„Myślałam, że plotki to złośliwość sąsiadek. Nie chciałam wierzyć, że wiedza więcej o moim mężu niż ja”
„W domu długo stałam przy oknie, patrząc na podwórko. Przecież ufałam Bartkowi. Byliśmy razem osiemnaście lat, przeszliśmy przez remont, zmianę pracy, chorobę mojej mamy. Czy to możliwe, żeby jakaś sąsiadka wiedziała o nim więcej niż ja?”.

- Redakcja
Zawsze uważałam, że plotki są jak przeciąg na klatce schodowej – hałasują, ale niczego nie wnoszą. Uśmiechałam się z pobłażaniem, gdy sąsiadki milkły na mój widok. Byłam pewna swojego małżeństwa. Dopiero po czasie zrozumiałam, że nie każda szeptana uwaga rodzi się ze złośliwości. Czasem to ostatnia próba ostrzeżenia kogoś, kto żyje w pięknym, ale kruchym kłamstwie.
Chciałam mu wierzyć
Mieszkaliśmy z Bartkiem na trzecim piętrze niewielkiego bloku. Znałam tu prawie wszystkich – panią Irenę z parteru, która zawsze wystawiała geranium na parapet, i Jolę z drugiego piętra, wiecznie z telefonem przy uchu. Były serdeczne, choć trochę wścibskie. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Któregoś popołudnia wracałam z pracy wcześniej niż zwykle. Na półpiętrze usłyszałam przyciszone głosy.
– Mówię ci, to nie pierwszy raz – szepnęła Jola.
– A ona taka spokojna, niczego nie podejrzewa… – odpowiedziała pani Irena.
Zatrzymałam się na chwilę, ale gdy skrzypnęły schody, obie spojrzały na mnie i zamilkły. Uśmiechnęłam się.
– Dzień dobry, panie plotkary – zażartowałam lekko.
– Dzień dobry – odparła pani Irena, poprawiając sweter. – Jak tam w pracy?
– Spokojnie. A u was?
– Też spokojnie… – Jola uciekła wzrokiem.
Nie przywiązałam do tego wagi. W domu czekała cisza i zapach świeżo zaparzonej herbaty – Bartek pracował zdalnie, często kończył wcześniej. Zastałam go przy biurku, pochylonego nad laptopem.
– Już jesteś? – zapytał, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Dziś krócej. Myślałam, że może zjemy razem obiad.
– Mam jeszcze jedno spotkanie online. Później, dobrze?
Skinęłam głową. Był ostatnio bardziej zajęty niż zwykle, ale tłumaczyłam to nowym projektem. Wieczorem, gdy siedzieliśmy przy stole, spojrzałam na niego uważniej.
– Bartek, coś się dzieje? – zapytałam. – Jesteś jakiś nieobecny.
– Po prostu jestem zmęczony – westchnął. – Dużo odpowiedzialności.
Chciałam mu wierzyć. Zawsze był raczej zamknięty w sobie, a ja nauczyłam się nie naciskać. Kilka dni później sytuacja się powtórzyła. Wracałam z zakupów, gdy Jola niemal wpadła na mnie przy wejściu.
– Masz chwilę? – zapytała cicho.
– Jasne.
Rozejrzała się nerwowo.
– Nie wiem, czy powinnam… Może to nie moja sprawa.
– O co chodzi?
– Chodzi o Bartka. Widziałam go kilka razy… z taką wysoką blondynką. Wchodzili razem do klatki, kiedy ciebie nie było.
Zaśmiałam się krótko.
– To pewnie ktoś z pracy. Czasem wpadają do niego po dokumenty.
– Może – przyznała, ale nie wyglądała na przekonaną. – Po prostu uznałam, że powinnaś wiedzieć.
Poczułam ukłucie irytacji.
– Naprawdę doceniam troskę, ale nie szukajmy sensacji tam, gdzie jej nie ma.
Odeszłam, zanim zdążyła coś dodać. W domu długo stałam przy oknie, patrząc na podwórko. Przecież ufałam Bartkowi. Byliśmy razem osiemnaście lat, przeszliśmy przez remont, zmianę pracy, chorobę mojej mamy. Czy to możliwe, żeby jakaś sąsiadka wiedziała o nim więcej niż ja? Wieczorem, gdy Bartek wyszedł wyrzucić śmieci, na jego biurku zawibrował telefon. Ekran rozświetliło powiadomienie:
„Do jutra. Tęsknię za naszymi rozmowami”.
Zamarłam. Gdy wrócił, stałam w progu kuchni z jego telefonem w dłoni.
– Od kogo dostałeś tego SMS-a? – zapytałam spokojniej, niż się czułam.
Zatrzymał się w pół kroku.
– To koleżanka z zespołu. Rozmawiamy o projekcie.
– Pisze, że tęskni.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.
– Nie rób z tego dramatu – powiedział w końcu. – Ludzie czasem piszą różne rzeczy.
Chciałam uwierzyć, że przesadzam. Że to tylko niewinne słowa. Jednak nie byłam już tego taka pewna.
Serce podeszło mi do gardła
Od tamtej rozmowy minęły dwa dni, a ja nie potrafiłam wrócić do dawnej beztroski. Bartek zachowywał się tak samo – może nawet był uprzejmiejszy, jakby chciał przykryć coś nadmiarem normalności. To właśnie ta przesadna zwyczajność zaczęła mnie niepokoić. W środę wyszedł rano do pracy.
– Mam spotkanie w biurze – rzucił, wkładając płaszcz. – Nie czekaj z obiadem.
– Jasne – odpowiedziałam, choć w jego firmie rzadko wymagano obecności na miejscu.
Zamiast jechać do pracy, wzięłam dzień wolny. Sama nie wiem, czy chciałam coś udowodnić, czy raczej uspokoić własne myśli. Krążyłam po mieszkaniu, próbując czytać, sprzątać, zająć się czymkolwiek. W końcu usiadłam przy biurku Bartka. Nie miałam w zwyczaju przeglądać jego rzeczy, ale czułam, że jeśli tego nie zrobię, zwariuję od domysłów. W szufladzie leżał kalendarz, który kiedyś mu podarowałam. Otworzyłam go bez przekonania. Na jednej z ostatnich stron zobaczyłam zapisane odręcznie zdanie: „Agnieszka – 13:30”. Serce zaczęło mi bić szybciej. Zamknęłam notatnik i odsunęłam go tak, jak leżał wcześniej. Przez chwilę stałam bez ruchu, wpatrując się w drzwi wejściowe, jakby miały się zaraz otworzyć. O trzynastej trzydzieści usłyszałam kroki na klatce schodowej. Klucz przekręcił się w zamku.
– Wejdź, nikogo nie ma – usłyszałam głos Bartka.
Drugi, kobiecy głos odpowiedział cicho:
– Na pewno? Nie chcę kłopotów.
– Renata jest w pracy do wieczora.
Serce podeszło mi do gardła. Zobaczyłam ją, gdy weszła do salonu – wysoką blondynkę, w jasnym płaszczu. Uśmiechnęła się do niego w sposób, którego nie potrafiłam zignorować.
– Długo jeszcze będziemy się tak ukrywać? – zapytała.
– Muszę wszystko poukładać – odpowiedział Bartek. – To nie jest proste.
Wyszłam z cienia, zanim zdążyłam się rozmyślić.
– Rzeczywiście, nie jest – powiedziałam, a mój głos zabrzmiał obco nawet dla mnie.
Oboje odwrócili się gwałtownie. Kobieta pobladła.
– Renata… – Bartek zrobił krok w moją stronę. – To nie tak, jak myślisz.
– Naprawdę? – spojrzałam na niego spokojnie. – Bo wygląda dokładnie tak, jak myślę.
Kobieta spuściła wzrok.
– Nie wiedziałam, że to tak wygląda… – zaczęła niepewnie.
– Jak? – przerwałam jej. – Że przychodzisz do mieszkania żonatego mężczyzny, kiedy jego żony rzekomo nie ma w domu?
Bartek podniósł ręce w geście bezradności.
– To moja wina. Jej w to nie mieszaj.
– Nie muszę nikogo mieszać. Wystarczy, że słyszałam waszą rozmowę.
Zapadła cisza. Zamiast krzyczeć, poczułam dziwny spokój.
– Ile to trwa? – zapytałam.
Bartek nie odpowiedział od razu.
– Kilka miesięcy – powiedział w końcu cicho.
Kilka miesięcy. Czyli wtedy, gdy my planowaliśmy wakacje. Gdy razem wybieraliśmy nową kanapę do salonu.
– Wyjdź – zwróciłam się do kobiety.
Spojrzała na Bartka, jakby szukała w nim wsparcia.
– Lepiej będzie, jeśli teraz pójdziesz – powiedział do niej bez przekonania.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, zostaliśmy sami.
– Chciałem ci powiedzieć. Tylko nie wiedziałem jak.
– Od kiedy brak odwagi stał się usprawiedliwieniem? – zapytałam cicho.
– To się po prostu stało. Nie planowałem tego.
– A planowałeś powiedzieć mi prawdę? Czy miałam dowiedzieć się od sąsiadek?
Drgnął.
– Co masz na myśli?
– Myślę, że cały blok wiedział o twoim romansie.
Usiadłam na kanapie. Czułam się jak ktoś obcy we własnym salonie.
– Kocham cię – powiedział nagle.
Spojrzałam na niego długo.
– Nie wiem, czy to jeszcze ma znaczenie – odpowiedziałam.
W tamtej chwili zrozumiałam, że plotki nie były złośliwością. Były próbą podania mi ręki, gdy stałam nad przepaścią i udawałam, że grunt jest stabilny.
Nie było mi wstyd
Tamtego wieczoru nie było krzyków ani trzaskania drzwiami. Była cisza, gęsta i trudna do zniesienia. Bartek siedział naprzeciwko mnie przy stole, jakbyśmy mieli omawiać rachunki, a nie rozpad naszego małżeństwa.
– Nie planowałem tego – powtarzał. – Zaczęło się od rozmów, od wspólnych projektów. Przy niej czułem się… lepiej.
– A przy mnie? – zapytałam spokojnie.
Nie odpowiedział od razu.
– Przy tobie czułem odpowiedzialność. Wspólne sprawy, kredyt, codzienność. To mnie przerosło.
Słuchałam i miałam wrażenie, że mówi o kimś innym. O kimś, kto nie był moim mężem, tylko przestraszonym chłopcem uciekającym od własnych zobowiązań.
– Więc, zamiast powiedzieć, że coś się w tobie zmienia, wolałeś udawać? – spytałam.
– Bałem się, że cię zranię.
– I co, udało się uniknąć bólu? – uniosłam brwi.
Spuścił wzrok. W tamtej chwili zrozumiałam, że to ja przez miesiące żyłam w iluzji. On już dawno był myślami gdzie indziej. Noc spędziliśmy w osobnych pokojach. Leżałam bez snu, wpatrując się w sufit. W głowie wracały sceny z ostatnich miesięcy: jego częstsze „spotkania”, nagłe uśmiechy do telefonu, roztargnienie. Wszystko, co wcześniej tłumaczyłam zmęczeniem, nagle ułożyło się w logiczną całość. Rano zaparzyłam kawę i czekałam, aż wyjdzie z sypialni.
– Musimy coś ustalić – powiedziałam, gdy usiadł naprzeciwko mnie.
– Daj mi czas. Zakończę to. Obiecuję.
Pokręciłam głową.
– To nie jest kwestia zakończenia tamtej relacji. To jest kwestia tego, że ty już wybrałeś. Może nie wprost, ale wybrałeś.
– Nie chcę cię stracić – powiedział cicho.
Poczułam, że jeśli teraz się nic nie zrobię, już zawsze będę sprawdzać jego telefon, nasłuchiwać kroków na klatce schodowej i zastanawiać się, czy mówi prawdę.
– Wyprowadzę się na jakiś czas – zaproponował.
Tego samego dnia spakował kilka walizek. Stałam w przedpokoju, obserwując, jak wkłada do torby koszule, które prasowałam jeszcze tydzień wcześniej.
– Czy to już koniec? – zapytał, gdy zamykał zamek.
Zastanowiłam się chwilę.
– To koniec takiego małżeństwa, jakie mieliśmy. A czy będzie coś nowego? Nie wiem. I nie licz, że będę udawać, że nic się nie stało.
Przez pierwsze dni było mi trudno oddychać w pustym mieszkaniu. Każdy kąt przypominał o wspólnych planach. A jednak z każdym kolejnym porankiem czułam, że wraca do mnie coś, co dawno zgubiłam – poczucie własnej wartości. Kilka dni później spotkałam na klatce Jolę.
– Naprawdę nie chciałam wtrącać się w twoje życie – zaczęła niepewnie.
– Wiem – odpowiedziałam. – I dziękuję, że próbowałaś.
Uśmiechnęła się z ulgą. Plotki okazały się nie złośliwością, lecz sygnałem, że coś w moim świecie pęka. Gdybym dalej udawała, że ich nie słyszę, może wciąż żyłabym w wygodnym kłamstwie. Bartek próbował jeszcze kilka razy dzwonić. Mówił, że tęskni, że zrozumiał swój błąd. Słuchałam spokojnie, ale już nie czułam tego samego. Zaufanie nie wracało razem ze słowami. Po kilku miesiącach złożyliśmy pozew o rozwód. Bez scen, bez publicznych oskarżeń. Po prostu przyznaliśmy, że coś się skończyło. Dziś, gdy mijam sąsiadki na klatce, nie czuję wstydu. Czasem rozmawiamy chwilę o pogodzie, o kwiatach na parapecie. A ja wiem jedno: dom to nie tylko ściany i wspólne nazwisko. To miejsce, w którym czuję się bezpiecznie. I jeśli ktoś to bezpieczeństwo narusza, mam prawo zamknąć za nim drzwi.
Renata, 52 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że teściowa pokaże klasę i w końcu się dogadamy. 1 zdanie przy rosole pogrzebało moje nadzieje”
- „Ojciec traktował mnie jak służącą, a nie córkę. Kiedy byłam zajęta swoimi sprawami, obrażał się jak dziecko”
- „Dla ojca byłem zakałą rodziny. Kiedy odniosłem sukces i zacząłem zarabiać, nagle stałem się oczkiem w głowie tatusia”

