„Myślałam, że to prawdziwa przyjaźń. Niektórzy jednak nie cofną się przed niczym, by zabłysnąć cudzym kosztem”
„Głos uwiązł mi w gardle. Siedziałam tam jak skamieniała, słuchając, jak moje słowa, moje metafory, moje emocje wypływają z ust mojej przyjaciółki. Opowiadała to lepiej, niż ja bym potrafiła. Dodawała pauzy w idealnych momentach. Zmieniała ton głosu, budując napięcie. Kradła moją duszę kawałek po kawałku, a robiła to z taką lekkością, jakby zamawiała taksówkę”.

Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy woda w czajniku zawrzała, a para osiadła na szybie w firmowej kuchni. To była sekunda, w której podjęłam decyzję, by otworzyć się przed osobą, której ufałam bardziej niż własnej siostrze. Wierzyłam, że gramy do jednej bramki, że lojalność jest walutą cenniejszą niż premia kwartalna czy uścisk dłoni prezesa. Jakże byłam naiwna. Tamtego dnia nie straciłam tylko szansy na awans. Tamtego dnia, przy akompaniamencie brzdęku łyżeczek i zapachu świeżo mielonej arabiki, straciłam piętnaście lat życia, które zredukowano do jednego, cynicznego kłamstwa.
Wierzyłam w naszą symbiozę
Wszyscy w biurze nazywali nas „papużkami nierozłączkami”, choć nienawidziłam tego określenia. Brzmiało infantylnie, a my przecież byłyśmy poważnymi specjalistkami w dużej agencji reklamowej w centrum Warszawy. Z Kingą znałyśmy się jednak znacznie dłużej niż wskazywałby na to staż pracy. Nasza historia zaczęła się w pierwszej klasie liceum, kiedy pożyczyła mi zapasowe rajstopy przed apelem, ratując mnie przed kompromitacją. Od tamtej pory byłyśmy nierozłączne. Razem pisałyśmy maturę, razem wybierałyśmy kierunek studiów i razem, cudem, dostałyśmy się na staż do tej samej firmy.
Przez lata wypracowałyśmy system idealny. Ja byłam tą od analizy, researchu i, nie ukrywajmy, czarnej roboty. Kinga miała dar przemawiania. Potrafiła sprzedać piasek na pustyni, a jej uśmiech otwierał drzwi, które dla mnie pozostawały zamknięte. Uzupełniałyśmy się. Ja pisałam raporty, ona je prezentowała. Ja wymyślałam hasła, ona nadawała im odpowiednią intonację. Nigdy nie czułam się z tym źle, bo zawsze podkreślała mój wkład.
— Bez ciebie zginęłabym w tych tabelkach, kochana — mawiała często, stawiając na moim biurku kubek z latte.
Wierzyłam w to. Wierzyłam w naszą symbiozę. Byłyśmy zespołem nie tylko w pracy, ale i w życiu. Wiedziała o moich problemach z samooceną, o tym, jak bardzo paraliżują mnie publiczne wystąpienia i jak ciężko pracuję nad tym, by w końcu wyjść z cienia. Wiedziała, że ten rok miał być dla mnie przełomowy. Obiecałam sobie, że przy najbliższym dużym projekcie to ja wstanę i zaprezentuję swój pomysł. Kinga mnie dopingowała.
— Musisz to zrobić, Alicja. Masz genialny umysł. Nie możesz wiecznie chować się za moim plecami — mówiła jeszcze dwa tygodnie temu, sącząc wino na mojej kanapie.
Dlatego gdy na horyzoncie pojawił się klient z branży ekologicznych kosmetyków —„NaturaPolska”, wiedziałam, że to moja szansa. To był temat, który czułam całym sercem. Od miesiąca żyłam tym projektem. Czytałam o ziołolecznictwie, analizowałam trendy, szukałam niszowych inspiracji. Chciałam stworzyć coś więcej niż reklamę. Chciałam stworzyć ruch społeczny.
Byłam gotowa
Ostatnie trzy noce spałam łącznie może z dziesięć godzin. Dyrektor kreatywny, pan Mirosław, był pod ogromną presją. Klient był wybredny, odrzucił już propozycje dwóch innych zespołów i zagroził zerwaniem kontraktu. Atmosfera w biurze gęstniała z każdą godziną. Wszyscy chodzili na palcach, a w powietrzu wisiało widmo zwolnień, jeśli stracimy to zlecenie. Siedziałam w domu, otoczona notatkami, kiedy to nagle do mnie przyszło. Olśnienie, na które czeka każdy kreatywny. Nie chodziło o to, by pokazywać piękne modelki smarujące się kremem. Chodziło o powrót do korzeni, o babcine receptury, o surowość i prawdę.
Wymyśliłam kampanię opartą na prawdziwych historiach kobiet z polskich wsi, które od pokoleń same wytwarzały kosmetyki. Nazwałam to roboczo „Dziedzictwo Piękna”. Miałam już w głowie cały scenariusz spotu: spękane dłonie starszej kobiety zbierającej rumianek, mgła nad łąką o świcie, brak muzyki — tylko dźwięki natury, a potem głos młodej dziewczyny, która przejmuje ten rytuał. To było surowe, wzruszające i zupełnie inne od tego, co robiła konkurencja.
Czułam, że to jest to. Serce waliło mi jak młot. Spisałam wszystko w punktach, zrobiłam wstępne szkice wizualne. Byłam gotowa. Wiedziałam, że pan Mirosław to kupi. Musiałam tylko zebrać się na odwagę, by to przedstawić na porannym spotkaniu statusowym.
Patrzyłam za nią z wdzięcznością
Przyszłam do pracy wcześniej niż zwykle. Biuro było jeszcze ciche — słychać było tylko szum klimatyzacji i stukot moich obcasów na korytarzu. Poszłam prosto do kuchni, by zaparzyć sobie mocną kawę. Potrzebowałam kofeiny, by opanować drżenie rąk. Chwilę później weszła Kinga. Wyglądała olśniewająco, jak zawsze. Idealnie skrojona marynarka, nienaganny makijaż.
— Cześć, pracusiu! — zawołała wesoło, sięgając po swój ulubiony kubek. — Wyglądasz, jakbyś nie spała przez tydzień. Ale widzę ten błysk w oku. Masz coś?
Uśmiechnęłam się szeroko. Nie mogłam tego w sobie trzymać. Musiałam się z kimś podzielić, przetestować pomysł na kimś zaufanym, zanim rzucę się na głęboką wodę przed szefem.
— Kinga, mam to. Naprawdę to mam — powiedziałam, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. — Pamiętasz, jak mówiłam ci o tych starych zielnikach mojej babci?
— No, pamiętam. I co?
— Zbudowałam na tym całą narrację. Słuchaj... — Oparłam się o blat i zaczęłam opowiadać. Mówiłam szybko, z pasją. Opowiedziałam jej o koncepcji „Dziedzictwa Piękna”, o braku muzyki w spocie, o kontraście między starością a młodością, o tym, że nie sprzedajemy produktu, tylko tradycję.
Kinga słuchała w skupieniu, mieszając kawę, której nawet nie spróbowała. Jej wzrok był intensywny, niemal świdrujący.
— A hasło? Masz jakieś hasło przewodnie? — zapytała, przerywając mi w połowie zdania.
— Tak. „Prawda nie potrzebuje filtra”. Co myślisz?
Zapadła cisza. Kinga patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Alicja... to jest genialne. Naprawdę. Mirosław padnie z wrażenia.
— Tak myślisz? — Odetchnęłam z ulgą. — Boję się tylko, że się zatnę przy prezentacji. Wiesz, jak reaguję na stres.
— Daj spokój. Będę tam siedzieć i trzymać kciuki. Dasz radę. To twój moment. — Klepnęła mnie w ramię, wzięła swoją kawę i ruszyła w stronę wyjścia. — Idę się przygotować. Widzimy się za godzinę na sali.
Patrzyłam za nią z wdzięcznością. Jakie to szczęście, pomyślałam, mieć kogoś takiego u boku. Kogoś, kto nie rywalizuje, a wspiera.
Głos uwiązł mi w gardle
Sala konferencyjna była przeszklona, zimna i onieśmielająca. Przy długim stole siedział cały zespół kreatywny, dwoje account managerów i on — pan Mirosław. Był w kiepskim humorze. Bębnił palcami o blat, przeglądając jakieś dokumenty.
— Dobra, moi drodzy. Nie mamy czasu na lanie wody — zaczął bez wstępów. — Klient oczekuje fajerwerków. Kto ma coś konkretnego? Tylko błagam, bez kolejnych pomysłów typu „uśmiechnięta rodzina na pikniku”.
Serce podeszło mi do gardła. To była ta chwila. Spojrzałam na swoje notatki. Dłonie mi się pociły. Wzięłam głęboki oddech. Już miałam otworzyć usta, już miałam powiedzieć „Mam pewną propozycję...”, kiedy usłyszałam głos Kingi:
— Mariuszu, jeśli pozwolisz — zaczęła pewnie, wstając z krzesła. Jej głos był spokojny, melodyjny, pełen charyzmy.
Zamilkłam, myśląc, że chce wprowadzić temat, może zrobić mi grunt. Przecież wiedziała, że to mój pomysł. Często tak robiła — zagajała, bym ja mogła wejść ze szczegółami.
— Myślałam o tym projekcie cały weekend — kontynuowała Kinga, przechadzając się wzdłuż stołu. — I doszłam do wniosku, że podchodzimy do tego ze złej strony. Nie sprzedawajmy kosmetyków. Sprzedawajmy... dziedzictwo.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Moje palce zacisnęły się na długopisie tak mocno, że aż zbielały knykcie. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Nie patrzyła na mnie. Patrzyła prosto w oczy Mirosława.
— Wyobraź sobie, Mirosławie — mówiła, gestykulując płynnie — świt na łące. Mgła. Żadnej muzyki, tylko dźwięki natury. Widzimy spękane dłonie starszej kobiety zbierającej zioła. To jest surowe, prawdziwe.
W mojej głowie zapanował chaos. Chciałam krzyczeć. Chciałam wstać i wrzasnąć: „To moje! Przed godziną ci o tym powiedziałam!”. Ale nie mogłam. Głos uwiązł mi w gardle. Siedziałam tam jak skamieniała, słuchając, jak moje słowa, moje metafory, moje emocje wypływają z ust mojej przyjaciółki. Opowiadała to lepiej, niż ja bym potrafiła. Dodawała pauzy w idealnych momentach. Zmieniała ton głosu, budując napięcie. Kradła moją duszę kawałek po kawałku, a robiła to z taką lekkością, jakby zamawiała taksówkę.
— I na koniec — Kinga zawiesiła głos, patrząc po kolei na wszystkich obecnych — pojawia się hasło. Proste, bez zbędnych ozdobników: „Prawda nie potrzebuje filtra”.
W sali zapadła cisza. Taka cisza, która w naszej branży oznacza absolutny triumf.
Pan Mirosław powoli odłożył okulary na stół. Na jego twarzy, zwykle surowej i zmęczonej, pojawił się wyraz czystego zachwytu.
— Kinga... — powiedział cicho. — To jest to. To jest dokładnie to, czego szukaliśmy. To jest genialne w swojej prostocie.
Wszyscy zaczęli kiwać głowami. Pojawiły się szepty uznania. Ktoś powiedział: „Wow”, ktoś inny zaczął klaskać. Kinga stała tam, skromnie spuszczając wzrok, przyjmując te hołdy. A ja? Ja czułam, jakby ktoś wybił szybę i wpuścił do środka lodowaty wiatr. Patrzyłam na osobę, którą znałam piętnaście lat, i widziałam obcego człowieka. Widziałam złodzieja. Wszystkie te lata, wszystkie wspólne wakacje, wszystkie sekrety — to wszystko nagle przestało mieć znaczenie. Zostało zadeptane przez jej ambicję.
To był ostateczny cios
Wtedy stało się coś, co sprawiło, że ta sytuacja z tragicznej zmieniła się w groteskową. Pan Mirosław wstał i podszedł do tablicy, na której Kinga zaczęła już rozrysowywać (moje!) pomysły.
— Wiesz, co mi się w tym najbardziej podoba? — zapytał szef, odwracając się w naszą stronę. Jego wzrok spoczął na mnie. Przez ułamek sekundy miałam nadzieję, że może zauważył mój szok, moje łzy w oczach, że domyślił się prawdy.
— Podoba mi się spójność — kontynuował. – Kinga, świetna robota. Ale widzę też tutaj rękę Alicji.
Zamarłam. Kinga też na moment zastygła, jej uśmiech lekko drgnął.
— Słucham? — zapytała ostrożnie.
— Alicja od miesiąca przynosiła mi raporty o trendach w ziołolecznictwie i o powrocie do natury — powiedział Mirosław, wskazując na mnie dłonią. — Widzę, że połączyłyście siły. Ty, Kinga, nadałaś temu formę i blask, ale widać, że merytoryka i ta głębia to efekt waszych wspólnych rozmów i analiz Alicji. — Mirosław uśmiechnął się szeroko, dumny ze swojego zespołu. — To jest właśnie to, co cenię w tej firmie najbardziej. Współpraca. Żadnego egoizmu, gra zespołowa. Brawo, dziewczyny. Kinga, świetna prezentacja, ale bez wkładu Alicji to by było puste. Cieszę się, że potraficie się tak dzielić pomysłami dla dobra agencji.
W sali rozległy się oklaski. Ludzie gratulowali nam obu. „Świetny duet”, „Dream team” — słyszałam zewsząd. Spojrzałam na Kingę. Była blada. Wiedziała, że ja wiem. Wiedziała, że Mirosław nieświadomie trafił w sedno, choć przypisał jej intencje, których nie miała. Nie współpracowałyśmy. Ona wszystko ukradła, a on, chwaląc naszą „przyjaźń w pracy”, właśnie przypieczętował jej koniec.
Kinga próbowała utrzymać fason.
— Tak... oczywiście — wydukała, siląc się na uśmiech. — Alicja bardzo mi pomogła... w inspiracjach.
— Nie bądź skromna! — zaśmiał się Mirosław. — Razem to pociągniecie. Chcę, żebyście obie pojechały do klienta to zaprezentować. Jako zespół.
To był ostateczny cios. Miałam pracować ramię w ramię z osobą, która przed chwilą wbiła mi nóż w plecy, i udawać, że to był nasz wspólny plan.
Zbywałam ją uprzejmym chłodem
Spotkanie się skończyło. Ludzie wychodzili, poklepując nas po plecach. Zostałyśmy we dwie. Kinga zbierała swoje rzeczy, unikając mojego wzroku. Jej ruchy były nerwowe, zbyt szybkie.
— Ala, posłuchaj... — zaczęła w końcu, nie patrząc na mnie. — Wiem, jak to wyglądało, ale sytuacja była dynamiczna. Mirosław był wściekły, musiałam działać szybko. Nie odzywałaś się, bałam się, że stracimy okazję, więc...
— Przestań — przerwałam jej. Mój głos był cichy, ale twardy jak stal. Nie drżał. To dziwne, ale w tamtym momencie cały stres ze mnie zszedł. Zastąpił go chłód.
— Przecież to dla dobra projektu — brnęła dalej, odwracając się w moją stronę. W jej oczach nie widziałam skruchy, tylko strach przed konsekwencjami i próbę manipulacji. — Przecież szef i tak docenił nas obie. Jesteśmy zespołem, prawda? Co za różnica, kto to wypowiedział na głos? Przecież zawsze tak robiłyśmy.
— Nie, Kinga. Nigdy tak nie robiłyśmy — powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. — Zawsze ustalałyśmy plan. Zawsze szanowałyśmy swoje granice. Dzisiaj wykorzystałaś moją ufność, żeby zabłysnąć. Wykorzystałaś to, co powiedziałam ci w zaufaniu przy kawie, jako swoją trampolinę.
— Nie przesadzaj, nie bądź dziecinna... — prychnęła, próbując przejść do ataku, co było jej typową strategią obronną.
— Dziecinna byłam rano, myśląc, że jesteś moją przyjaciółką — odparłam, pakując swój notatnik. — Teraz jestem po prostu pracownikiem, który widzi, z kim ma do czynienia.
Wyszłam z sali, zostawiając ją samą. Nie zrobiłam awantury u szefa. Nie poszłam do HR-u. Wiedziałam, że słowo przeciwko słowu nic nie da, a Mirosław i tak wierzył w swoją wersję o „idealnej współpracy”. Projekt zrealizowałyśmy. Był ogromnym sukcesem. Klient był zachwycony. Ale przez kolejne trzy miesiące naszej „współpracy” nie zamieniłyśmy ze sobą ani jednego prywatnego słowa. Komunikowałyśmy się tylko mailowo, na „CC” dając zawsze szefa. Każdy mój pomysł był od teraz udokumentowany, z datą i godziną wysłania.
Kinga próbowała kilka razy zagadywać, zapraszać na lunch, udawać, że nic się nie stało. Zbywałam ją uprzejmym chłodem. Widziałam, jak ją to gryzie — nie to, że mnie straciła, ale to, że pogrzebała swoje bezpieczne zaplecze, osobę, która zawsze ją wspierała. Pół roku później odeszłam z agencji. Dostałam propozycję od konkurencji — ktoś zauważył mój wkład w kampanię „NaturaPolska” i docenił research, a nie tylko prezentację. Na rozmowie kwalifikacyjnej powiedziałam, że szukam miejsca, gdzie ceni się autentyczność.
Tamtego dnia w sali konferencyjnej szef myślał, że widzi triumf pracy zespołowej. Nie wiedział, że właśnie patrzy na pogrzeb przyjaźni, która przetrwała licealne dramaty, studenckie biedy i pierwsze dorosłe kryzysy, ale nie przetrwała jednej, cholernej ambicji w korporacyjnym akwarium. Dostałam wtedy najważniejszą lekcję w moim zawodowym życiu: pomysły są cenne, ale zaufanie bezcenne. I nigdy więcej nie dałam sobie go ukraść.
Alicja, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Oszczędzaliśmy na romantyczną wycieczkę do Paryża, ale cała kasa poszła na remont. Mój mąż wpakował nas w bagno”
- „W ferie wróciłam do rodzinnego domu z kiełkującym nasionkiem. Rodzice zamiast pomóc, wstydzili się przed sąsiadami”
- „Na rocznicę zamiast róż dostałam od męża wiadro i kurz. W nagrodę za 10 lat małżeństwa dostałam remont”

