Reklama

Myślałam, że moje życie już się skończyło, a w najlepszym wypadku weszło w fazę powolnego, szarego wygaszania. Kiedy pakowałam walizkę, czułam jedynie ciężar w klatce piersiowej i ten paraliżujący lęk przed samotnością w tłumie obcych ludzi. Jechałam tam by nabrać sił, ale tak naprawdę moja dusza była w znacznie gorszym stanie niż ciało. Nie wiedziałam jeszcze, że ten stary, nieco przykurzony budynek uzdrowiska stanie się scenerią dla najważniejszej lekcji, jaką kiedykolwiek odebrałam.

Czułam, że to tylko ucieczka przed pustką

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Niebo nad uzdrowiskiem wisiało nisko, ciężkie od ołowianych chmur, które zdawały się odzwierciedlać mój nastrój. Taksówka podjechała pod główne wejście, a ja przez chwilę wahałam się, czy w ogóle wysiąść. Byłam zmęczona. Nie tylko podróżą, ale ostatnimi dwoma latami, które przeciekły mi przez palce na opiece nad domem, który stał się za duży, i na martwieniu się o dorosłe dzieci, które rzadko dzwoniły. Miałam pięćdziesiąt osiem lat, a czułam się na co najmniej osiemdziesiąt.

W recepcji panował gwar. Ludzie przepychali się z walizkami, ktoś głośno narzekał na przydział pokoju, inni witali się wylewnie, jakby wracali do domu po długiej tułaczce. Stałam z boku, kurczowo ściskając rączkę mojej brązowej walizki, i czułam dziwny niepokój. Po co ja tu przyjechałam? Mówili, że zmiana klimatu dobrze mi zrobi. Ale ja czułam, że to tylko ucieczka przed pustką, która czekała na mnie w salonie.

Dostałam klucz do pokoju numer dwieście cztery. Moja współlokatorka, Halinka, była już na miejscu. Kobieta wulkan. Ledwo przekroczyłam próg, a ona już zdążyła opowiedzieć mi historię swojego życia, pokazać zdjęcia wnuków i poinstruować, w której szafce powinnam trzymać ręczniki. Była miła, naprawdę, ale jej energia mnie przytłaczała. Ja chciałam ciszy. Chciałam zniknąć, nakryć się kołdrą i przeczekać te trzy tygodnie.

Pierwsze dni były koszmarem. Mechanicznie chodziłam na stołówkę, gdzie stukot sztućców o talerze doprowadzał mnie do bólu głowy. Zabiegi? Kolejna udręka. Gimnastyka, masaże, kąpiele solankowe. Wszystko to wydawało mi się bezcelowe. Patrzyłam na tych wszystkich ludzi, w większości starszych ode mnie, i widziałam w nich tylko odbicie własnej beznadziei. Kiedy Halinka próbowała wyciągnąć mnie na spacer czy wieczorek zapoznawczy, szukałam jakichś wymówek. Wolałam siedzieć w pokoju i patrzeć przez okno na deszcz. Czułam się niewidzialna i, co gorsza, chciałam taka pozostać. Wydawało mi się, że moje kobiece życie się skończyło, że teraz jestem już tylko byłą żoną, matką, pacjentką. Żadnych emocji, żadnych uniesień. Tylko rehabilitacja i oczekiwanie na starość.

Pierwszy od dawna uśmiechnęłam się szczerze

Przełom nastąpił w czwartek, kiedy słońce wreszcie postanowiło przebić się przez chmury. Wyszłam na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza. Halinka w tym czasie prowadziła głośną rozmowę telefoniczną z zięciem. Uzdrowiskowy park był ogromny. Pełen alejek, starych dębów i ławek. Szłam ze wzrokiem wbitym w ziemię, żeby tylko nie musieć nikomu odpowiadać na grzecznościowe dzień dobry.

– Lubi pani spacerować? – usłyszałam nagle głos tuż obok siebie.

Omal nie podskoczyłam. Obok mnie stał wysoki, szczupły mężczyzna w beżowym prochowcu i staroświeckim kaszkiecie. Miał siwe włosy, starannie przystrzyżoną brodę i oczy, które błyszczały jakąś dziwną, chłopięcą ciekawością. Oparł się o laskę, która wyglądała bardziej na elegancki dodatek niż konieczność.

– Przepraszam, nie chciałem pani wystraszyć – powiedział – Po prostu zauważyłem, że przechadza się tu Pani z taką... melancholią.

– Potrzebowałam nieco odetchnąć – mruknęłam.

Byłam zła, że ktoś naruszył moją samotnię.

– Jan – przedstawił się, ignorując mój chłodny ton. – Widziałem panią już wcześniej w jadalni. Siedziała pani przy oknie i dłubała widelcem w ziemniakach, jakby szukając złota.

Zarumieniłam się. Czy byłam aż tak widoczna w swojej nędzy?

– Maria – odpowiedziałam krótko. – I nie szukam złota, po prostu nie mam apetytu.

– Apetyt przychodzi nie tylko w miarę jedzenia, ale i w miarę życia, droga pani Mario – uśmiechnął się, a wokół jego oczu pojawiła się siateczka zmarszczek. – Niech pani pozwoli, że pokażę pani coś, co poprawi nastrój lepiej niż te smutne ziemniaki.

Chciałam odmówić. Naprawdę chciałam powiedzieć mu, żeby dał mi spokój, że jestem zmęczona. Ale było w nim coś takiego... Jakaś nienachalna pewność siebie, ciepło, które biło od tego człowieka. Zanim się zorientowałam, szłam obok niego. Jan był ode mnie starszy, na pewno po siedemdziesiątce, ale poruszał się z energią, której mogłabym mu pozazdrościć. Zaprowadził mnie w głąb parku, do starej oranżerii, która wyglądała na opuszczoną.

– Tutaj większość kuracjuszy nie dociera – szepnął konspiracyjnie. – Boją się, że to teren prywatny. Ale ogrodnik to mój stary znajomy.

Weszliśmy do środka. Powietrze było tam wilgotne i pachniało ziemią oraz egzotycznymi kwiatami. Jan zaczął opowiadać o roślinach z taką pasją, jakiej dawno u nikogo nie widziałam. Wiedział wszystko o każdym listku, o każdym pąku. Słuchałam go, początkowo z rezerwą, ale powoli, bardzo powoli, jego entuzjazm zaczął kruszyć mur, którym się otoczyłam. To nie była zwykła rozmowa o pogodzie. To była opowieść o przetrwaniu, o tym, jak rośliny walczą o światło, jak regenerują się po zimie.

– Widzi pani tę paproć? – wskazał na mizerną roślinę w kącie. – W zeszłym roku myśleliśmy, że uschła. Ale wystarczyło trochę wody, trochę słońca i dobre słowo. Tak, mówię do roślin. I proszę spojrzeć, wypuszcza nowe liście. Z ludźmi jest tak samo, pani Mario. Nigdy nie jest za późno, żeby wypuścić nowy liść.

To zdanie uderzyło we mnie z siłą, której się nie spodziewałam. Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna uśmiechnęłam się szczerze.

Starość nie musi być czekaniem na koniec

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Jan stał się moim nieoficjalnym przewodnikiem po sanatoryjnym życiu. Czekałam na nasze spotkania. Rano, podczas gimnastyki, łapałam się na tym, że wypatruję jego beżowego kaszkietu. Po południu spotykaliśmy się w ogrodzie albo w małej kawiarence na rogu, gdzie serwowali najlepszą szarlotkę w mieście. Dowiedziałam się, że Jan jest wdowcem od dziesięciu lat. Był emerytowanym architektem, człowiekiem, który całe życie projektował domy dla innych, a teraz, jak sam mówił, projektował swoje chwile szczęścia. Nie narzekał na samotność, choć wiedziałam, że też mu doskwiera. Zamiast tego wypełniał ją obserwacją świata, czytaniem i rozmowami z ludźmi takimi jak ja.

– Mario, dlaczego ty ciągle nosisz te szare swetry? – zapytał pewnego dnia, kiedy siedzieliśmy na ławce, karmiąc wiewiórki orzechami.

– Bo są wygodne. I pasują do mojego nastroju – odpowiedziałam defensywnie.

Twój nastrój się zmienia – zauważył. – Widzę to. Twoje oczy już nie są takie zgaszone. Powinnaś założyć coś czerwonego. Albo błękitnego.

Złościło mnie to, że tak dobrze mnie czytał, ale jednocześnie czułam się... dostrzeżona. W domu, od śmierci męża, byłam tylko funkcją. Byłam osobą, która płaci rachunki, robi zakupy, dzwoni z pytaniem o zdrowie wnuków. Tutaj, przy Janie, byłam Marią. Kobietą, która ma swoje zdanie, która lubi zapach jaśminu i która potrafi się śmiać, choć zapomniała o tym na długi czas. Zaczęłam dbać o siebie. Pewnego ranka zamiast pośpiesznie wiązać włosy w koczka, rozpuściłam je i starannie ułożyłam. Zamiast szarego kardiganu założyłam jedwabną apaszkę, którą dostałam kiedyś od córki i która leżała na dnie walizki. Halinka, widząc mnie, gwizdnęła z uznaniem.

– Oho, czyżby pan Jan miał na to wpływ? – mrugnęła do mnie.

– Nie gadaj bzdur, Halinko – odparłam, ale czułam, jak pieką mnie policzki.

Nasza relacja z Janem była dziwna. Nie było w niej tanich flirtów, nie było dwuznaczności, których się obawiałam. Była za to głęboka intymność dusz. Rozmawialiśmy o wszystkim. O straconych szansach, o lęku przed przyszłością, o literaturze i sztuce. Jan pokazał mi, że starość nie musi być czekaniem na koniec. Że może być czasem smakowania życia, powoli, bez pośpiechu, jak dobrej herbaty. Pewnego wieczoru, gdy spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, Jan zatrzymał się i spojrzał mi głęboko w oczy.

– Wiesz, Mario, kiedy cię zobaczyłem pierwszy raz, pomyślałem, że jesteś jak zamrożony kwiat. Piękna, ale skuta lodem. Cieszę się, że odwilż nadeszła.

– To twoja zasługa, Janie – powiedziałam cicho, a głos mi zadrżał.

Życie toczyło się tu i teraz

Oczywiście, sanatorium to mała wioska. Plotki rozchodzą się tu szybciej niż wirus grypy. Zaczęłam zauważać znaczące spojrzenia innych kuracjuszek przy obiedzie. Szepty, kiedy wchodziliśmy razem do sali telewizyjnej.

– Patrzcie, gołąbeczki – usłyszałam kiedyś w windzie.

Zabolało mnie to. Wrócił ten dawny lęk. Co ja robię? Jestem poważną kobietą, wdową. Czy wypada mi spędzać tyle czasu z obcym mężczyzną? Czy nie ośmieszam się? Może Jan jest taki dla wszystkich? Może jestem tylko kolejną w jego kolekcji, którą chce uratować? Zwątpienie zaczęło drążyć moją pewność siebie. Przez dwa dni unikałam Jana. Wymigałam się od spaceru, mówiąc, że mam dodatkowe zajęcia. Siedziałam w pokoju, czując się gorzej niż na początku pobytu. Bo teraz wiedziałam, co tracę. Tęskniłam za jego głosem, za jego spokojem, za tym, jak przy nim czułam się ważna. Wieczorem drugiego dnia zadzwoniła moja córka. Opowiadała o problemach w pracy, o tym, że wnuczek znowu gorzej się czuje. Słuchałam jej jednym uchem, a myślami byłam w ogrodzie.

– Mamo, słuchasz mnie w ogóle? – zapytała z pretensją w głosie.

– Słucham, kochanie. Ale wiesz co? Muszę kończyć. Wychodzę – powiedziałam nagle, zaskakując samą siebie.

– Wychodzisz? Gdzie? Jest po dwudziestej.

– Na spacer. Poznałam kogoś... kogoś, z kim dobrze mi się rozmawia.

Zapadła cisza. Córka była w szoku. Zawsze byłam na każde zawołanie, zawsze w domu.

– Mamo, uważaj na siebie. Wiesz, jacy są ludzie w takich miejscach – powiedziała z troską, która brzmiała bardziej jak ostrzeżenie.

– Wiem, jacy są ludzie. Ale wiem też, jaka ja jestem. Inna, Kasiu. I mam prawo do spaceru.

Rozłączyłam się. Serce biło mi jak szalone. To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Nie mogłam żyć pod dyktando oczekiwań innych – ani obcych ludzi w windzie, ani własnej córki, ani nawet pamięci o zmarłym mężu. Życie toczyło się tu i teraz. Zbiegłam na dół. Jan siedział w holu, czytając gazetę. Wyglądał na smutnego. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz rozjaśniła się, ale w oczach wciąż czaiło się pytanie.

– Myślałem, że... że cię czymś uraziłem – powiedział cicho, składając gazetę.

– Nie, Janie. To ja przestraszyłam się samej siebie. Przepraszam. Nie chcę marnować czasu na chowanie się po kątach.

Wstał i podał mi ramię.

– Zatem chodźmy. Księżyc dzisiaj jest wyjątkowo łaskawy.

Liczyła się tylko ta chwila

Nadszedł ostatni wieczór mojego turnusu. Walizka była już prawie spakowana, tym razem jednak nie czułam ciężaru. Czułam wdzięczność. Uzdrowisko organizowało "wieczorek pożegnalny" w głównej sali, z muzyką na żywo i ciastem. Wiedziałam, że będzie tam tłoczno i duszno. Jan zapukał do moich drzwi o dziewiętnastej. Miał na sobie elegancką marynarkę i, o dziwo, muszkę. Wyglądał dystyngowanie i uroczyście.

– Nie idziemy na salę – oświadczył. – Tam jest za głośno na pożegnania.

Zaprowadził mnie do naszego ogrodu. Był ciepły, letni wieczór. Świerszcze grały swój koncert, a powietrze pachniało maciejką. Jan wyciągnął z kieszeni mały, przenośny głośnik, położył go na ławce i włączył muzykę. Rozległy się pierwsze takty starego walca, "Noce i dnie".

– Czy uczyni mi pani ten zaszczyt, pani Mario? – skłonił się nisko, wyciągając rękę.

Roześmiałam się, ale gardło miałam ściśnięte ze wzruszenia. Wokół nas nie było nikogo. Tylko my, stare drzewa i gwiazdy. Podałam mu dłoń. Była ciepła i pewna. Zaczęliśmy tańczyć. Niezdarnie, na nierównej trawie, ale to nie miało znaczenia. Jan prowadził mnie z delikatnością, jakby trzymał w ramionach najcenniejszy skarb. Oparłam głowę o jego ramię. W tym tańcu było wszystko: podziękowanie, bliskość, żal z powodu rozstania i nadzieja.

– Dziękuję ci – szepnęłam. – Uratowałeś mnie.

– To ty uratowałaś mnie, Mario – odpowiedział, przyciskając mnie mocniej do siebie. – Myślałem, że przyjeżdżam tu już tylko żegnać się ze światem. A dzięki tobie znów zachciało mi się witać każdy dzień.

Tańczyliśmy, jakby czas przestał istnieć. Zapomniałam o wieku, o tym, co będzie jutro. Liczyła się tylko ta chwila. To był symboliczny gest – dowód na to, że miłość, w najszerszym tego słowa znaczeniu, nie pyta o metrykę. Że bliskość może pojawić się w najmniej spodziewanym momencie. Staliśmy jeszcze chwilę objęci. Jan pocałował mnie w rękę, a potem delikatnie w policzek. To był najbardziej intymny gest, jakiego doświadczyłam od lat. Bez podtekstów, czysta czułość. Następnego dnia wyjeżdżałam wcześnie rano. Jan czekał przy taksówce. Nie mówiliśmy wiele. Wymieniliśmy się numerami telefonów i adresami.

– Zadzwonię wieczorem, sprawdzić, czy dojechałaś bezpiecznie – powiedział, zamykając drzwi samochodu.

– Będę czekać – odpowiedziałam i po raz pierwszy nie kłamałam.

Gdy taksówka ruszyła, nie patrzyłam już na szary budynek z lękiem. Widziałam miejsce, w którym na nowo narodziła się Maria. Wróciłam do domu inna. Córka od razu to zauważyła. "Mamo, promieniejesz" – powiedziała. A ja tylko się uśmiechnęłam. Wiedziałam, że to nie koniec historii. Za miesiąc Jan ma przyjechać do mojego miasta. Mamy w planach zwiedzanie ogrodu botanicznego. I wiem, że cokolwiek się wydarzy, już nigdy nie pozwolę sobie zwiędnąć. Bo życie, jak ta paproć w oranżerii, zawsze znajdzie drogę, by wypuścić nowy liść, jeśli tylko damy mu trochę słońca.

Maria, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama