Reklama

Nigdy nie sądziłam, że koniec mojego świata nastąpi przy dźwięku łyżeczki uderzającej o porcelanę. Myślałam, że katastrofy przychodzą z hukiem, z krzykiem, z tłuczeniem talerzy, a nie w zapachu świeżo parzonej kawy i tostów z dżemem wiśniowym. Mój mąż nie rzucił we mnie obrączką, nie wyzywał, nie płakał. Po prostu odłożył gazetę, wytarł usta serwetką i powiedział to tak, jakby informował mnie o prognozie pogody na popołudnie. Zostałam sama w kuchni, która nagle stała się obca, z poczuciem, że ostatnie dekady mojego życia były jedynie dekoracją w teatrze, w którym on grał główną rolę, a ja byłam tylko nieświadomym statystą.

Wyprowadzam się

Ten wtorek nie różnił się niczym od tysiąca innych wtorków, które przeżyliśmy razem pod jednym dachem. Wstaliśmy o siódmej, bo nawyki z czasów pracy zawodowej weszły nam w krew tak głęboko, że nawet na emeryturze budziki były zbędne. Witold golił się w łazience, nucąc pod nosem jakąś melodię z radia, a ja kroiłam chleb. Słońce wpadało przez firanki, oświetlając kurz wirujący w powietrzu – te drobinki, z którymi walczyłam całe życie, a które zawsze wracały.

– Masło się kończy, Basiu – rzucił, wchodząc do kuchni. Był ubrany w swoją ulubioną koszulę w kratę, tę, którą kupiłam mu na imieniny trzy lata temu. Wyglądał schludnie, spokojnie. Jak zawsze.

– Kupię, jak pójdę na targ – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od smarowania kromki. – Chcesz jajko na miękko?

– Nie, dziękuję. Tylko kawa. I muszę ci coś powiedzieć.

Jego ton był uprzejmy. Nie groźny, nie smutny. Po prostu rzeczowy. Usiadł naprzeciwko mnie, splótł dłonie na blacie i spojrzał mi prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie było wrogości, ale nie było też tego ciepła, którego szukałam tam od lat. Była tam pustka. Albo gorzej – obojętność.

– Odchodzę, Basiu – powiedział.

Zaśmiałam się nerwowo. To brzmiało tak absurdalnie, że mój mózg odmówił przetworzenia tej informacji.

Gdzie odchodzisz? Do sklepu? Przecież mówiłam, że ja kupię masło.

– Wyprowadzam się – poprawił mnie, przesuwając w moją stronę pęk kluczy. Jego kluczy do naszego domu. – Walizki mam już spakowane. Zabrałem tylko rzeczy osobiste. Resztę ustalimy przez prawnika. Nie chcę scen, nie chcę krzyków. Jesteśmy dorosłymi ludźmi.

Patrzyłam na te klucze leżące na ceracie w kratkę. Metalowe, zimne przedmioty, które nagle stały się symbolem upadku mojego życia.

– Ale... dlaczego? – wykrztusiłam w końcu, czując, jak gardło ściska mi żelazna obręcz. – Witold, o czym ty mówisz? Mamy po sześćdziesiąt parę lat. Co się stało?

– Po prostu nie mogę być już z tobą. Dokumenty dotyczące opłat leżą na biurku. Wszystko jest uregulowane do końca miesiąca.

Pocałował mnie w czoło. Ten gest był najgorszy. Pożegnanie, pozbawione namiętności, pełne chłodnego szacunku dla kogoś, kto już nie istnieje. Potem odwrócił się i wyszedł. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi wejściowych, a potem warkot silnika. Zostałam z niedopitą kawą i pytaniem, które nie chciało przejść mi przez gardło.

Myślisz, że on kogoś ma?

Przez pierwszą godzinę siedziałam bez ruchu. Mózg analizował sytuację, ale emocje były zamrożone. To musi być pomyłka. Ludzie w naszym wieku nie pakują walizek i nie znikają ot tak, bez powodu. Przecież wczoraj oglądaliśmy razem teleturniej. Przecież w niedzielę byliśmy u wnuków. Zadzwoniłam do córki. Ręce mi się trzęsły tak bardzo, że dwa razy wybrałam zły numer.

– Mamo? Co się stało? Masz głos, jakby ktoś umarł – powiedziała Ania, gdy tylko odebrała.

– Tata... Tata się wyprowadził – wyszeptałam.

– Jak to wyprowadził? Pokłóciliście się?

– Nie. Po prostu zostawił klucze i pojechał.

Ania przyjechała w ciągu dwudziestu minut. Zastała mnie w tej samej pozycji, w kuchni. Zaczęła biegać po domu, sprawdzać szafy.

– Mamo, on naprawdę zabrał wszystko – zawołała z sypialni. – Jego połowa szafy jest pusta. Nie ma butów w przedpokoju. Nie ma wędki z balkonu. Nie ma jego laptopa.

Wędka. To słowo uderzyło mnie w splot słoneczny. Witold kochał wędkować. Mówił, że to go uspokaja. Wyjeżdżał prawie w każdy weekend. Czasami na całe dnie, czasami z noclegiem, "na ryby z Heńkiem". Zawsze wracał zadowolony, choć rzadko przywoził ryby. "Wypuszczałem je, Basiu, nie o jedzenie tu chodzi, ale o kontakt z naturą" – tłumaczył, a ja kiwałam głową, ciesząc się, że ma pasję, która trzyma go z dala od fotela i narzekania.

– Mamo, myślisz, że on kogoś ma?

Spojrzałam na nią z oburzeniem.

– Co ty wygadujesz? Twój ojciec? Ten sam, który układa skarpetki kolorami i dostaje palpitacji, gdy zmieniam rodzaj proszku do prania?

Witold to człowiek zasad. On nie ma czasu na romanse. To pewnie jakiś kryzys wieku podeszłego. Może chce podróżować? Może poczuł się przytłoczony moją obecnością? Wtedy jeszcze w to wierzyłam. Wierzyłam, że problem leży w jego psychice, w jego egzystencjalnych rozterkach, a nie w innej kobiecie. Przecież byliśmy dobrym małżeństwem. Nudnym? Może. Ale stabilnym. Jak fundamenty tego domu, który budowaliśmy przez czterdzieści lat.

To nie był jednorazowy wyskok

Tydzień później emocjonalna huśtawka zaczęła ustępować miejsca gorączkowej potrzebie zrozumienia. Witold nie odbierał telefonów. Odpisywał tylko krótkimi SMS-ami: "Wszystko w porządku, skontaktuje się z tobą mój prawnik". To doprowadzało mnie do szału. Zaczęłam przekopywać dom, szukając jakiejkolwiek wskazówki. Czegoś, co by wyjaśniło, dlaczego zostałam sama. Zeszłam do piwnicy. Witold miał tam swój kącik majsterkowicza. Półki pełne śrubek, słoików, narzędzi. Wszystko opisane jego starannym, technicznym pismem. Przeglądałam stare rachunki, gwarancje na sprzęt AGD, który dawno się zepsuł. I wtedy mój wzrok padł na dolną półkę, schowaną za starymi oponami.

Stały tam słoiki z przetworami. Marynowane grzyby, ogórki, jakieś sałatki. Nie robiłam przetworów od pięciu lat. Witold mówił, że dostaje je od kolegów z pracy, albo kupuje na bazarku. Wzięłam jeden słoik do ręki. Na naklejce, pismem, które było zdecydowanie kobiece – okrągłym, starannym – napisano: „Dla mojego Misia. Borowiki 2023”. Mój mąż, inżynier Witold, dla kogoś był misiem. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Przeszukałam resztę półek. Były tam słoiki z różnych lat. „Sałatka szwedzka – tak jak lubisz”, „Sok malinowy na przeziębienie”. Daty na słoikach idealnie pokrywały się z jego wyjazdami na ryby, z delegacjami, które rzekomo musiał odbywać mimo emerytury, bo "doradzał młodszym kolegom".

Usiadłam na zakurzonym taborecie w tej zimnej piwnicy, otoczona słoikami pełnymi dowodów zdrady. To nie był jednorazowy wyskok. To nie była chwilowa słabość. To trwało latami. Podczas gdy ja prałam jego koszule, prasowałam spodnie w kant i martwiłam się jego wysokim cholesterolem, on był "Misiem" dla innej kobiety. Jadł jej grzyby, pił jej soki i wracał do mnie, by spać w naszym łóżku, pachnąc obcym domem, który ja brałam za zapach lasu i jeziora.

On odszedł ode mnie lata temu

Kolejne dni były jak układanie puzzli, których obrazek przedstawiał moją osobistą klęskę. Zaczęłam analizować wyciągi z konta, które przychodziły pocztą. Witold był sprytny, większość wydatków pokrywał gotówką, którą wypłacał z bankomatu. Ale znalazłam jeden przelew sprzed dwóch lat. Opłata za prąd. Tytuł przelewu: "Działka - rozliczenie". My nie mieliśmy działki. Sprawdziłam adres, dwadzieścia kilometrów od naszego miasta. Nie powiedziałam ani słowa Ani. Wstydziłam się. Wstydziłam się, że byłam tak ślepa. Wsiadłam w autobus i pojechałam tam. Szukałam numeru, który widniał na przelewie. Znalazłam go na końcu alejki. Mały, drewniany domek, pomalowany na błękitno. Przed domkiem zadbany trawnik, rabaty z chryzantemami, a na werandzie... fotel bujany. I on.

Mój mąż, Witold. Siedział w tym fotelu, w starym dresie, którego nie widziałam od lat i czytał książkę. Obok niego krzątała się kobieta. Niska, nieco przy kości, z siwymi włosami spiętymi w niedbały kok. Nie była młodsza ode mnie. Nie była też ładniejsza. Była po prostu... inna. Uśmiechała się do niego, podając mu kubek z parującym napojem. On podniósł wzrok, uśmiechnął się do niej – uśmiechem, którego nie widziałam u niego od dekad – i pogładził ją po dłoni. Stałam za żywopłotem z tui i czułam, jak mój świat rozpada się ostatecznie. To nie był romans oparty na namiętności. To była intymność. To była przyjaźń. To było życie, które on prowadził równolegle do naszego. Tam, w domu, był oficjalny, sztywny, poprawny. Tutaj był swobodny.

– Halinko, zobacz, sikorka przyleciała – usłyszałam jego głos. Był miękki.

Halinka. Więc tak miała na imię. Halinka od grzybów. Chciałam tam wpaść. Chciałam zrobić awanturę, wykrzyczeć mu w twarz te czterdzieści lat, te wszystkie obiady, te uprasowane koszule, to moje oddanie. Ale nogi wrosły mi w ziemię. Zrozumiałam coś przerażającego. On nie uciekł ode mnie wczoraj. On odszedł ode mnie lata temu. Ja byłam tylko jego gospodynią, strażniczką jego wizerunku "porządnego męża", podczas gdy jego serce i myśli mieszkały w tym błękitnym domku z Haliną. Wycofałam się. Cicho, bezszelestnie, tak jak on odszedł z naszego mieszkania.

Stworzyliśmy firmę "Małżeństwo"

Dwa tygodnie później spotkaliśmy się ponownie. W domu była też moja córka.

– Tato, ty oszukiwałeś mamę przez lata! – Ania nie wytrzymała. Widzieliśmy zdjęcia z działki. Wiemy o tej kobiecie. Jak mogłeś?

Witold westchnął, zdejmując okulary i przecierając je chusteczką.

– Nie oszukiwałem w sprawach fundamentalnych. Basi nigdy niczego nie brakowało. Rachunki były płacone, dom zadbany. A to, że uczucie wygasło... Cóż, tak bywa. Z Haliną znamy się od wielu lat. To nie była fanaberia. Czekałem, aż przejdziemy na emeryturę, żeby nikomu nie komplikować życia zawodowego. To było zaplanowane, żeby zminimalizować chaos.

Patrzyłam na niego i nie poznawałam tego człowieka. "Zminimalizować chaos". Mówił o naszym małżeństwie jak o projekcie inżynieryjnym, który trzeba zamknąć przed terminem. Dla niego zdrada nie była problemem moralnym, tylko logistycznym. Dopóki "baza" funkcjonowała, wszystko było w porządku.

– A ja? – zapytałam cicho. – Co ze mną? Czy ja byłam dla ciebie tylko elementem wyposażenia? Kimś, kto ma podać obiad i nie zadawać pytań?

Spojrzał na mnie z dziwnym smutkiem.

– Basiu, ty nigdy nie pytałaś. Przez ostatnie piętnaście lat ani razu nie zapytałaś, co naprawdę czuję, o czym marzę. Interesowało cię tylko, czy obiad jest o czternastej i czy kupiłem chleb. Stworzyliśmy firmę "Małżeństwo", która działała świetnie, ale nie było w niej już ludzi. Z Haliną... z Haliną rozmawiamy.

Te słowa bolały bardziej niż zdrada fizyczna. Oskarżył mnie o to, że nasza rutyna, którą uważałam za bezpieczną przystań, była dla niego więzieniem. Że moja troska o dom była dla niego dowodem obojętności na jego duszę. Czy miał rację? Czy mogłam zauważyć wcześniej, że oddalamy się od siebie?

Zapomnieliśmy być przyjaciółmi

Rozwód orzeczono szybko. Zostałam w naszym dużym, pustym mieszkaniu. Początkowo każdy kąt przypominał mi o nim. Fotel, w którym czytał gazety. Miejsce przy stole. Nawet kubki w szafce. Ale z czasem zaczęłam dostrzegać coś innego. Nikt nie narzekał, że oglądam seriale do późna w nocy. Nikt nie przestawiał moich książek na półce "według wzrostu". Mogłam jeść kolację w łóżku i okruszki nikomu nie przeszkadzały. Cisza, która na początku była wrogiem, zaczęła stawać się przyjacielem.

Zaczęłam też analizować słowa Witolda. "Ty nigdy nie pytałaś". To było okrutne, ale może była w tym ziarno prawdy. Oboje zamknęliśmy się w swoich rolach. Ja w roli matki i gospodyni, on w roli żywiciela i pana domu. Zapomnieliśmy być przyjaciółmi. On znalazł przyjaźń gdzie indziej, tchórzliwie ukrywając to przede mną, zamiast spróbować naprawić to, co było między nami. Pewnego dnia Ania przyszła do mnie z pudełkiem farb.

– Mamo, ten beżowy kolor na ścianach jest smutny. Może przemalujemy salon? Na szałwiowy? Zawsze lubiłaś zieleń, ale tata mówił, że to niepoważny kolor.

Uśmiechnęłam się.

– Tak. Zróbmy to. I wywalmy ten jego stary fotel. Kupię sobie szezlong. Zawsze chciałam mieć szezlong.

Gdy malowałyśmy ściany, czułam, jak z każdą warstwą farby znikają cienie przeszłości. Witold wybrał swoje życie. Wybrał Halinę, działkę i grzyby w occie. Jego wybór był bolesny, sposób, w jaki to zrobił – godny pogardy. Ale dał mi coś, czego się nie spodziewałam. Wolność. Dziś, kiedy piję kawę, nie muszę patrzeć na zegarek, bo "Witold zaraz wstanie". Mogę wyjść na spacer i wrócić za trzy godziny. Mogę zapisać się na uniwersytet trzeciego wieku, co zresztą zrobiłam. Poznałam tam ludzi, którzy patrzą na mnie z ciekawością, a nie przez pryzmat tego, czy koszula jest wyprasowana.

Zdrada Witolda zniszczyła moje wyobrażenie o przeszłości, ale otworzyła drzwi do przyszłości. On odszedł spokojnie, rzeczowo, zostawiając za sobą zgliszcza. Ale na tych zgliszczach, ku mojemu własnemu zdumieniu, zaczęły rosnąć nowe kwiaty. I są o wiele barwniejsze niż te, które kiedykolwiek mieliśmy w naszym "idealnym" domu.

Barbara, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama