Reklama

Nie wiem, kiedy z kobiety z pasjami, z głową pełną marzeń, stałam się wyłącznie dodatkiem do cudzego życia. Może wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam: „Krysia, ja idę do pracy, a ty zrób obiad”, albo kiedy Jan rzucił w przelocie: „Niepotrzebnie tak się stroisz, nie masz już dwudziestu lat”.

Byłam niewidzialna

Na początku emerytury myślałam, że wreszcie będzie inaczej. Nadrobimy wspólne lata, podróże, spacery, w końcu będzie czas na nas. Ale Jan żył dalej jakby nic się nie zmieniło – wstawał o siódmej, jadł śniadanie, potem zupę w południe, oglądał wiadomości o siedemnastej. Nawet nie zapytał, co ja bym chciała robić z tą swoją wolnością.

Przez pierwsze miesiące chodziłam po domu jak duch. Sprzątałam, gotowałam, podlewałam kwiatki w milczeniu. W takiej ciszy można usłyszeć własne myśli – a moje zaczęły wrzeszczeć, że już tak nie chcę żyć. Właśnie wtedy zadzwoniła moja koleżanka z osiedla, z którą dawniej razem pracowałyśmy.

– Krycha, chodź z nami do kawiarni.

– A Jan? – zapytałam głupio.

– A nie może sam zostać w domu? Musisz go niańczyć – odpowiedziała bez wahania.

I coś się we mnie wtedy obudziło.

Chciałam poczuć życie

Któregoś dnia zupełnie bez planu weszłam do drogerii i zapytałam o rudą farbę do włosów. Ekspedientka spojrzała na mnie, jakby nie wierzyła, że wiem, co robię, ale ja wiedziałam. Wzięłam opakowanie, zapłaciłam i wyszłam z podniesioną głową. Jeszcze przed wejściem do domu skręciłam do sklepu z odzieżą. Wyszłam z nowym płaszczem.

Kiedy zmyłam farbę z włosów, spojrzałam na siebie inaczej. Niby ta sama twarz, ale spojrzenie jakby w końcu moje. Ubrałam się, włożyłam ten nowy płaszcz i poszłam na spotkanie z koleżankami. Pierwszy raz od dawna nie spytałam Jana, czy nie będzie głodny.

Usiadłyśmy w kawiarni, zamówiłam cappuccino i sernik. Śmiałyśmy się z rzeczy, które kiedyś wydawały się dramatami. Czułam, jak w środku rodzi się we mnie jakby nowa siła. Kiedy wróciłam do domu Jan i tak mnie usłyszał. Siedział w fotelu, telewizor rozkręcony na cały regulator. Spojrzał na mnie kątem oka i rzucił z pogardliwym uśmiechem:

– Co ty masz na głowie? Myślałem, że nie jesteś już dziewczynką.

Wyśmiał mnie

Zsunęłam buty, powiesiłam płaszcz i odpowiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w twarz:

– A ja myślałam, że już nie myślisz tylko o sobie.

Zacisnął usta.

– Przesadzasz.

– Całe życie przesadzałeś za nas oboje.

Odwrócił się z powrotem do telewizora, ale widziałam, że nie oglądał. Wiedziałam, że mu się nie spodobało to, co powiedziałam. I dobrze.

Zaczęło się od kawiarni, potem był spacer, spotkanie z dawną koleżanką ze szkoły, jeszcze później potańcówka w domu kultury. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla mnie rewolucja. Nie mówiłam Janowi, dokąd idę, nie pytałam, czy mogę. Wychodziłam, a on zostawał, coraz bardziej osowiały, coraz bardziej zgorzkniały.

Bawiłam się

Wracałam późno. Najpierw o dwudziestej drugiej, potem po jedenastej, w końcu po północy. I za każdym razem wchodziłam do mieszkania bez strachu. On czekał, siedział w kuchni, światło zapalone.

– Jak to wygląda? Wracasz po północy! – rzucił któregoś razu, jakby mówił do trzynastolatki.

– Wygląda jak życie. To moje życie – odpowiedziałam spokojnie.

– Co ludzie powiedzą?

Spojrzałam na niego i nie uśmiechałam się już ani trochę.

– Przez ciebie całe życie się przejmowałam, co ludzie powiedzą. Teraz mam to w nosie.

Nie próbował więcej rozmawiać. Nie pytał, nie rzucał komentarzy, tylko patrzył tym swoim przeszywającym wzrokiem, kiedy szykowałam się do wyjścia. Zaczęłam nosić inne ubrania, malować oczy, uśmiechać się w lustrze. Chciałam czuć się ładnie, po prostu dla siebie.

Któregoś wieczoru dziewczyny wyciągnęły mnie do klubu. Byłam trochę spięta. Dookoła gwar, muzyka, światła, zapach alkoholu, perfum i wolności. Usiadłam przy barze, zamówiłam kieliszek wina. Nie tańczyłam, tylko obserwowałam, ale czułam się tam bardziej sobą niż przez całe moje dotychczasowe małżeństwo. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni. Wszyscy chcieli tylko tego samego – żeby się po prostu dobrze bawić.

Był wściekły

Jan patrzył na to wszystko krytycznym okiem i ciągle zrzędził:

– To wszystko przez twoje koleżanki. Zmieniły cię.

– Nie. Pomogły mi się odnaleźć.

– Odnalazłaś się, wychodząc co drugi wieczór? Włócząc się po klubach?

– Przez czterdzieści lat byłam twoją żoną. Cicho, zgodnie, jak trzeba. I co z tego mam?

– Masz dom, spokój i męża.

– Męża, który mnie nie słucha, nie pyta, nie zauważa.

Uderzył dłonią w blat.

– Albo wrócisz do normalności, albo możesz się wynosić!

Bez słowa podeszłam do komody, wyjęłam torbę i włożyłam do niej kilka rzeczy. Potem po prostu zamknęłam za sobą drzwi i zeszłam po schodach bez pośpiechu. Czułam, jak się uspokajam. Już nie chciałam wracać do tego, co mnie tłamsiło. Zamieszkałam u naszej córki. Przyjęła mnie bez pytania, bez komentarzy. Po prostu przyjechałam z torbą, a ona zrobiła mi herbatę i powiedziała, że w pokoju gościnnym jest czysta pościel. Nie musiałam się tłumaczyć. Chyba zawsze wiedziała więcej, niż mówiła.

Odeszłam od niego

Wieczorem zadzwoniła moja koleżanka i powiedziała, że jest potańcówka w klubie – znajomi, muzyka. Ubrałam się w nową sukienkę, założyłam buty na niewysokim obcasie i pojechałam. Córka podała mi płaszcz i uśmiechnęła się tylko.

W klubie było głośno, ciepło, duszno od emocji. Kobiety w różnym wieku, mężczyźni z brzuszkami i bez, śmiali się, tańczyli, flirtowali bez żenady. Zobaczyłam siebie w lustrze za barem i nie rozpoznałam. Nareszcie mogłam powiedzieć, że czuję, że żyję. Usiadłam przy barze i zamówiłam prosecco. Barman, młody chłopak, uśmiechnięty, nie za przystojny, ale serdeczny, nalał mi kieliszek.

– To pani pierwsza noc w klubie? – zapytał.

– Pierwsza świadoma.

– To znaczy?

– Pierwszy raz czuję, że żyję nie dla kogoś, tylko dla siebie.

Na parkiecie Basia machała do mnie jak szalona. Ruszyłam w jej stronę. Tańczyłyśmy jak wariatki, pot spływał mi po karku, ręce miałam czerwone, śmiałam się, aż rozbolał mnie brzuch. Nikt nie patrzył krzywo. Miałam w sobie więcej życia niż przez całą ostatnią dekadę. Wróciłam późno. Córka już spała, ale w kuchni zostawiła mi liścik: „Brawo, mamo”. Nic więcej nie trzeba było. Zawsze myślałam, że starość to koniec, ale może to dopiero początek?

Krystyna, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama