Reklama

Cisza w naszym mieszkaniu miała swój ciężar. Siadaliśmy naprzeciwko siebie przy stole, a między talerzami leżały sprawy, o których żadne z nas nie chciało mówić. Iwona coraz częściej była zatopiona w swoich myślach, a ja wmawiałem sobie, że to moja wina. Że za mało się starałem, że coś przeoczyłem. Walentynki wydawały mi się ostatnią deską ratunku, wspomnieniem czasu, gdy wystarczył jeden gest, by znów było między nami ciepło. Bałem się tylko, że jeśli i to się nie uda, zostanie już wyłącznie prawda, na którą nie byłem gotowy.

Plan był idealny

Plan zaczął się od drobiazgów. Od przypomnienia sobie, jak kiedyś potrafiłem cieszyć się samym przygotowaniem niespodzianki. Zarezerwowałem stolik w małej restauracji, tej samej, do której zabrałem Iwonę na trzecią randkę. Pamiętałem, że wtedy mówiła, że lubi miejsca „bez zadęcia”, gdzie można naprawdę porozmawiać. Przez chwilę łudziłem się, że to wspomnienie coś jeszcze znaczy.

Prezent wybierałem zbyt długo. Stałem w sklepie, obracając w dłoniach drobną rzecz, myśląc nie o tym, czy jej się spodoba, ale czy w ogóle ją wzruszy. Czy zauważy w tym gest, czy tylko kolejne moje spóźnione starania. W końcu zapakowałem pudełko i poczułem ulgę, jakby sam fakt decyzji był już małym zwycięstwem.

W domu próbowałem zagaić rozmowę.

– Wiesz, że jutro walentynki? – rzuciłem niby od niechcenia, kiedy zakładała płaszcz.

– Wiem – odpowiedziała krótko, nie patrząc na mnie. – Będzie zwykły dzień.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać. Zwykły dzień. Dla mnie urastał do rangi wydarzenia, dla niej był przeszkodą w kalendarzu. Przez resztę wieczoru krzątała się po mieszkaniu nerwowo, sprawdzając telefon, odkładając go ekranem do dołu. Udawałem, że nie widzę.

Może byśmy gdzieś wyszli? – spróbowałem jeszcze. – Tak jak kiedyś.

Zawahała się na sekundę. Tylko na jedną, ale ją zauważyłem.

– Zobaczymy, Paweł. Mam teraz dużo na głowie.

To „zobaczymy” dźwięczało mi w uszach długo po tym, jak zgasiliśmy światło. Leżałem obok niej, wsłuchując się w jej równy oddech i budując w myślach obraz idealnego wieczoru. Tego, w którym znowu się uśmiecha, dotyka mojej dłoni i mówi coś więcej niż „muszę” albo „nie teraz”. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że plan idealny może rozpaść się szybciej, niż zdążę go zrealizować.

Żona dziwnie się zachowywała

Obudziłem się tego dnia wcześniej niż zwykle. Walentynki. Brzmiało to niemal naiwnie, ale serce biło mi szybciej, jakbym naprawdę wierzył, że data w kalendarzu ma moc zmieniania ludzi. Iwona krzątała się po kuchni, już ubrana do wyjścia. Między nami unosił się zapach kawy i czegoś niewypowiedzianego.

– Wrócisz dziś wcześniej? – zapytałem, udając spokój.

Zatrzymała się z kubkiem w dłoni.

– Raczej nie. Wyskoczyło coś w pracy, muszę zostać dłużej.

Powiedziała to tak, jakby mówiła o pogodzie. Bez cienia wahania. Poczułem, jak w środku coś we mnie pęka, ale tylko na moment. Zaraz potem włączyłem znajome usprawiedliwienia.

– Jasne… rozumiem – odparłem, choć nie byłem pewien, czy to prawda.

Przez cały dzień chodziłem jak w letargu. Co chwilę zerkałem na telefon, licząc na wiadomość, która zmieni sens jej porannych słów. Nic nie przychodziło. Zamiast tego pojawiały się myśli, których nie chciałem. Obrazy, pytania, zazdrość, której się wstydziłem.

Po południu zadzwoniła Renata.

– Jakoś dziwnie brzmisz – zauważyła od razu. – Co się dzieje?

– Nic – skłamałem. – Po prostu… zmęczony jestem.

Nie chciałem wypowiadać na głos swoich podejrzeń. Bałem się, że jeśli je nazwę, staną się prawdziwe. Łatwiej było uwierzyć, że to tylko praca, tylko gorszy dzień. Że kolacja jeszcze się odbędzie, nawet jeśli spóźniona.

Gdy nadeszła pora wyjścia, założyłem koszulę, tę, którą Iwona kiedyś pochwaliła. Przeglądałem się w lustrze, próbując zobaczyć w nim mężczyznę, dla którego warto wrócić wcześniej do domu. Zamiast tego widziałem kogoś, kto czeka.

– Zadzwonię, jak skończę spotkanie i dojadę do ciebie – rzuciła w drzwiach, już wychodząc.

Kiwnąłem głową. Drzwi zamknęły się cicho, a ja zostałem sam z planem, który coraz bardziej przypominał iluzję. Wiedziałem, że coś jest nie tak. I wiedziałem też, że jeśli dziś to zobaczę, nie będę mógł już odwrócić wzroku.

Zobaczyłem ją z innym

Do restauracji pojechałem sam. Tłumaczyłem sobie, że to tylko chwilowe, że Iwona pewnie zadzwoni i każe mi zamówić coś na początek. Miasto było rozświetlone, jakby specjalnie chciało drwić z mojej determinacji. Ludzie mijali mnie parami, rozmawiali, śmiali się. Czułem się obco, jak intruz w cudzym święcie.

Na skrzyżowaniu zmieniłem trasę. Sam nie wiem dlaczego. Może chciałem odwlec moment, w którym usiądę przy stoliku sam jak palec. Wtedy ją zobaczyłem.

Kawiarnia przy głównej ulicy była niemal pełna, ale Iwona rzucała się w oczy od razu. Siedziała przy oknie. Pochylona lekko do przodu, z uśmiechem, którego nie widziałem u niej od miesięcy. Naprzeciwko niej siedział Kamil. Wiedziałem, kim jest. Wspominała o nim czasem, zawsze tym samym tonem: neutralnym, pozbawionym znaczenia.

Zatrzymałem się po drugiej stronie ulicy. Stałem tak, jakby ktoś przyspawał mi stopy do chodnika. Widziałem, jak coś jej tłumaczył, gestykulując. Jak ona dotknęła jego dłoni, niby przypadkiem, a potem nie cofnęła jej od razu. Jak nachylili się do siebie, zbyt blisko jak na zwykłą rozmowę.

– To nic – powiedziałem sam do siebie. – Przesadzasz.

Zobaczyłem, jak Iwona zerka na zegarek, a potem na telefon. Przez chwilę miałem absurdalną nadzieję, że dzwoni do mnie. Zamiast tego uśmiechnęła się do Kamila i coś powiedziała. On odpowiedział śmiechem.

Odjechałem, zanim mnie zauważyli. Wszystko nagle się ułożyło w logiczną całość. Restauracja przestała mieć znaczenie. Walentynki też. Wieczorem, gdy Iwona wróciła do domu, spojrzałem na nią inaczej. Już nie jak na kogoś, kogo trzeba odzyskać, ale jak na osobę, której nie znałem tak dobrze, jak mi się wydawało.

Byłem wściekły

Nie zapytałem jej od razu, gdzie była. Siedzieliśmy w kuchni naprzeciwko siebie, tak jak setki razy wcześniej, tylko że tym razem cisza była gęstsza niż zwykle. Iwona zdjęła płaszcz, odłożyła torebkę i dopiero wtedy na mnie spojrzała. Jakby coś przeczuwała.

– Dlaczego nie byłaś w pracy? – zapytałem spokojniej, niż się spodziewałem.

Zmrużyła oczy.

– Byłam. Przecież mówiłam, że…

– Widziałem cię – przerwałem. – W kawiarni. Z Kamilem.

Jej twarz zastygła. Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że zacznie się wypierać, szukać wymówek. Zamiast tego opadła na krzesło i spuściła wzrok.

– To nie jest tak, jak myślisz – powiedziała cicho.

Ten zwrot uderzył mnie bardziej niż widok w kawiarni. Bo wiedziałem już, że właśnie tak myślę.

– A jak mam myśleć? – zapytałem. – Że w walentynki znalazłaś czas dla kolegi, ale nie dla własnego męża?

Podniosła głowę. W jej oczach zobaczyłem zmęczenie. Nie strach. Nie poczucie winy. Zmęczenie.

– Od dawna czuję się sama, Paweł – powiedziała. – Ty próbujesz to naprawić jednym wieczorem. A ja… ja już nie mam siły udawać, że to wystarczy.

– Czyli to moja wina? – zapytałem. – Bo za późno zauważyłem?

– To nie jest konkurs – odpowiedziała ostro. – Po prostu przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Ty planowałeś, a ja już byłam gdzie indziej.

Te słowa bolały najbardziej. Nie dlatego, że mówiła o Kamilu. Dlatego, że mówiła o „gdzie indziej” tak, jakby to było naturalne. Jakby nasza wspólna przestrzeń dawno przestała istnieć. Nie krzyczeliśmy. Nie trzaskaliśmy drzwiami. Łzy pojawiły się same, bez zapowiedzi. Zrozumiałem wtedy, że walentynki nie były szansą. Były sprawdzianem, który oblałem, zanim w ogóle się zaczął.

Wstałem od stołu.

Muszę wyjść – powiedziałem. – Teraz.

Nie próbowała mnie zatrzymać. A to powiedziało mi więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienie.

To koniec mojego małżeństwa

Tamtej nocy nie wróciłem do domu. Chodziłem bez celu, aż miasto przestało być obce, a stało się obojętne. Zadzwoniłem do Renaty dopiero nad ranem. Nie musiałem wiele tłumaczyć. Słuchała, a ja pierwszy raz od dawna mówiłem bez upiększeń. O tym, że oboje uciekaliśmy w ciszę. Że ja wierzyłem w gesty, a Iwona w to, że niewypowiedziane sprawy same znikną.

Zrozumiałem, że walentynki były wygodną iluzją. Łatwiej zaplanować kolację niż zapytać wprost, czy ktoś jeszcze chce z nami być. Miłość nie kończy się nagle. Rozpada się powoli, w odkładanych rozmowach, w zmęczonych „zobaczymy”, w uśmiechach kierowanych już nie do siebie.

Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że nie chcę już ratować czegoś w pojedynkę. Jeśli to koniec, wolę znać prawdę niż żyć kolejnymi nadziejami wpisanymi w kalendarz. Tamte walentynki nie zniszczyły mojego małżeństwa. One tylko pokazały, że od dawna było puste.

Paweł, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama