„Myślałem, że odzyskam dawną miłość. Okazało się, że ta, którą kocham, jest teraz narzeczoną mojego brata”
„Spotkaliśmy się dwa dni później, tuż po świętach. Magda napisała pierwsza: „Wpadnij wieczorem. Mam wino i za dużo myślę”. Odpisałem tylko: „Za ile otwierasz?” — i to wystarczyło. Jej mieszkanie mieściło się w starym bloku przy lesie. Wyszła otworzyć mi w swetrze i skarpetkach, z lekko potarganymi włosami”.

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęło się to moje uciekanie. Może wtedy, gdy wyjechałem na studia do Warszawy i obiecałem, że to tylko na chwilę. Że wrócę. Magdzie też tak powiedziałem. A potem po prostu przestałem wracać. W Warszawie życie płynie inaczej, szybciej, bez sentymentów. Praca w agencji, kawy na wynos, spotkania, których nie pamięta się po tygodniu. Znajomości na kliknięcie — nic na poważnie. I nagle masz trzydziestkę na karku, a ty nawet nie wiesz, komu mógłbyś wysłać SMS-a z hasłem „Wesołych Świąt”.
I wtedy zaczynasz myśleć, że może warto wrócić. Choćby na chwilę. Choćby tylko na święta. Do rodzinnego domu przyjechałem dzień przed Wigilią. Ojciec jak zawsze był zamknięty w sobie, matka rozgadana, krzątająca się po kuchni, jakby od tego zależał pokój na świecie. A Marek, mój młodszy brat, miał przyjechać później. Z narzeczoną. Mama była wyraźnie dumna.
— No to co, Krzysiu — zagadnęła przy barszczu. — Nadal nikogo nie masz?
— Mamo…
— Bo wiesz, Marek już się ustabilizował. A ty tak sam? W tym wielkim mieście? — Jej spojrzenie było ciepłe, ale zawstydzające. — Może jakaś dziewczyna? Choćby koleżanka?
— Mam tylko pracę, mamo — uciąłem krótko.
Nie powiedziałem, że czasem jedyną rozmowę prowadzę z kurierem. Tamtej nocy, leżąc w dawnym pokoju, pomyślałem o niej. O Magdzie.
Zaczęliśmy rozmawiać
W drugi dzień świąt postanowiłem wyrwać się z domu. Dusiłem się tam. Każdy pokój pachniał dzieciństwem, a każda rozmowa z mamą kończyła się pytaniem o moje życie uczuciowe albo zarzutem, że jem za mało. Wyszedłem na miasto. Zimno szczypało w twarz, ulice puste. Otwarta była tylko jedna kawiarnia przy rynku — mała, przytulna, z tym samym wystrojem, co dziesięć lat temu. Zamówiłem tam herbatę z maliną, usiadłem pod oknem i wtedy ją zobaczyłem.
Weszła pewnym krokiem. Płaszcz miała w kolorze karmelu, włosy spięte niedbale w kok. Magda. Zamarłem. Ona też mnie zauważyła i przez moment… przez ułamek sekundy... zobaczyłem w jej oczach to samo zdziwienie, czy może nawet lekkie poruszenie.
— Krzysiek? — Podeszła do mojego stolika. — To naprawdę ty?
— Magda… Wow. Ile to lat?
— Dziesięć? Może więcej. — Uśmiechnęła się, ale jej wzrok był czujny.
Usiadła, zanim zdążyłem ją zaprosić. Zaczęliśmy rozmawiać — najpierw sztywno, kurtuazyjnie: gdzie pracujesz, co u ciebie, a pamiętasz tę naszą nauczycielkę od biologii, co miała wiecznie tłuste włosy? Śmialiśmy się, jakby nie minęła dekada. Była w tym lekkość, której ostatnio mi brakowało. Magda wyglądała dojrzalej, ale równie pięknie. Miała w oczach ciepło, które kiedyś znałem.
— Ty się w ogóle nie zmieniłeś — powiedziała, lekko przekrzywiając głowę.
— Tylko włosy mniej gęste — zażartowałem. — A ty?
— Ja? Nauczyłam się nie wierzyć w bajki — rzuciła półgębkiem.
Na koniec zaproponowałem spacer po świętach. Zgodziła się bez wahania.
Zaczęliśmy się całować
Spotkaliśmy się dwa dni później, tuż po świętach. Magda napisała pierwsza: „Wpadnij wieczorem. Mam wino i za dużo myślę”. Odpisałem tylko: „Za ile otwierasz?” — i to wystarczyło. Jej mieszkanie mieściło się w starym bloku przy lesie. Wyszła otworzyć mi w swetrze i skarpetkach, z lekko potarganymi włosami. Pachniała cynamonem i czymś, co przypominało mi liceum.
— Nic nie przywiozłem — rzuciłem, wchodząc.
— Dobrze. Nie lubię gości, którzy coś przynoszą. Czuję się wtedy zobowiązana. — Uśmiechnęła się i zniknęła w kuchni.
Przyniosła dwa kieliszki, nalała czerwonego wina. Usiadła naprzeciwko mnie, na kanapie. Początkowo rozmowa znów była tylko powierzchowna: praca, życie, święta. Ale potem…
— Wiesz, czasem myślę, że źle wybrałam — powiedziała nagle. — Że wzięłam życie, które wygląda dobrze na papierze, ale nie pachnie niczym. Nie smakuje.
— Może jeszcze nie wszystko stracone — rzuciłem zbyt szybko, zbyt miękko.
— No właśnie. Ty tak uważasz? — Spojrzała na mnie uważnie. — Bo ja czasem tęsknię za emocjami. Za tym… czymś.
Poczułem, że siedzimy coraz bliżej. Nie wiem, kto kogo pierwszy dotknął. Może ona poprawiała mi kołnierz, może ja jej włosy, ale to było nieuniknione. Zaczęliśmy się całować — najpierw delikatnie, z niepewnością, a potem już bez wstydu. Przenieśliśmy się do sypialni, powoli, jakby to był sen, który zaraz może się skończyć. Po wszystkim leżeliśmy obok siebie, przykryci kocem. Patrzyła w sufit, ja w nią.
— Nigdy nie czułam się przy kimś tak… żywa — wyszeptała.
— Może to znak?
Milczała. Ale nie odsunęła się.
Stała obok niego
Nowy Rok. Obiad u rodziców. Typowy, rodzinny klimat — bigos, rosół, sernik. Mama biegała między kuchnią a stołem, ojciec zasypiał przy telewizorze, jakby nie było nic do świętowania. Marek miał dojechać z narzeczoną.
— Podobno bardzo ładna dziewczyna — rzuciła mama z tajemniczym uśmiechem. — Tylko nie wypytuj za dużo.
Siedziałem przy stole, sącząc kompot z suszu, kiedy Marek wszedł do salonu.
— Cześć wszystkim! — rzucił radośnie. — Poznajcie Magdę, moją narzeczoną.
Zamarłem. Wszystko we mnie się zatrzymało — serce, oddech, czas. A ona? Magda stała obok niego, blada jak ściana. Uśmiechnięta sztucznie, oczy wpatrzone we mnie jakby błagały: „Nie mów nic”.
— Dzień dobry — powiedziała, siląc się na spokój.
— Cześć — wydukałem ledwo.
Przez chwilę wszyscy udawali, że nic się nie dzieje. Że to normalne spotkanie rodzinne. Mama stawiała kolejne półmiski na stole, a ojciec coś mamrotał pod nosem. Marek usiadł koło Magdy i objął ją ramieniem. Po obiedzie wyszliśmy na chwilę na zewnątrz — niby zapalić, niby się przewietrzyć.
— To Marek…? — zapytałem szeptem.
— Nie wiedziałam, że jesteście braćmi — odpowiedziała drżącym głosem. — Serio.
— Kiedy to się zaczęło?
— Dwa lata temu.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Każde z nas wiedziało, że właśnie przekroczyliśmy granicę, zza której nie da się wrócić.
Zapadła cisza
Nie mogłem spać. Magda i Marek zostali na noc — rodzice przygotowali im pokój gościnny, zupełnie nieświadomi, że w tym domu dzieje się coś, co może go rozsadzić od środka. Wyszedłem z kuchni z herbatą, kiedy Marek wszedł z korytarza. Był w dresie, z rozczochranymi włosami. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
— Nie śpisz? — zapytał.
— A ty?
— Też nie. Za dużo myślę. — Uśmiechnął się lekko. — Dziwne to wszystko, co?
— Mhm.
Zapadła cisza.
— Stary… — zaczął w końcu. — Wiem, że może to tak trochę z zaskoczenia. ale Magda… ona mi życie uratowała. Serio. Po tamtym fatalnym związku myślałem, że już się nie pozbieram.
Nic nie powiedziałem.
— Z Magdą to jest inne. Jest ciepła, spokojna. Ona mnie naprawdę zna, wiesz? Chce mnie takim, jaki jestem. I chyba… ja nigdy wcześniej tak nie czułem.
Patrzyłem na niego. Mój młodszy brat mówił to wszystko z takim przekonaniem, jakby recytował przysięgę.
— A jeśli ona… coś przed tobą ukrywa? — zapytałem cicho.
Marek zmarszczył brwi.
— Nie gadaj bzdur. Znasz mnie. Gdyby coś było nie tak, to bym to wyczuł. My rozmawiamy o wszystkim. Planujemy ślub. W lecie.
Ślub. To słowo rozlało się we mnie jak kwas.
— No dobra. — Wstał. — Idę do niej. Nie wariuj, bracie. Nie każdy odchodzi. Nie każdy zostawia. Czasem ludzie po prostu się kochają.
Zostałem sam z herbatą, która już wystygła.
Wstała i odeszła
Spotkaliśmy się jeszcze raz. Ona napisała. „Musimy porozmawiać. Ostatni raz”. Czekała na mnie na tej samej ławce przy stawie, gdzie kiedyś, dawno temu, trzymaliśmy się za ręce jako nastolatki. Zimą ławka wyglądała na nie na miejscu. Zupełnie jak my teraz. Usiadłem obok, nie pytając o nic. W kieszeni miałem zmarznięte dłonie i wściekłość, która już nie krzyczała, tylko pulsowała gdzieś w środku.
— Nie powinnam była… — zaczęła, ale urwała. — Nie wiem nawet, co ci powiedzieć.
— Prawdę.
— A która to prawda? Że cię wciąż pamiętam? Że tamtej nocy… wszystko wróciło? Że chciałam udawać, że ten świat, ten układ… nie istnieje?
— To wszystko było udawane?
— Nie. — Pokręciła głową. — Właśnie że nie. I dlatego to takie trudne. — Wpatrywała się w zmarzniętą taflę wody. Potem odwróciła się do mnie. — Nie zostawię Marka — powiedziała cicho. – On mnie potrzebuje. I ja… chyba też go potrzebuję.
— Ale to nie z nim byłaś tamtej nocy.
— To był… impuls — stwierdziła. — Błąd. Piękny, bolesny błąd.
— Powiedz mi tylko jedno — poprosiłem. — Kochałaś mnie wtedy?
Zacisnęła usta, a potem wyszeptała:
— Kochałam wspomnienie ciebie.
Tylko tyle. Wstała i odeszła bez pożegnania. Zostałem sam jak wtedy, kiedy wyjechałem. Tyle że teraz wiedziałem już na pewno — nie wszystko da się cofnąć.
Nie wrócę już na święta
Wróciłem do Warszawy kilka dni po spotkaniu z Magdą. Bez słowa, bez wyjaśnień. Nie pożegnałem się z nikim. Mama dzwoniła, ale nie odebrałem. Marek wysłał SMS-a: „Dzięki, że byłeś. Widzimy się na ślubie?”. Skasowałem, zanim przeczytałem do końca. Pociąg był pusty. Siedziałem przy oknie, patrząc na mijane śnieżne pola, które wyglądały tak, jak się czułem — martwe i ciche. W kieszeni miałem zgniecione bilety, nieotwartą butelkę wody i telefon, który milczał. I niech milczy. Już nic nie muszę słyszeć.
W Warszawie czekało na mnie mieszkanie, którego nigdy nie urządziłem do końca. Półka z książkami, których nie chciało mi się czytać. Lodówka z jogurtem po terminie. I echo pustki.
Siadłem przy oknie i patrzyłem na migające światła miasta. Wszystko toczyło się dalej. Metro jechało, ludzie wychodzili z pracy, ktoś kogoś całował w windzie, a ktoś inny odbierał dzieci z przedszkola. A ja siedziałem i myślałem, że są rzeczy, których nie da się naprawić.
Chciałem napisać do Marka list. Przeprosić, wytłumaczyć. Napisałem nawet: „Marek, nie wiem, od czego zacząć...”, ale nie dokończyłem. Wyrwałem kartkę i wyrzuciłem do kosza. Bo prawda była taka, że nie miałem prawa nic mówić. Niektóre rzeczy powinny zostać w przeszłości. Inaczej nas zniszczą. Nie wrócę już na święta.
Krzysztof, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że kolega z pracy zostawi dla mnie żonę. On wolał mnie upokorzyć, niż przyznać, że coś czuł”
- „Koleżanki kpiły, że dla nich umarłam za życia. One biegają po klubach, a ja wolę spędzać wieczory z mężem i dziećmi”
- „Mój mąż zakochał się w siłowni i znikał tam na godziny. Niebawem zorientowałam się, że trenuje nietypową część ciała”

