham się częściej. Rozmowy z nią były jak łyk świeżego powietrza.
– A wie pani co? Ja mam taki plan, żeby się tutaj nie nudzić. Może byśmy razem poszli na ten dzisiejszy dancing? Podobno grają „hity z młodości”.
Spojrzała na mnie z powątpiewaniem.
– A pan umie tańczyć? – zagadnęła zadziornie.
– A pani chce sprawdzić?
– Tylko pod warunkiem, że pan prowadzi – odpowiedziała, po czym znów się uśmiechnęła.
Dobrze się z nią bawiłem
Wieczorem, zanim jeszcze pod salą pojawiły się tłumy, stałem już pod drzwiami i zastanawiałem się, czy nie wrócić jednak do swojego pokoju. Przyszedłem przed czasem, żeby zachować się jak dżentelmen. Oczywiście ona już tam była, poprawiała sukienkę, której nie widziałem na niej wcześniej.
– Pan zawsze taki punktualny, czy to tylko efekt sanatoryjnego rygoru? – rzuciła z lekkim przekąsem.
– Jestem człowiekiem z epoki, gdzie na randki się nie spóźniało – odpowiedziałem, udając powagę. – Poza tym, bałem się, że mi pani ucieknie z jakimś emerytowanym lotnikiem.
– Z lotnikiem już tańczyłam, wywijał jak na defiladzie. Wolę spokojniejsze loty – spojrzała na mnie rozbawiona.
Weszliśmy razem na salę. Grupa kuracjuszy próbowała już swoich sił na parkiecie, ktoś fałszował na keyboardzie. Rozglądałem się nerwowo – ostatni raz tańczyłem, kiedy córka brała ślub.
– No to co, panie Henryku, zatańczymy? – uśmiechnęła się szeroko.
Wyciągnąłem rękę, choć w głowie miałem czarny scenariusz – wstyd, śmiech z sali, może jeszcze wywrotka na środku parkietu. Nic takiego się nie stało.
– Musi się pan rozluźnić – szepnęła nagle. – Pan się nie bawi, pan walczy o przetrwanie.
– Ja już się od dawna nie bawiłem, wie pani. Człowiek się odzwyczaja.
– To może pan zacząć od nowa. Tylko niech pan nie patrzy pod nogi, bo się potknie.
Zacząłem się śmiać – pierwszy raz od bardzo dawna. Nagle przestałem się przejmować, czy ktoś patrzy. Po kilku utworach ledwo łapałem oddech, a ona była niezmiennie pogodna.
– Nie wierzę, że to pana pierwszy taniec od lat. Tańczy pan, jakby pan całe życie ćwiczył w sanatorium – zauważyła z przekąsem.
– Może to kwestia partnerki – odparłem, próbując być złośliwy. – Albo tych słynnych uroków uzdrowisk.
– No, to jeszcze zobaczymy, co z pana za kuracjusz – rzuciła i odprowadziła mnie do stolika.
Zaczęło mi się to podobać
Nazajutrz obudziłem się z bolącymi stopami i sercem bijącym szybciej po zbyt dużej dawce nowych wrażeń. Korytarz, który jeszcze tydzień temu wydawał mi się więzienny, teraz był miejscem spotkań, wymiany plotek i ukradkowych uśmiechów. W jadalni rzuciłem się w oczy wszystkim, bo moja nowa znajoma – już wtedy wiedziałem, że ma na imię Teresa – machała do mnie z końca sali.
– Panie Henryku, tu jest miejsce! – krzyknęła, nie przejmując się, że kilka osób już się obejrzało.
– Nie wypada tak wywoływać człowieka na oczach wszystkich – mruknąłem, siadając obok.
– A co mi tam. Przecież tu i tak wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Wczoraj już mnie wypytywali, czy to „ten pan z dancingu”. Powiedziałam, że tak, bo nie będę się przecież wypierać.
– A co jeszcze pani opowiedziała? – zapytałem podejrzliwie, sięgając po chleb.
– Że lubi pan surówkę z marchwi i potrafi pan tańczyć lepiej niż niejeden młodzieniaszek. W sumie, to nie jest tak, że wpadł mi pan w oko, ale z pana to całkiem znośny materiał na przyjaciela.
Parsknąłem śmiechem.
– Dziękuję za taki komplement. W sanatorium to już coś, być „znośnym materiałem”.
– Pan nie rozumie, jak tu działa świat. Tu jest jak na kolonii. Szybko się tworzą sojusze i grupki, wszyscy gadają, kto z kim, dlaczego, ile kto ma leków i kto najgłośniej chrapie.
Zerknąłem na nią z ukosa.
– A pani już należy do jakiejś frakcji?
– Nie, wolę być wolnym strzelcem. Przez całe życie nie pasowałam do żadnych kółek gospodyń i innych babskich spisków.
– To się dobrze składa, bo ja też nie lubię być przypisany do jednej ławki. Chociaż nie ukrywam, że zaczyna mi się tu podobać. Zna pani może jakieś sposoby na nudę między zabiegami?
Spojrzała na mnie filuternie.
– Znam. Możemy wyjść po obiedzie do parku. Tam nikt nie słyszy plotek i nie zerka ukradkiem.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie wiedziałem, czy bardziej mnie to bawi, czy onieśmiela.
– To co, idziemy razem? – zapytałem cicho.
– Idziemy – odparła bez wahania.
Chciałem, by to trwało dłużej
Po obiedzie Teresa już czekała pod schodami z apaszką na szyi, jakby wybierała się na randkę, a nie na spacer po sanatoryjnym parku. Próbowałem się nie uśmiechać zbyt szeroko, ale ona od razu to wyczuła.
– No i co się pan tak podśmiewa? To apaszka od wnuczki, powiedziała, że w sanatorium można poznać kogoś ciekawego. Nie wiem, czy mówiła o lekarzach, czy o takich jak pan.
– Pani wnuczka ma chyba lepszy nos niż moja córka. Ta tylko upewniła się, że mam czyste skarpety i komplet leków na każdy dzień.
– Niech się pan nie śmieje, skarpetki to podstawa. Tylko w życiu czasem trzeba mieć też trochę fantazji. Dlatego dzisiaj proponuję wycieczkę nie do parku, ale nad staw.
Ruszyliśmy powoli, mijając grupki innych kuracjuszy. Teresa szła krok przed mną, rozglądając się z ciekawością.
– Pamięta pan, jak to było mieć dwadzieścia lat? – zapytała nagle, nie patrząc mi w oczy.
– Pamiętam, że miałem włosy i plany na pięćdziesiąt lat do przodu. Z tych planów zostały już tylko spacery i dobre żarty.
– W moim przypadku z planów zostałam tylko ja. I chyba trochę żalu do siebie, że zbyt długo oglądałam się na innych. Wie pan, że pierwszy raz ktoś zaprosił mnie na dancing dopiero wczoraj?
Stanąłem zaskoczony.
– Niemożliwe. Z takim poczuciem humoru powinna pani mieć kolejkę adoratorów.
– Pan sobie żartuje, ale kiedy człowiek za młodu boi się zrobić krok, potem latami stoi w miejscu. Dobrze, że jeszcze nie zardzewiałam.
Usiadła na ławce nad wodą, ja obok niej. Przez chwilę milczeliśmy, patrząc na kaczki, które kręciły się blisko brzegu.
– Wie pani, co sobie myślę? – odezwałem się w końcu. – Że może dobrze, że tu nas zapakowali jak bagaż. Przynajmniej mamy szansę posiedzieć na tej ławce.
– A wie pan, co ja sobie myślę? Że czasem warto pozwolić się gdzieś zapakować, żeby mieć szansę wyjść poza swoje stare przyzwyczajenia.
Poczułem, że chciałbym, żeby ta chwila trwała dłużej.
Niczego nie żałuję
Kolejne dni w sanatorium przestały być dla mnie czymś, co trzeba „po prostu przeżyć”. Z Teresą rozmawialiśmy coraz częściej i o coraz poważniejszych sprawach, choć żadne z nas nie potrafiło już udawać, że chodzi wyłącznie o wymianę opinii na temat jakości kotletów czy skuteczności zabiegów. Wieczorem przyszedłem na stołówkę i zauważyłem, że czeka na mnie z dwoma kubkami herbaty.
– Nie wiedziałem, czy pan pije herbatę z cukrem, więc zrobiłam dwie – wyjaśniła z uśmiechem. – Jedna słodka, jedna bez.
– Dziękuję, pani Tereso. Pani to chyba jako jedyna w tym miejscu jeszcze pamięta, że człowiek lubi mieć wybór.
Usiedliśmy razem przy oknie. Zza szyby padał drobny śnieg, który oświetlały żółte lampy.
– Panie Henryku, myśli pan, że można zacząć coś nowego w takim wieku? – zapytała cicho.
– Wie pani… kiedy człowiek młody, to mu się wydaje, że wszystko jeszcze przed nim. A kiedy jest stary – nie zauważa, że jeszcze nie wszystko za nim. Myślę, że najgorzej siedzieć w kącie i czekać, aż człowieka wyniosą z tego świata jak z tego sanatorium – westchnąłem, zerkając na nią.
– Czyli pan się nie boi… zaryzykować? – zapytała, już nie patrząc w kubek.
– Boję się jak diabli – przyznałem szczerze. – Ale jak się człowiek boi, to przynajmniej wie, że jeszcze żyje. W końcu córka mnie tu spakowała, żebym żył, nie żebym powoli umierał.
Uśmiechnęła się do mnie ciepło.
– A jak wrócimy do domu? – zapytała po chwili ciszy.
– Może będzie można czasem wypić herbatę gdzieś poza sanatorium. Albo chociaż zadzwonić i ponarzekać na pogodę.
– Dobrze by było… – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała nadzieja.
Siedzieliśmy jeszcze chwilę w ciszy, która nie była już niezręczna, tylko cicha i dobra. Zrozumiałem wtedy, że człowiek czasem potrzebuje wyjechać w nieznane. Nawet jeśli nie na zawsze.
Henryk, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Liczyłam na romantyczne walentynki z mężem, a spędziłam je w garażu teścia. Nie wiem, czy kiedyś to sobie wybaczę”
- „W szufladzie starego kredensu znalazłam testament dziadka. Nie mogłam uwierzyć w to, co kryła tajemnicza koperta”
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”

