„Myślałam, że na emeryturze miłość się już nie zdarza. A teraz romans grzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”
„Nie narzekałam. Przynajmniej nie głośno. Po cichu, owszem, czasem zadawałam sobie pytania, których nie wypadało zadawać głośno. Czy ktoś jeszcze patrzy na mnie inaczej niż jak na seniorkę, której wypada ustąpić miejsce w autobusie? Czy ktoś jeszcze zobaczy we mnie kobietę, nie tylko babcię od szarlotki? Nie oczekiwałam cudów”.

- Redakcja
Jeszcze niedawno moje życie było uporządkowane jak szuflada ze starymi koronkami – niepotrzebne, ale zbyt ładne, żeby wyrzucić. Rano kawa z mlekiem i bez, zależnie od humoru. Potem krzyżówki, które wypełniałam bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby stymulacji umysłowej. Od czasu do czasu przyjeżdżała córka z wnukami – wpadali, robili bałagan, wynosili słoiki i ciepłe skarpetki, i znikali, zostawiając po sobie echo śmiechu oraz zapach frytek z ketchupem.
Znałam każdą rysę na filiżance i każdą plamę na obrusie. Sądziłam, że taka jest kolej rzeczy – po sześćdziesiątce kobieta przestaje być kobietą. Zostaje figurą matrony, przewodniczką po historii rodzinnych przepisów i kronikarką tego, co „kiedyś było lepiej”. Nie narzekałam. Przynajmniej nie głośno. Po cichu, owszem, czasem zadawałam sobie pytania, których nie wypadało zadawać głośno. Czy ktoś jeszcze patrzy na mnie inaczej niż jak na seniorkę, której wypada ustąpić miejsce w autobusie? Czy ktoś jeszcze zobaczy we mnie kobietę, nie tylko babcię od szarlotki? Nie oczekiwałam cudów. Ani fajerwerków. Pewnych rzeczy się po prostu nie spodziewasz, kiedy przez pół życia nosiłaś torby z zakupami zamiast szpilek. A jednak, kiedy się wydarzyło... spojrzałam w lustro i, ku własnemu zaskoczeniu, się uśmiechnęłam.
Cieszę się, że cię widzę
Siedziałam w tej kawiarni tylko dlatego, że Basia – sąsiadka z drugiego piętra – zaciągnęła mnie tam pod pretekstem „wyrwania się z domu”. Sama pewnie wolałabym poleżeć z książką i herbatą, udając, że interesuje mnie fabuła. Kawiarnia była modna, pachniało wanilią i kawą, a przy stolikach tłoczyli się ludzie, którzy najwyraźniej nie mieli w domu ekspresu. Basia trajkotała o swoim wnuczku, a ja ukradkiem przeglądałam menu, choć i tak zamówiłam jak zwykle – cappuccino i sernik. Wtedy zobaczyłam go.
– Nie wierzę, Ela?… – zaczął, z tym uśmiechem, który kiedyś sprawiał, że robiłam się czerwona jak burak.
– Niemożliwe – odpowiedziałam zaskoczona.
– A jednak. Nie byłem pewny, czy to ty. Cieszę się, że cię widzę – powiedział.
– Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że spotkam cię po tylu latach w kawiarni.
Basia zerknęła na mnie spod okularów.
– To znajomy?
– Tak, z dawnych lat – odpowiedziałam.
Nie przypuszczałam, że ta rozmowa nie skończy się na jednym „miło cię znowu widzieć".
A teraz po co mi to mówisz?
Nie minęło pięć minut, a Jurek już przysiadł się do naszego stolika. Basia spojrzała na mnie ukradkiem.
– Nie przeszkadzam...? – zaczął, wyciągając rękę w teatralnym geście.
– Jurek jestem. Dawny kolega Elki. Jeszcze z czasów studenckich.
– Ooo, czyli z czasów dinozaurów – rzuciła ironicznie Basia – Przepraszam, ja się już zbieram, wnuki czekają. Zostawię was. Pogadajcie sobie.
Nie zdążyłam jej zatrzymać. Zostałam sama. Z Jurkiem. Z sernikiem, który nagle stracił smak.
– Wciąż masz ten sam wzrok – powiedział, patrząc na mnie.
– To znaczy?
– Trochę zniecierpliwiony, trochę znudzony. Jakbyś wiedziała, że już wszystko widziałaś. I że nie warto się starać.
– Może tak właśnie jest – wzruszyłam ramionami. – Widziałam sporo.
– I pewnie nie wszystko było kolorowe.
– O, nie, większość w odcieniach szarości. Ewentualnie beż – dodałam, upijając łyk kawy.
Jurek się zaśmiał. Prawdziwie, szczerze.
– Wiesz, że gdzieś jeszcze mam nasze wspólne zdjęcie?
– Chcesz powiedzieć, że wzdychałeś do mnie jak głupi?
– Głupi to byłem, że nigdy ci tego nie powiedziałem.
Ugryzłam się w język, żeby nie zapytać: „A teraz po co mi to mówisz?”. Ale milczenie też bywa odpowiedzią.
Zapomniałam, jak to jest
Minął tydzień, zanim odezwał się ponownie. Napisał, że ma ochotę na spacer. W sumie nie miałam nic lepszego do roboty.
– Myślałam, że emeryci siedzą w domu i oglądają seriale – rzuciłam, gdy dołączył do mnie przy parku.
– A ja myślałem, że emerytki nie umawiają się na spacery z kolegami z dawnych lat.
– Przypominam, że to ty mnie wyciągnąłeś.
– Z przyjemnością powtórzę to jeszcze ze trzy razy, jak będzie trzeba.
Szliśmy powoli. W pewnym momencie podsunął mi ramię.
– Nie bój się, nie gryzie – zażartował.
– Nie boję się. Po prostu... zapomniałam, jak to jest – przyznałam, chyba pierwszy raz tak szczerze.
– Chodzić pod rękę?
– Być kobietą.
Jurek zamilkł na moment. Potem ściszył głos.
– Dobrze cię znowu widzieć. I to nie jako mamę, nie jako babcię. Po prostu – ciebie.
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego złapałam go za ramię.
A kto powiedział, że bez okazji?
Nie wiem, co mnie bardziej zdziwiło – że Jurek zadzwonił po kilku dniach, czy że zaproponował… kolację. Nie kawę, nie spacer, tylko normalną, pełnoprawną kolację „u niego, bez zobowiązań, tylko rozmowa”. Tak to ujął. A ja, o zgrozo, się zgodziłam. Przed wyjściem przebierałam się kilka razy. Potem pomyślałam, że t tak pewnie nie zauważyłby różnicy między beżem a złamanym ecru. Weszłam do jego mieszkania z sercem bijącym jak u nastolatki, która boi się, że matka ją złapie na randce.
– Miło, że przyszłaś. Bałem się, że się rozmyślisz – powiedział, podając mi kieliszek wina.
– Mało brakowało – mruknęłam, siadając przy stole.
– Gotowałem sam. Ostrzegam, kucharz ze mnie jak z koziej...
– Nie kończ, aż nie spróbuję – przerwałam mu, zerkając na talerz.
Było jadalne. Ba, nawet smaczne.
– No dobrze, przyznaję – powiedziałam w końcu. – Nawet dobre.
– Zawsze marzyłem, żeby usłyszeć takie komplementy od kobiety.
– A ja marzyłam, żeby ktoś mnie jeszcze zaprosił na kolację bez okazji.
– A kto powiedział, że bez okazji? – uśmiechnął się tajemniczo. – Dla mnie twoje „tak” było okazją samą w sobie.
Ugryzłam kawałek grzanki, żeby zająć czymś usta, zanim powiem coś, czego później będę się wstydzić. Wtedy pierwszy raz od dawna pomyślałam, że może życie nie skończyło się na bułkach z masłem i pilnowaniu ciśnienia.
Na wszystko musi przyjść odpowiednia pora
Spotykaliśmy się coraz częściej. Niby przypadkiem, „bo pogoda ładna”, niby „bo otworzyli nową kawiarnię”. A ja niby nie czekałam na wiadomość od niego, niby nie sprawdzałam telefonu co godzinę. Tylko że wszystkie moje „niby” zaczęły się sypać, gdy zaprosił mnie na dancing.
– Dancing? – powtórzyłam z uniesioną brwią. – Mamy osiemnaście lat, czy co?
– Nie, ale nogi jeszcze nas niosą, więc czemu nie?
Zgodziłam się, choć ostatni raz tańczyłam chyba na weselu siostrzeńca. Sala była pełna ludzi takich jak my – w wieku, który dla świata oznacza niewidzialność. Tylko że tego wieczoru czułam się tak, jakby ktoś zmazał mi metkę z napisem „babcia”.
– Ładnie wyglądasz – powiedział Jurek, kiedy schodziliśmy z parkietu.
– Tak ci się tylko wydaje. Lustro rano było mniej entuzjastyczne.
– Lustro nie wie, co widzi. Ja wiem.
Usiedliśmy przy stoliku, sącząc wodę z cytryną.
– Dlaczego teraz? – zapytałam cicho. – Dlaczego po tylu latach?
– Może na wszystko musi przyjść odpowiednia pora.
Popatrzył mi głęboko w oczy. Potem wziął mnie za rękę. Jego uścisk był pewniejszy niż kiedykolwiek.
Jeszcze piękniejsza niż kiedyś
Nie opowiadam o Jurku córce. Jeszcze nie. Może dlatego, że wiem, jak to zabrzmi: „mamo, serio, w tym wieku?” A ja przecież to nie wiek decyduje, co nam wolno, tylko my same.
– Wpadniesz dziś? – zapytał Jurek przez telefon. – Mam ochotę na twoją krzywą minę przy herbacie.
– Tylko jeśli nie będzie z torebki.
– Sypana, przysięgam. Zaparzę ją tak, że zapomnisz, jak masz na imię.
Zaśmiałam się. Czasem patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam kogoś innego niż jeszcze rok temu. Kogoś bardziej obecnego. Już nie tylko „babcię Elę”, co pilnuje rosołu na kuchence. Pewnego dnia, gdy siedzieliśmy razem na ławce w parku, bez pośpiechu, w ciszy, która nie krępowała, powiedział:
– Wiesz, jesteś jeszcze piękniejsza niż kiedyś.
– Miło, że tak myślisz.
Spojrzałam na niego, nie jak matka, nie jak babcia. Tylko jak kobieta, która przez chwilę zapomniała, ile ma lat. I jak bardzo jeszcze może chcieć. Bo Jurek mi przypomniał. Że wciąż jestem kobietą. Nie dodatkiem do wnucząt. Nie opiekunką dorosłych dzieci. Po prostu sobą.
Elżbieta, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam zimą do sanatorium, by nabrać sił. Moje serce przyspieszyło i to nie od porannej gimnastyki”
- „W Dniu Dziadka rzuciłem wszystko i pojechałem nad morze. Zamiast czytać laurki od wnuków wolałem całować się z kochanką”
- „Córka wywiozła mnie do sanatorium jak niechciany prezent. Nie przypuszczała, do czego jest zdolna jej matka emerytka”

