Reklama

Nie lubię zimy, a zwłaszcza takiej jak ta – nijakiej. Śnieg niby spadł, ale już po dwóch dniach zamienił się w breję. Szaro, mokro, człowiek boi się wyjść z domu, żeby nie poślizgnąć się na jakimś niewidzialnym lodzie. Mimo to, gdy dowiedziałam się, że Tomek przyjedzie na weekend, od razu zrobiło mi się cieplej na sercu.

Cieszyłam się z odwiedzin

Zaczęłam od generalnych porządków – tak jakbym spodziewała się delegacji z ministerstwa, a nie własnego syna. Od rana szorowałam kuchenkę, ściągnęłam zasłony, które wisiały od świąt, przejrzałam zapasy w zamrażarce. Chciałam upiec schab, do tego ziemniaki z koperkiem i kapusta zasmażana, na deser sernik na kruchym spodzie.

Tomek nie był w domu od półtora roku. Mieszka w Holandii z jakąś dziewczyną, z którą jest na poważnie. Dzwoni coraz rzadziej. Kiedyś rozmawialiśmy co kilka dni, a teraz czasem dwa tygodnie ciszy. Wiem, że ma swoje życie, swoje sprawy, pracę, obowiązki, ale jestem jego matką i samotną kobietą w trzypokojowym mieszkaniu, w którym zbyt wiele rzeczy przypomina o tym, jak było kiedyś.

Mój mąż Krzysztof zmarł nagle siedem lat temu. Od tamtej pory jestem sama. Nie chciałam się nikomu narzucać: ani Tomkowi, ani znajomym. Mam sąsiadki, które czasem do mnie wpadają, ale to nie to samo. Prawda jest taka, że boję się samotności, ale jeszcze bardziej boję się, że będę zostawiona z premedytacją, że ktoś, kto kiedyś mnie kochał, po prostu uzna, że już ma dość.

Nie mogłam się doczekać

Tomek przyjechał w piątek wieczorem. Przywitał mnie jakby od niechcenia – buziak w policzek, spojrzenie na zegarek. Mówił, że jest zmęczony podróżą. Wierzyłam mu, ale i tak trochę mnie zakłuło w sercu.

– Pachnie jak w domu – rzucił, wchodząc do kuchni.

Nakryłam stół odświętnie. Schab, ziemniaki z koperkiem, buraczki. Mój własny teatr gościnności, jakbym próbowała udowodnić, że warto było przyjechać. Tomek jadł w milczeniu. Zaczęłam mu opowiadać o sąsiadach, o tym, że nowi z drugiego piętra zrobili sobie remont w łazience i przez tydzień słuchałam wiercenia o szóstej rano. Tomek przytakiwał odruchowo. Po obiedzie wypił herbatę, oblizał łyżeczkę i wtedy to powiedział. Nawet nie spojrzał mi w oczy.

– A może byśmy już to mieszkanie na mnie przepisali, żeby potem nie było problemu?

Patrzyłam na niego i nie mogłam się ruszyć. Jedno zdanie, ale jakby nagle zrobiło się duszno. Może się przesłyszałam?

– Słucham? – udałam, że nie zrozumiałam.

– No, żeby nie było formalności, jakby coś się stało – rzucił.

– Zostawmy ten temat na później – powiedziałam cicho.

Liczył na mieszkanie

Pokiwał głową i nie wrócił już do rozmowy. Rozmawialiśmy potem o niczym. O pracy jego dziewczyny, o cenach paliwa, o tym, że zima w Holandii nie jest taka jak tutaj. Czułam się jak przypadkowa kobieta, która podała mu obiad, a nie jak matka, która go urodziła i wychowała. Nie chodziło o samo mieszkanie, ale o to, że on nie zapytał, czy dobrze się czuję, czy czegoś potrzebuję. Po prostu rzucił zdanie, jakby rozmawiał z prawnikiem. Tylko jedno zdanie, ale jakby ktoś mi je w serce nożem wypalił.

Minął miesiąc, potem drugi. Tomek wrócił do siebie i dzwonił coraz rzadziej. Najpierw raz w tygodniu, potem co dwa. Rozmowy krótkie, bez treści: „Co u ciebie?”, „Wszystko okej?”, „U mnie spoko, muszę lecieć, zadzwonię później”. Tyle. Nie pytał, jak się czuję, czy czegoś mi potrzeba. Głos miał chłodny, jakbyśmy nie mieli wspólnej historii.

W końcu przestałam do niego dzwonić i wysyłać wiadomości. Nie chciałam się prosić. Nie miałam żalu, ale nie żałowałam też, że nie przepisałam na niego swojego mieszkania. Któregoś wieczoru telefon zadzwonił po ósmej wieczorem. Odruchowo spojrzałam na ekran – Tomek.

Oddalał się

– Cześć, mamo – usłyszałam jego głos, suchy, bez cienia ciepła.
– Cześć, synku – odpowiedziałam zbyt czule, jak na ton, który usłyszałam. – Co tam u was?

– Wszystko okej. Dzwonię, bo… w sumie chciałem wrócić do tematu, o którym rozmawialiśmy ostatnio.

– Do jakiego tematu? – zapytałam, chociaż doskonale wiedziałam.

– Mamo, nie udawaj. O mieszkaniu. Przecież to normalna sprawa. Prędzej czy później i tak będzie moje, prawda?

– „Prędzej czy później”? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – A może „im szybciej, tym lepiej”, co?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie o to mi chodziło – powiedział wolniej. – Tylko żeby to uporządkować, a nie potem nie biegać po sądach i tłumaczyć się z papierów.

– Czy ty siebie słyszysz? Ja jeszcze żyję, oddycham, gotuję, robię zakupy, mam siłę chodzić po schodach. A ty mówisz, jakbyś czekał, aż coś mi się stanie.

– Nie, mamo, przestań. Znowu robisz z igły widły. Próbuję być odpowiedzialny. Ty zawsze mówiłaś, że załatwianie spraw zawczasu to rozsądek.

Podniósł mi ciśnienie

– Rozsądek? To ciekawe, bo nie pamiętam, żeby rozsądek tak bolał. Nie spytałeś, czy dobrze się czuję, czy nie jestem samotna, tylko chcesz papier z podpisem, żeby mieć święty spokój, tak?

– Mamo, nie przesadzaj. Ja też mam swoje życie, nie siedzę w miejscu. Nie mogę ciągle przyjeżdżać i czuwać, aż coś się wydarzy.

– Nie oczekuję, żebyś wracał, ale nie spodziewałam się, że przyjedziesz tylko po to, żeby załatwić sprawę spadkową za mojego życia.

– Zadzwoń, jak ochłoniesz – powiedział cicho. – Na razie kończę.

– Nie zawracaj sobie głowy – odpowiedziałam i rozłączyłam się pierwsza.

Następnego dnia poszłam do kancelarii prawnej. Sekretarka uśmiechnęła się uprzejmie i zaprowadziła mnie do gabinetu. Notariusz wysłuchał, kiedy tłumaczyłam, że chcę uporządkować sprawy spadkowe.

– Chce pani sporządzić testament?

– Tak – odpowiedziałam. – Mieszkanie chcę przekazać fundacji, która zajmuje się pomocą samotnym starszym osobom.

Podjęłam decyzję

Podniósł wzrok.

– Jest pani tego pewna?

– Jestem – powiedziałam bez zawahania. – Przez ostatnie miesiące przekonałam się, że nie można zmuszać się do wdzięczności, która nie istnieje. A tym bardziej do zaufania.

Mój syn w ogóle przestał do mnie dzwonić i już nawet się nie łudzę, że jeszcze kiedyś go usłyszę. Kiedyś czekałam, teraz milczenie nie boli, tylko brzmi inaczej. Jakby coś się przewartościowało, jakby czas zrobił swoje. Nie odmówiłam przepisania na niego mieszkania dlatego, że go nie kocham, tylko dlatego, że nie chcę być wypisana z życia, zanim naprawdę odejdę. Nie chcę być kobietą, która żyje z dnia na dzień w mieszkaniu, które już do niej nie należy.

Może Tomek poczuje kiedyś wyrzuty sumienia, a może do końca życia będzie miał poczucie krzywdy, że matka nie przepisała mu mieszkania, że się postawiła. Nie myślę o tym – po prostu teraz wreszcie żyję po swojemu.

Maria, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama