„Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”
„Nie rozumiałem jej. Po co to wszystko? Mamy dom, mamy dach nad głową, emeryturę na czas. Po co się szlajać po mieście? Mnie jakoś nie ciągnie, żeby łazić po wystawach czy wyginać się na sali z innymi staruchami. A ona? Jakby złapała wiatru w żagle. Trochę mnie to nawet bolało. Nie wiem, kiedy to się stało, ale zacząłem się czuć... pomijany. Jakby moje towarzystwo już jej nie wystarczało”.

- Redakcja
Kiedy człowiek przechodzi na emeryturę, wyobraża sobie, że wreszcie będzie miał spokój. Że nikt mu nie będzie zawracał głowy, że wszystko będzie tak, jak on chce. I tak było. Przynajmniej przez chwilę. Wstawałem codziennie o siódmej, bo co to za życie, jak człowiek leży do południa. Robiłem poranną gimnastykę, owsianka z jabłkiem, kawa z ekspresu – Maria wcześniej parzyła sypaną, ale mnie od tego zgaga brała – i siadałem przed telewizorem. „Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Porządek. Spokój.
Maria miała inne pomysły. Zumba, teatr, biblioteka. Czasem wracała po dziewiątej wieczorem – jakby była jakąś nastolatką, co się na randki umawia, a nie żoną z czterdziestoletnim stażem. I jeszcze ten uśmiech, kiedy wracała – rozpromieniona, podekscytowana. Jakby naprawdę coś ją cieszyło. Dziwne to było. I niepokojące. Bo przez te wszystkie lata to ja decydowałem, co robimy, kiedy i jak. I nie narzekała. A teraz co? Wolność jej się zachciało?
Nie rozumiałem jej. Po co to wszystko? Mamy dom, mamy dach nad głową, emeryturę na czas. Po co się szlajać po mieście? Mnie jakoś nie ciągnie, żeby łazić po wystawach czy wyginać się na sali z innymi staruchami. A ona? Jakby złapała wiatru w żagle. Trochę mnie to nawet bolało. Nie wiem, kiedy to się stało, ale zacząłem się czuć... pomijany. Jakby moje towarzystwo już jej nie wystarczało.
Czego ci brakuje?
– Gdzie znowu idziesz? – zapytałem, nie odrywając wzroku od ekranu.
Maria przystanęła w korytarzu i zaczęła zakładać buty. Miała już na sobie swój ulubiony czerwony płaszcz, ten, w którym wyglądała jakby wybierała się na balet, a nie do osiedlowej biblioteki.
– Do ludzi – rzuciła krótko, bez zbędnych tłumaczeń.
– Ostatnio więcej cię nie ma w domu niż jesteś – powiedziałem głośniej, podnosząc się z fotela. – Ciągle gdzieś łazisz. Raz zumba, raz teatr, raz jakieś czytanie bajek dla dzieci. Jakbyś była sama, a nie mężatką.
Odwróciła się powoli. W oczach miała spokój, który drażnił mnie bardziej niż gdyby krzyczała.
– A może właśnie dlatego – odpowiedziała cicho, ale wyraźnie. – Może dlatego, że jestem mężatką, muszę wyjść, żeby poczuć, że w ogóle żyję.
– Co ty wygadujesz? Przecież wszystko masz. Dach nad głową, ciepły obiad, spokojne życie. Czego ci brakuje?
– Mnie – powiedziała. – Brakuje mi samej siebie.
Parsknąłem śmiechem, chociaż nic śmiesznego w tym nie było. Te wszystkie nowomodne bzdury. „Czas dla siebie”, „rozwój osobisty”, „granice”.
– I co, zamierzasz tak już do końca życia myśleć tylko o sobie?
– Nie mam zamiaru siedzieć i patrzeć, jak ty każdego dnia zapadasz się coraz głębiej w ten fotel.
– Przesadzasz. Przecież całe życie byliśmy razem. Wszystko robiliśmy razem. Nigdy ci niczego nie brakowało – mówiłem, ale brzmiało to dziwnie, jakbym recytował coś z pamięci.
– Nieprawda. Całe życie robiliśmy to, co ty uznałeś za słuszne. Nigdy mnie nie pytałeś, czego chcę. A teraz, kiedy wreszcie zaczęłam żyć po swojemu, robisz z tego problem.
– Bo jesteśmy małżeństwem! To nie jest samowolka! Przestań dramatyzować.
– Może powinnam zacząć od dramatyzowania trzydzieści lat temu. Może wtedy byś mnie zauważył.
Wzięła torebkę i wyszła. Trzasnęła drzwiami, nie z gniewu, ale z mocą. Zostałem sam w korytarzu. Stałem tak jeszcze dłuższą chwilę, a potem wróciłem do pokoju. Włączyłem telewizor, ale nie słyszałem, co mówią. Nie rozumiałem, o co jej chodzi. Przecież zawsze było dobrze. Może nie idealnie, ale dobrze. I to miało wystarczyć.
Teraz ja wybieram, jak chcę żyć
Wyszedłem do sklepu, bo w lodówce był tylko ser i słoik musztardy. Kiedyś to mnie nie obchodziło, Maria zawsze coś wymyśliła. Teraz miałem do wyboru: albo się nauczyć gotować, albo umrzeć z głodu. Śmieszne. Siedemdziesiąt lat, a człowiek nie wie, co kupić na obiad. Zatrzymałem się przy półce z mlekiem. Było ich chyba z dwadzieścia rodzajów. Tłuste, półtłuste, bez laktozy, jakieś w kartonach, w butelkach. Stałem jak idiota i gapiłem się, jakby to była wystawa w muzeum. Które ona zawsze brała? Niebieskie? Zielone? Białe z czerwonym? Nie miałem pojęcia. Pierwszy raz w życiu musiałem wybrać mleko i nie potrafiłem tego zrobić. Wziąłem pierwsze z brzegu, chociaż już w drodze do kasy wiedziałem, że pewnie złe.
Wróciłem do mieszkania. Klucze obracały się w zamku ciężej niż zwykle. W środku było dziwnie. Cicho. Zbyt cicho. Jeszcze kilka dni temu narzekałem, że Maria za głośno zamyka szafki, że mówi do siebie, że włącza radio w kuchni, kiedy mi leci wiadomość w telewizji. Teraz nie było ani jej, ani radia, ani zapachu pieczonego kurczaka, który zawsze przypalała od spodu. Był kurz, chłód i cisza. Na stole leżała kartka. Krótka. Jej pismo, drobne, równe, staranne, takie jak zawsze. „Teraz ja wybieram, jak chcę żyć. Ty wybierałeś przez 40 lat.”
Przeczytałem raz. Potem drugi. I jeszcze raz. Gapiłem się w te zdania jakby miały się same wytłumaczyć. Nie napisała „żegnaj”, nie napisała „kocham”, nie zostawiła adresu, nic. Tylko jedno zdanie i cisza. Chodziłem po mieszkaniu jak obcy. Zajrzałem do szafy – połowy ubrań nie było. W łazience zniknęły jej kremy, szczotka, perfumy, ta stara różowa piżama z kotem, którą zawsze nosiła, kiedy miała gorszy nastrój. Nawet kubek, z którego piła herbatę, zniknął. Nie zostawiła nawet skarpetek.
Usiadłem na krześle w kuchni. Zaparzyłem sobie herbatę. Czerwoną, bo tylko taka została. Nigdy jej nie lubiłem. Zjadłem kawałek suchego chleba z żółtym serem. Obiadem tego nazwać nie można. Było mi zimno. Włączyłem telewizor, ale nie słuchałem. Siedziałem i patrzyłem w ekran. Nie wiedziałem, czy to był jakiś wybryk, czy zamierza wrócić. Nie zostawiła żadnych wskazówek. Może to miało być ostrzeżenie? A może ostatnie słowo? Wtedy zrozumiałem coś, co dotąd do mnie nie docierało. Ona naprawdę wyszła. Naprawdę wybrała.
Miała nadzieję, że może coś się zmieni
Nie spałem prawie wcale. Przewracałem się z boku na bok, słuchałem stukotu zegara i zgrzytu windy za ścianą. W końcu wstałem, ubrałem się i poszedłem do Haliny. Sąsiadki z naprzeciwka, tej, co zawsze miała coś do powiedzenia. Nigdy nie przepadałem za jej paplaniem, ale teraz potrzebowałem, żeby ktoś się odezwał. Żeby ktoś wiedział, że jestem.
– O, Józef, dzień dobry. Coś się stało?
Stała w drzwiach w fartuchu, z rozwianymi włosami, zaskoczona. Nieczęsto się do niej odzywałem. W zasadzie w ogóle. Ale teraz jej głos wydał mi się jedynym, który znam.
– Mogę wejść? – zapytałem. – Na chwilę.
Nie pytała o powód. Odsunęła się i wpuściła mnie do środka. Kuchnia pachniała świeżą bułką. Na stole parowała herbata. Przysiadłem, nie wiedząc, od czego zacząć.
– Maria mnie zostawiła – powiedziałem po chwili.
– Jak to? – zapytała, ale już po tonie wiedziałem, że tylko gra na czas, że się domyśla.
– Nie. Wyszła. Tak po prostu. Zostawiła kartkę.
Halina nalała mi herbaty. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Patrzyła na mnie długo, w milczeniu. Potem pokiwała głową.
– Szczerze mówiąc, wiedziałam, że prędzej czy później to zrobi – powiedziała cicho. – Już dawno mi mówiła, że między wami się nie układa. Długo miała nadzieję, że może coś się zmieni.
– Co ty mówisz? – poczułem, jak wzbiera we mnie złość. – Że niby uciekła, bo ją źle traktowałem?
– Nie mówię, że źle. Ale że nie widziałeś jej. Od lat. Jakby ci wystarczało, że była. A ona nie chciała być tylko dodatkiem do twojego życia.
Patrzyłem na Halinę i miałem ochotę wyjść. Powiedzieć, że nie ma prawa tego mówić. Że nic nie wie. Ale wiedziała. I nie mówiła tego z jadem. Mówiła spokojnie. Jak ktoś, kto długo milczał, bo nie jego sprawa, aż w końcu nie wytrzymał.
– Maria nie zniknęła – dodała jeszcze. – Ona się po prostu wreszcie pojawiła.
Siedziałem, nie odzywałem się. A potem kiwnąłem głową, wstałem i wyszedłem bez słowa. Wracałem do mieszkania powoli, jakby każdy krok coś ważył. Może ja naprawdę nigdy jej nie słuchałem.
Ona odchodziła od lat
Zadzwoniłem do Piotra. Czekałem, aż odbierze. Dłużej niż zwykle.
– Cześć, tato – odezwał się w końcu. – Coś się stało?
Nie wiedziałem, od czego zacząć. Przez chwilę milczałem, wpatrując się w pustą ścianę.
– Mama wyszła – powiedziałem. – Zostawiła mnie. Nie wiem, gdzie jest.
Po drugiej stronie była cisza. Tak jakby wiedział.
– Tato… – zaczął, ale urwał. – Ona od lat o tym mówiła.
– Co?
– Tak. Mówiła, że nie daje już rady. Że próbuje z tobą rozmawiać, a ty się zamykasz. Że nie słuchasz. Że wszystko zawsze wiesz lepiej. Że każda próba rozmowy kończy się twoim „daj spokój”.
Zacisnąłem palce na telefonie.
– Mówiła ci to? Mnie nic nie mówiła.
– Bo przestała wierzyć, że usłyszysz – odparł spokojnie. – Zresztą, kiedy próbowała, ucinałeś wszystko. Tak samo było, jak byłem dzieckiem. Ty zawsze wiedziałeś, co jest dobre. Dla mnie, dla niej, dla wszystkich.
Zacisnąłem szczęki. Próbowałem znaleźć odpowiedź, obronić się. Ale nie potrafiłem. Bo przecież… on miał rację.
– Robiłem, co mogłem. Wszystko dla rodziny – powiedziałem w końcu.
– Dla rodziny, czy dla siebie?
Poczułem, że nie chcę już tej rozmowy. Ale też wiedziałem, że powinienem ją usłyszeć do końca.
– Wiesz, tato, mama nie uciekła nagle. Ona odchodziła od lat. Tylko że nie chciałeś tego zauważyć.
Rozłączył się pierwszy. Siedziałem z telefonem w ręku i patrzyłem przez okno. Śnieg padał cicho. Przyszło mi do głowy, że może tak samo padał, kiedy Maria podjęła decyzję. Może patrzyła w to samo okno. Nie czułem złości. Nawet nie bólu. To było coś innego. Jakby nagle ktoś kazał mi stanąć przed lustrem i patrzeć tak długo, aż zobaczę wszystko, co przez lata ignorowałem. W końcu to do mnie dotarło – że jej już od dawna nie ma w moim świecie. Że już nie jestem częścią jej życia. I chyba nigdy nie byłem. Nie tak, jak myślałem. Pierwszy raz poczułem, co to znaczy być sam.
Józef, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pozazdrościłam wnuczce zimowej frajdy na lodowisku. Skończyłoby się upadkiem, gdyby nie silne ręce pewnego emeryta”
- „Wszyscy ostrzegali mnie przed lowelasem z sanatorium. Ale co zrobić, jak serce nie sługa i na stare lata łaknie miłości”
- „Myślałem, że w sanatorium poderwę jakąś fajną kobietę przy kasie. Jedna dała mi taką nauczkę, że nie zapomnę jej nigdy”

