Reklama

Wydawało mi się, że po śmierci rodziców zostanie nam coś więcej niż tylko mieszkanie. Że wspólna decyzja, wspólny cel pozwolą nam choć na chwilę być znowu rodzeństwem, a nie trzema osobnymi historiami. Kiedy pierwszy raz przekręciłem klucz w drzwiach tego lokalu, poczułem nie tylko zapach starego drewna i kurzu. Poczułem ciężar wszystkiego, co nigdy między nami nie zostało powiedziane.

Mieliśmy zaplanować remont

Weszliśmy do środka niemal równocześnie, choć każde z nas zatrzymało się w innym miejscu. Ja przy wieszaku, który pamiętał nasze szkolne kurtki, Iga od razu przy oknie, Tomasz rzucił plecak pod ścianę, jakby był tu tylko przejazdem. Mieszkanie było mniejsze, niż zapamiętałem, a jednocześnie zbyt ciasne na to, co między nami wisiało w powietrzu.

– No dobrze – powiedziała Iga, klaszcząc cicho w dłonie. – Trzeba to ogarnąć sprawnie. Im szybciej skończymy, tym szybciej sprzedamy.

Skinąłem głową, choć coś we mnie już się buntowało. Zawsze zaczynała od „trzeba”, jakby decyzje zapadały same, a nie między nami. Tomasz tylko wzruszył ramionami.

– Mi jest w sumie wszystko jedno – rzucił. – Byle nie przeciągać.

Przeszliśmy do salonu. Stare meble jeszcze stały, choć miały iść do wyniesienia. Iga chodziła po pokoju, mierząc wzrokiem ściany.

– Tutaj jasny kolor. Bez kombinowania – oznajmiła. – I myślę, że kuchnię warto trochę otworzyć.

– Możemy to przedyskutować – odezwałem się ostrożnie. – Może najpierw ustalmy budżet i zakres?

Spojrzała na mnie tak, jak robiła to kiedyś, gdy mówiłem coś „rozsądnego”, ale niewygodnego.

– Michał, nie komplikuj. To nie jest wielka filozofia.

Poczułem znajome ukłucie. Tomasz uśmiechnął się krzywo i szybko zmienił temat.

– Ej, pamiętacie, jak ojciec tu stał i krzyczał, że zniszczymy parkiet?

Zaśmiał się sam, jakby to była zabawna anegdota. Dla mnie nie była. Parkiet wciąż skrzypiał w tym samym miejscu. Pomyślałem, że to dziwne, jak łatwo wraca się do dawnych ról. Iga – dowodząca. Tomasz – uciekający. Ja – próbujący wszystkich pogodzić.

Tylko że tym razem nie miałem na to siły. Stałem pośrodku salonu i pierwszy raz od dawna pomyślałem, że ten remont może nie być o ścianach. Że będzie o nas. I że to wcale nie musi skończyć się dobrze.

Zaczęliśmy się kłócić

Temat ściany wrócił szybciej, niż się spodziewałem. Ledwie zdążyliśmy rozłożyć stare plany mieszkania na stole, a Iga już zaznaczyła długopisem fragment między kuchnią a salonem.

– To idzie do wyburzenia – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Teraz wszyscy tak robią. Przestrzeń się lepiej sprzedaje.

– Chwila – powiedziałem. – To jest ściana nośna. Trzeba sprawdzić, czy w ogóle można ją ruszyć.

Iga westchnęła teatralnie.

– Zawsze musisz coś sprawdzać. Jakbyśmy robili operację, a nie remont.

Tomasz siedział na parapecie, obracając w dłoniach telefon.

– Ja tam się nie znam – mruknął. – Jak fachowcy powiedzą, że się da, to spoko.

– A jak powiedzą, że się nie da? – zapytałem.

Wzruszył ramionami.

– To się nie da.

Cisza, która zapadła, była gęsta. Iga spojrzała na mnie chłodno.

– Michał, nie rób problemu. To mieszkanie i tak idzie na sprzedaż. Nie przywiązuj się tak.

Zabolało bardziej, niż powinno. Jakby mówiła nie o ścianie, tylko o mnie. O tym, że moje zdanie znów jest dodatkiem, który można pominąć. Poczułem narastające napięcie, to samo, które towarzyszyło mi od dziecka, gdy próbowałem coś powiedzieć, a kończyło się na tym, że lepiej było odpuścić.

– Nie chodzi o przywiązanie – odpowiedziałem ciszej. – Chodzi o to, żebyśmy decydowali razem.

– Decydujemy – ucięła. – Po prostu nie wszyscy muszą mieć rację.

Tomasz zaśmiał się krótko, nerwowo.

– Ej, spokojnie. Nie ma co się spinać.

Ale właśnie to mnie najbardziej irytowało. Jego ucieczka w żarty, brak stanowiska. Zawsze ktoś inny brał odpowiedzialność, a on znikał w pół kroku.

– A ty? – zwróciłem się do niego. – Masz w ogóle jakieś zdanie?

Zaskoczyłem sam siebie. Tomasz spojrzał na mnie uważnie, jakby widział mnie po raz pierwszy.

– Może i mam – odpowiedział wolno. – Tylko wiem, że i tak nic to nie zmieni.

Iga prychnęła.

– Dramatyzujecie. To tylko remont.

Ale ja już wiedziałem, że nie. Że ta ściana była tylko pretekstem. Granice między nami nigdy nie istniały, a teraz ktoś próbował je narysować. I to nie podobało się nikomu.

Podział kosztów był problemem

Kosztorys przyszedł mailowo wieczorem. Otworzyłem go w kuchni, siedząc przy stole, przy którym kiedyś odrabiałem lekcje. Liczby były konkretne, bez emocji, a jednak poczułem, jak coś ściska mnie w środku. Wiedziałem, że ta rozmowa będzie trudniejsza niż wszystkie wcześniejsze. Spotkaliśmy się następnego dnia. Iga przyszła przygotowana, z wydrukami i notatkami. Tomasz spóźnił się kwadrans.

– No to co, dzielimy na trzy i jedziemy dalej – rzuciła Iga, jakby sprawa była zamknięta.

– Poczekaj – powiedziałem. – Musimy to omówić. Nie tylko kwoty.

Uniósł brwi.

– A co tu omawiać?

Zawahałem się, ale już nie chciałem się wycofywać.

– To nie jest pierwszy raz, kiedy dokładamy się „po równo”, a nie było równo wcześniej.

Zapadła cisza. Iga odłożyła długopis.

– O co ci chodzi?

– O to, że ty dostałaś pomoc przy swoim mieszkaniu. Tomasz też. Ja nie.

Tomasz poruszył się niespokojnie.

– Ej, ale ja wtedy byłem na studiach…

– Wiem – przerwałem. – I rozumiem. Tylko że zawsze było jakieś „bo”. A ja byłem tym, który sobie poradzi.

Iga pokręciła głową.

– Znowu robisz z siebie ofiarę.

Te słowa uderzyły mocniej niż się spodziewałem. Tomasz nagle wstał.

– Wiecie co? – powiedział podniesionym głosem. – Może mam dość bycia tym najmłodszym, którego niby wszyscy chronili. Nic za darmo nie dostałem.

Patrzyliśmy na niego zaskoczeni. Zawsze milczał w takich momentach.

– Każdy z nas coś stracił – dodał ciszej. – Tylko każdy inaczej.

Poczułem, że rozmowa wymyka się spod kontroli, ale jednocześnie była prawdziwsza niż wszystkie wcześniejsze ustalenia. Pieniądze przestały być tylko liczbami. Stały się dowodem, kto był widziany, a kto pomijany.

Iga odwróciła wzrok.

– Dobra – powiedziała w końcu. – Zróbmy tak, żeby nikt nie czuł się oszukany.

Nie wiedziałem, czy to było pojednanie, czy tylko zmęczenie. Wiedziałem jedno: te rachunki liczyły się podwójnie. I żaden z nas nie wyszedł z tej rozmowy bez strat.

Zawsze byłem cichy

Zostałem w mieszkaniu sam. Iga wyszła pierwsza, trzaskając drzwiami mocniej, niż było to konieczne. Tomasz rzucił tylko, że „zadzwoni później”, co mogło znaczyć wszystko albo nic. Usiadłem na podłodze w salonie, opierając plecy o ścianę, którą mieliśmy zburzyć. Tę samą, przy której kiedyś stała wersalka rodziców.

Przymknąłem oczy i nagle zobaczyłem matkę, jak krząta się w kuchni, udając, że nie słyszy naszych kłótni. Ojca, który mówił: „Daj spokój, Michał, ty jesteś rozsądny”, kiedy próbowałem zaprotestować. Zawsze byłem tym, który miał zrozumieć więcej. Poczekać. Odpowiedzieć ciszej.

– Może kiedyś – szepnąłem do pustego mieszkania. – Może kiedyś bym powiedział.

Ale nie powiedziałem. Ani wtedy, ani później. Rodzice nie pytali, czy coś mi ciąży. Zakładali, że skoro nie krzyczę, to wszystko jest w porządku. A ja nauczyłem się milczeć tak dobrze, że sam w to uwierzyłem.

Wstałem i przeszedłem do swojego dawnego pokoju. Ściany były obdrapane, na podłodze leżała stara listwa. Pamiętałem, jak Iga decydowała, gdzie stanie jej biurko, a Tomasz dostawał nową półkę, bo „jeszcze rośnie”. Ja zawsze się dopasowywałem.

Poczułem złość, ale też coś w rodzaju żalu za czasem, którego już nie da się naprawić. Wtedy dotarło do mnie, że jeśli teraz znowu zamilknę, już zawsze będę tym samym chłopcem, siedzącym cicho w kącie. A ja nie chciałem nim być. Nawet jeśli wszystko miało się rozsypać.

Musieliśmy coś sobie wyjaśnić

Spotkaliśmy się po tygodniu. Remont był w połowie, ściana wciąż stała, jakby czekała na werdykt. Iga przyszła spięta, Tomasz wyjątkowo cichy. Usiadłem naprzeciwko nich i wiedziałem, że jeśli teraz nie powiem wszystkiego, już nie powiem nigdy.

– Zanim ustalimy cokolwiek dalej – zacząłem – muszę coś powiedzieć. I nie chcę, żebyście mi przerywali.

Iga otworzyła usta, ale je zamknęła. Tomasz skinął głową.

– Całe życie byłem tym, który miał rozumieć – mówiłem wolno. – Tym, który się dostosuje, poczeka, nie zrobi problemu. Byłem potrzebny, kiedy trzeba było uspokoić sytuację, ale nieważny, kiedy zapadały decyzje.

– To nieprawda – weszła mi w słowo Iga. – Przesadzasz.

– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałem ostrzej. – Zawsze przesadzam. Zawsze „robię z siebie”. A ja po prostu mówię, jak było.

Tomasz wbił wzrok w podłogę.

– Ja też nie byłem traktowany fair – rzucił nagle. – Tylko ja udawałem, że mnie to nie obchodzi.

Zapadła cisza. Ciężka, ale inna niż wcześniej. Iga westchnęła i usiadła ciężej na krześle.

– Może… może faktycznie za dużo brałam na siebie – powiedziała niepewnie. – I za mało słuchałam.

To nie było wielkie przeproszenie. Ale było pierwsze prawdziwe zdanie, jakie od niej usłyszałem od lat.

Ustaliliśmy zasady. Konkretne, zapisane. Decyzje wspólne. Koszty rozliczone uczciwie. Bez niedomówień. Remont dokończyliśmy bez entuzjazmu, ale bez kolejnych wybuchów. Mieszkanie sprzedaliśmy miesiąc później. Nie staliśmy się sobie nagle bliscy. Nie zaczęliśmy dzwonić bez powodu. Ale coś się domknęło. Ja przestałem udawać, że wszystko mi pasuje. Oni przestali zakładać, że zawsze się dopasuję.

Kiedy oddałem klucze nowym właścicielom, poczułem ulgę. Nie dlatego, że to miejsce zniknęło z mojego życia. Tylko dlatego, że pierwszy raz wyszedłem stamtąd jako dorosły człowiek, który w końcu zabrał głos.

Michał, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama