Reklama

Byłem z tych, którzy wierzą, że jeśli wystarczająco się starają, to miłość w końcu się uspokoi i zostanie. W końcu starałem się tak bardzo, że nie widziałem innego wyjścia. Z Lidią nic nigdy nie było pewne, a jednak trwałem, łatając ciszę rozmowami i jej dystans własnym zaangażowaniem. Kiedy nadeszły walentynki, poczułem ulgę. Po raz pierwszy od dawna nie bałem się, że zaraz odejdzie. Myślałem, że wreszcie jesteśmy po tej samej stronie.

Siedzieliśmy w ciszy

Ten wieczór miał w sobie spokój, którego wcześniej między nami nie było. Lidia przyszła punktualnie, w płaszczu zapiętym aż pod szyję, jakby chciała schować się przed całym światem. Kiedy zamknąłem za nią drzwi, przez chwilę stała bez ruchu, a potem po prostu mnie objęła. Mocno. Tak, że poczułem, jak jej oddech na moment się łamie.

— Wszystko w porządku? — zapytałem cicho.

— Tak. Po prostu… dobrze tu być — odpowiedziała po chwili.

Usiedliśmy razem, blisko. Jej dłoń leżała na mojej, nie cofnęła jej ani razu. Rozmawialiśmy o drobiazgach, o planach na najbliższe tygodnie, o rzeczach, które normalnie ucinała półsłówkami. Teraz słuchała uważnie, kiwała głową, zadawała pytania. Złapałem się na tym, że zaczynam mówić o przyszłości w liczbie mnogiej, a ona nie przerywała. To wystarczyło, żebym uwierzył.
Co jakiś czas milkła. Wpatrywała się w jeden punkt, jakby coś ważyła w sobie, a potem uśmiechała się lekko i wracała do rozmowy. Uznałem to za wzruszenie. Chciałem wierzyć, że ten wieczór też jest dla niej ważny.

Zostańmy tak jeszcze chwilę — powiedziała nagle, kiedy sięgnąłem po telefon, żeby sprawdzić godzinę.

— Jasne — odpowiedziałem bez wahania.

Siedzieliśmy w ciszy. Jej głowa oparta o moje ramię, moje myśli spokojne jak nigdy wcześniej. Pomyślałem wtedy, że może właśnie o to chodziło. O ten moment, kiedy nie trzeba już nic udowadniać ani ratować. Kiedy szła do sypialni późno w nocy, zatrzymała się w drzwiach.

Dziękuję za dziś — powiedziała, patrząc na mnie uważnie.

— Przecież to dopiero początek — uśmiechnąłem się.

Odwzajemniła uśmiech, ale był inny niż zwykle. Jakby chciała go zapamiętać.

Usiadłem ciężko na krześle

Obudziłem się sam, ale nie zaniepokoiło mnie to od razu. Lidia często wstawała wcześniej, potrzebowała chwili ciszy tylko dla siebie. Przez moment leżałem bez ruchu, wsłuchując się w mieszkanie, przekonany, że zaraz usłyszę jej kroki albo szelest w kuchni. Nic takiego się nie wydarzyło.

— Pewnie wyszła do sklepu — mruknąłem do siebie, bardziej żeby się uspokoić niż dlatego, że naprawdę w to wierzyłem.

Wstałem powoli. Jej płaszcz nie wisiał na wieszaku. Butów też nie było. Na stole stała tylko filiżanka, pusta, ustawiona równo przy krawędzi, jakby ktoś zrobił to z namysłem. Dopiero wtedy poczułem lekkie ukłucie w żołądku. Na blacie, pod filiżanką, leżała koperta. Z moim imieniem. Usiadłem ciężko na krześle. Przez kilka sekund patrzyłem na papier, jakby to on miał zdecydować, czy ją otworzę. W końcu wsunąłem palec pod klapkę. Pismo Lidii było równe, spokojne, aż za bardzo.

Pisała, że musi wyjechać. Że to nie jest nagłe, choć tak wygląda. Że długo próbowała znaleźć odwagę, by powiedzieć to wprost, ale nigdy jej nie miała. Każde zdanie było jak kolejny krok wstecz, coraz dalej ode mnie. Nie było oskarżeń, nie było próśb o zrozumienie. Była decyzja. Serce zaczęło mi bić szybciej, dłonie zrobiły się zimne. Czytałem ten list kilka razy, szukając między wierszami czegoś, co dałoby mi nadzieję. Czegoś, co dałoby mi prawo ją zatrzymać. Nie znalazłem nic.

— To niemożliwe — powiedziałem głośno, choć nikt nie słuchał.

Dotarło do mnie, że to nie był poranny impuls. Że ten wieczór, jej spokój, jej czułość stanowiły elementy pożegnania, którego wtedy nie rozpoznałem. Najgorsze było poczucie, że decyzja zapadła bez mojego udziału. Jakbym nagle wypadł z własnego życia. List zakończył się prostym zdaniem: „Muszę to zrobić sama”. Zgniotłem kartkę w dłoni, a potem ją rozprostowałem. Nie wiedziałem, co boli bardziej — jej nieobecność czy świadomość, że wszystko, co brałem za wspólny początek, było dla niej końcem.

Ona odchodziła od dawna

Zostałem w mieszkaniu przez resztę dnia, jakby wyjście na zewnątrz mogło potwierdzić, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Chodziłem od okna do stołu, od stołu do kanapy, wracając myślami do momentów, które wcześniej wydawały mi się nieistotne. Teraz każdy z nich nabierał ciężaru. Przypomniałem sobie, jak milkła, gdy pytałem o wspólne plany. Jak odpowiadała wymijająco, kiedy mówiłem o przyszłości dalej niż kilka tygodni. Jak czasem znikała na całe wieczory, a po powrocie była jeszcze bardziej zamknięta w sobie. Tłumaczyłem to jej charakterem, potrzebą przestrzeni, zmęczeniem. Zawsze znajdowałem usprawiedliwienie.

— Taka już jest — mówiłem sobie. — Trzeba dać jej czas.

Teraz zacząłem się zastanawiać, czy ten czas nie był tylko odsuwaniem nieuniknionego. Czy byłem dla niej partnerem, czy raczej miejscem, w którym mogła odpocząć od własnych decyzji. Myśl ta bolała bardziej niż sam list. Złość przyszła niespodziewanie. Nie gwałtowna, a raczej lepka i ciężka. Na nią, że nie potrafiła powiedzieć prawdy. Na siebie, że tak uparcie wierzyłem w wersję, która była dla mnie wygodna. Przypomniałem sobie jej spojrzenie z tamtego wieczoru, to krótkie zawahanie przy drzwiach. Wtedy widziałem w tym emocje. Teraz widziałem pożegnanie.

— Mogłeś zapytać — powiedziałem głośno do pustego pokoju. — Mogłeś nie udawać, że wszystko jest w porządku.

Ale wiedziałem, że nie chciałem znać odpowiedzi. Łatwiej było ratować związek niż przyznać, że tylko ja jeszcze w nim byłem. Każda kolejna myśl rozbierała naszą relację na części, a ja nie byłem pewien, czy chcę zobaczyć ją w całości. Zrozumiałem jedno: ona odchodziła od dawna. Ja po prostu zostałem na miejscu, trzymając się iluzji, że jeśli zrobię to wystarczająco mocno, to wystarczy.

Może bała się konfrontacji

Wieczorem zadzwonił telefon. Numer nieznany, ale odebrałem od razu, jakby coś kazało mi wierzyć, że to może być ona. W słuchawce odezwał się jednak obcy głos, spokojny i rzeczowy. Krótkie zdania, które na moment nie chciały się ułożyć w sensowną całość. Dowiedziałem się, że Lidia kupiła bilet w jedną stronę. Data była sprzed kilku dni. Wszystko zaplanowane wcześniej, bez miejsca na przypadek. Podziękowałem i rozłączyłem się automatycznie, nawet nie pamiętając, co dokładnie powiedziałem. Telefon wypadł mi z dłoni na kanapę.

Usiadłem na podłodze, opierając plecy o ścianę. To była ta chwila, w której zniknęła ostatnia nadzieja, że wróci, że to tylko próba ucieczki, po której następuje powrót. Pojawił się gniew, nagły i ostry, ale zaraz potem ustąpił miejsca wstydowi. Wstydowi, że nadal próbuję ją usprawiedliwiać.

— Mogłaś powiedzieć — wyszeptałem, choć wiedziałem, że nie usłyszy.

Zrozumiałem, że jej milczenie było wyborem. Zniknięcie najłatwiejszą drogą. Może bała się konfrontacji, a może bała się zobaczyć mnie w chwili, gdy wszystko się kończy. Niezależnie od powodu, efekt był ten sam — zostałem sam z pytaniami, na które nie było odpowiedzi. Wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Ten wieczór, który nosiłem w sobie jak dowód miłości, był dla niej domknięciem. Ostatnim spokojnym obrazem, który mogła zabrać ze sobą. Ja planowałem przyszłość, ona żegnała się bez słów.

Siedziałem tak długo, aż zapadł zmrok. W mieszkaniu zrobiło się cicho i obco. Wiedziałem, że od tej chwili nie chodzi już o to, czy ją zrozumiem, ale czy pozwolę sobie wreszcie przestać ją tłumaczyć.

Żyliśmy w dwóch różnych historiach

Zostałem z ciszą, która miała jej kształt. Przez kolejne dni wracałem myślami do walentynek, do każdego gestu, spojrzenia i słowa, próbując znaleźć moment, w którym mogłem coś zmienić. Ten wieczór wciąż był piękny, ale już nie niewinny. Stał się wspomnieniem, które bolało właśnie dlatego, że przez kilka godzin wierzyłem w coś prawdziwego. Zrozumiałem, że nie każda czułość jest obietnicą. Czasem jest tylko sposobem na odejście bez hałasu. Lidia nie kłamała, mówiąc, że było jej dobrze. Po prostu dla niej to „dobrze” było wystarczające, by zamknąć drzwi. Dla mnie miało je dopiero otworzyć.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę analizować tamten wieczór. Wiem jednak, że największy ból nie przyszedł z rozstaniem, ale z uświadomieniem sobie, że przez chwilę żyliśmy w dwóch różnych historiach. Ja widziałem początek, ona natomiast elegancki koniec.

Adrian, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama