Reklama

Kiedy teściowa przekroczyła próg naszego mieszkania z uśmiechem i torbą pełną „drobiazgów”, byłam dumna z siebie. Chciałam być tą dobrą synową, otwartą i wyrozumiałą. Mówiłam jej, że nie musi się krępować, że to także jej miejsce. W końcu co złego mogłoby wyniknąć z jej obecności? Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo te słowa wrócą do mnie rykoszetem i jak szybko poczucie gościnności zamieni się w ciche napięcie.

Spojrzała na mnie zdziwiona

Pierwszego dnia wszystko jeszcze wyglądało niewinnie. Teściowa rozpakowywała swoje rzeczy w pokoju gościnnym, a ja krzątałam się po kuchni, próbując przygotować obiad, który nie będzie ani za prosty, ani zbyt wystawny. Chciałam wypaść naturalnie.

— Nie trzeba było się tak starać — zawołała z pokoju. — Ja zjem wszystko.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

„Dobry znak” – pomyślałam.

Kiedy jednak weszłam do kuchni po chwili, zobaczyłam na blacie otwarty słoik z miodem, a obok lepką łyżeczkę i ślady palców.

— O, zrobiłam sobie herbatę — powiedziała pogodnie, jakby czytając mi w myślach. — Mam nadzieję, że nie przeszkadza?

— Nie, oczywiście — odpowiedziałam odruchowo, choć coś mnie ukłuło.

Z każdym kolejnym dniem takich drobiazgów było więcej. Mokry ręcznik rzucony na krzesło, okruszki na kanapie, talerz zostawiony w zlewie „na później”. Wracałam z pracy zmęczona i zamiast usiąść, zaczynałam sprzątać. Wmawiałam sobie, że przesadzam. Pewnego wieczoru jednak nie wytrzymałam.

— Mamo, może wrzucisz ten ręcznik do kosza? — zapytałam najłagodniej, jak potrafiłam.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

— Ale przecież mówiłaś, że mam się czuć jak u siebie. U siebie zawsze odkładam później.

Zabrakło mi słów. Mąż udawał, że nie słyszy rozmowy, zapatrzony w telefon. Poczułam, jak narasta we mnie frustracja, ale też wstyd, że w ogóle ją czuję. Wieczorem, leżąc w łóżku, patrzyłam w sufit i zastanawiałam się, gdzie przebiega granica między byciem miłą a byciem wykorzystywaną.

To był mój dom

Zaczęłam zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej umykały mi zupełnie. Jakby ktoś nagle zdjął mi z oczu filtr pobłażliwości. Teściowa wstawała wcześnie, krzątała się po kuchni, ale po jej „krzątaniu” zostawał ślad. Okap oblepiony tłuszczem, zlew pełen naczyń, stół lepki od herbaty z cukrem.

— Zostaw, ja potem posprzątam — rzucała beztrosko.

Tylko że „potem” nigdy nie nadchodziło. Wracałam z pracy i widziałam dokładnie to samo, czasem nawet więcej. Kurz na półkach, który ścierałam dzień wcześniej, leżał jakby specjalnie na pokaz. W sobotę rano sprzątałam salon. Odkładałam książki, ścierałam stolik, odkurzałam dywan. Teściowa usiadła na kanapie z gazetą i obserwowała mnie przez chwilę.

— Ty się tak przejmujesz tym sprzątaniem — westchnęła. — To tylko kurz, świat się nie zawali.

Zatrzymałam się ze szmatką w dłoni.

— Może nie, ale ja wtedy czuję się lepiej — odpowiedziałam cicho.

— Eee, młodzi to mają za dużo w głowie.— Machnęła ręką. — Za moich czasów nikt się tak nie czepiał.

Poczułam, jak policzki robią mi się gorące. To był mój dom. Mój porządek. A jednak zaczynałam się w nim czuć jak nadgorliwa gospodyni, która przesadza. Wieczorem spróbowałam porozmawiać z mężem.

— Przesadzasz — powiedział bez namysłu. — Mama zawsze taka była.

— Ale to nie jest jej mieszkanie — wyrwało mi się.

Spojrzał na mnie z wyrzutem.

— No właśnie.

Te dwa słowa bolały bardziej, niż się spodziewałam. Po raz pierwszy pomyślałam, że zostałam sama z tym wszystkim, a uprzejmość, którą okazałam, zaczyna obracać się przeciwko mnie.

Drobiazgi zaczęły się piętrzyć

Granica, o której tyle myślałam, zaczęła się rozmywać. Wracałam do mieszkania i zamiast ulgi, czułam napięcie w żołądku. Drzwi skrzypiały tak samo, zapach był ten sam, a jednak wszystko wydawało się obce. Na stole leżały cudze notatki, w łazience moje kosmetyki zostały przesunięte, jakby ktoś urządzał się po cichu na nowo.

— Przestawiłam trochę rzeczy, tak jest wygodniej — oznajmiła teściowa, kiedy zwróciłam na to uwagę.

— Dla kogo? — zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.

— No… dla wszystkich.

Mąż wzruszył ramionami.

Przecież to drobiazgi.

Drobiazgi zaczęły się piętrzyć. Pewnego popołudnia znalazłam w sypialni stos prania rzucony na fotel.

— Chciałam dobrze, żebyś nie musiała nosić — usłyszałam.

Stałam w drzwiach i czułam, jak narasta we mnie coś, czego już nie potrafiłam nazwać. To nie była tylko złość. To było poczucie, że ktoś przekracza moje granice z uśmiechem, a ja sama mu na to pozwoliłam. Wieczorem usiadłam w kuchni sama. Gapiłam się na kubek z herbatą, a w głowie kłębiły się myśli. Czy naprawdę bycie miłą oznacza rezygnację z siebie? Czy dom przestaje być mój w chwili, gdy oddaję go komuś innemu, choćby na chwilę?

Kiedy mąż wszedł do kuchni, podniosłam wzrok.

— Musimy porozmawiać — powiedziałam spokojnie, choć ręce mi drżały.

Popatrzył na mnie uważniej niż zwykle.

— O czym?

— O tym, że ja już nie poznaję własnego domu.

Zapadła cisza, ciężka i niewygodna. Wiedziałam, że to dopiero początek, a to, co powiem dalej, może zmienić więcej, niż jestem gotowa przyznać.

Zaczęły się drobne zmiany

Rozmowa, której się bałam, okazała się cichsza, niż przypuszczałam. Bez krzyków, bez dramatycznych gestów. Powiedziałam mężowi wszystko, powoli, jakby każde zdanie było kamieniem zdejmowanym z pleców. O zmęczeniu, o poczuciu bycia gościem we własnym domu, o tym, że zgadzając się na wszystko, gubię samą siebie. Słuchał. Naprawdę słuchał.

— Nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak to przeżywasz — powiedział w końcu.

Następnego dnia usiedliśmy we trójkę przy stole. Serce waliło mi jak oszalałe.

— Chciałam porozmawiać o kilku sprawach — zaczęłam. — Bardzo zależało mi, żebyś czuła się u nas dobrze, ale potrzebuję też swojego porządku i przestrzeni.

Teściowa zmarszczyła brwi.

— Czyli jestem kłopotem?

— Nie — odpowiedziałam spokojnie. — Po prostu każdy dom ma swoje zasady.

Zapadła cisza. Długa, niewygodna. W końcu teściowa westchnęła.

— Może rzeczywiście za bardzo się rozgościłam.

Nie było przeprosin, ale było coś ważniejszego — zrozumienie. Od tamtej rozmowy zaczęły się drobne zmiany. Ręczniki trafiały tam, gdzie trzeba, rzeczy przestały wędrować bez pytania. A ja po raz pierwszy od dawna wróciłam do domu i poczułam ulgę. Zrozumiałam jedno: bycie miłą nie oznacza zgody na wszystko. Granice nie są brakiem serdeczności, a troską o siebie. I szkoda, że nauczyłam się tego dopiero wtedy, gdy niemal oddałam własny dom, kawałek po kawałku.

Ewa, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama