„Myślałam, że miłość po 50-tce nie istnieje i miałam rację. Samotni faceci w moim wieku mają już swoje za uszami”
„Norbert był uważny, nieśpieszny, taki... obecny. Nie dotykał mnie zbyt często, nie mówił wielkich słów, ale czasem wystarczyło, jak patrzył. Czułam się wtedy... ważna. Może pierwszy raz od śmierci Marka. Choć coś mnie uwierało. Nigdy nie rozmawialiśmy o jego przeszłości. On pytał o mojego męża, o Izę, a ja odpowiadałam szczerze. Ale gdy ja próbowałam o nim, zbywał”.

Kiedy rano budzę się w ciszy, która niegdyś była ukojeniem, dziś wydaje się niepokojąco pusta. Cztery lata bez Marka nauczyły mnie, jak funkcjonować bez słowa „my”. Nie płaczę już każdego dnia. Po prostu... żyję. Zaparzam herbatę z melisą, rozwiązuję krzyżówki i czasem idę na spacer do parku, gdzie stare kobiety siedzą na tej samej ławce, w tych samych kurtkach co ja. Nie szukam już wielkich wzruszeń. Ale wczoraj, ostatniego dnia grudnia, po lampce szampana wypitej z sąsiadką z góry, powiedziałam coś, co mnie samą zaskoczyło:
— Wiesz, Haniu... Ja bym jeszcze raz chciała poczuć, że komuś się podobam. Choć przez chwilę.
Norbert wprowadził się kilka miesięcy temu. Tak, ten mężczyzna z naprzeciwka. Wysoki, zawsze nienagannie ubrany. Raz pomógł mi nieść torby z zakupami, innym razem przytrzymał drzwi windy. Powiedział tylko: „Dzień dobry, pani Bożeno” i uśmiechnął się tak, że aż serce mi zadrżało. Wiem, że to głupie. Mam 56 lat, on może z 58. Ale kiedy mężczyzna patrzy na ciebie z uwagą, której nie czułaś od lat, to trudno nie zadrżeć.
Wieczorem zadzwoniła Iza, moja córka z Poznania.
— Może byś kogoś poznała, mamo? – zapytała.
Zaśmiałam się. Nie wiedziała, że już ktoś sprawia, że czerwienię się jak uczennica. A dziś... znów go spotkałam. Na klatce.
— Miłego dnia, pani Bożeno — powiedział, a jego spojrzenie zatrzymało się na mnie odrobinę dłużej niż powinno.
Moje serce nagle przypomniało sobie, jak to jest bić trochę szybciej.
Czułam się jak nastolatka
Wymyśliłam pretekst: że list z ubezpieczalni trafił do niego przez pomyłkę. Prawda była inna: sama go wyjęłam z jego skrzynki, bo... bo chciałam mieć powód, by zapukać do jego drzwi.
Wzięłam głęboki oddech i zapukałam.
— Pani Bożeno? — Norbert był w domowych ubraniach — miał sweter i dżinsy, ale nadal wyglądał idealnie.
— Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. To chyba należy do pana. — Podałam mu kopertę.
— A, rzeczywiście. Dziękuję bardzo. Może… wejdzie pani na chwilę? — zaproponował, zaskakująco naturalnie.
Siedzieliśmy przy jego kuchennym stole. Zaproponował herbatę, więc zaparzył z imbirem i pomarańczą. Pachniało jak w święta.
— Lubię tu mieszkać — powiedział, patrząc na mnie. — Potrzebowałem zmiany. Nowego początku.
— Ja nie mam odwagi na takie zmiany — odpowiedziałam szczerze. — Zbyt długo żyłam obok kogoś. Po śmierci męża jakoś… zatrzymałam się w miejscu.
— Czasem wystarczy jeden krok — powiedział i uśmiechnął się ciepło.
Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Spojrzałam mu w oczy i powiedziałam coś, czego nigdy bym się po sobie nie spodziewała:
— Norbert... Dobrze mi przy panu.
Przez chwilę nie mówił nic. Potem sięgnął po moją dłoń i lekko ją ścisnął.
— Mnie też przy pani dobrze.
Wyszłam stamtąd z rumieńcem i drżeniem w kolanach. Serce waliło mi jak młot. Czułam się jak nastolatka, której chłopak dał buziaka pod blokiem. Kilka dni później zaprosił mnie na kolację. Do siebie. Sam gotował. Makaron z krewetkami i białym winem. Przyniosłam sernik, upiekłam sama. Tego wieczoru pomyślałam, że może jeszcze nie wszystko we mnie umarło.
Coś mnie uwierało
Zaczęliśmy się widywać regularnie. Raz u niego, raz u mnie. Rozmowy przy herbacie, wspólne gotowanie, wieczory z filmami. Norbert był uważny, nieśpieszny, taki... obecny. Nie dotykał mnie zbyt często, nie mówił wielkich słów, ale czasem wystarczyło, jak patrzył. Czułam się wtedy... ważna. Może pierwszy raz od śmierci Marka. Choć coś mnie uwierało. Nigdy nie rozmawialiśmy o jego przeszłości. On pytał o mojego męża, o Izę, a ja odpowiadałam szczerze. Ale gdy ja próbowałam o nim, zbywał.
— Nie mam z nikim kontaktu — powiedział kiedyś, gdy zapytałam, czy ma rodzinę.
— A wcześniej? Mieszkał pan tu gdzieś blisko? — dopytywałam.
Wzruszył ramionami.
— Różne miejsca. Trochę tu, trochę tam. Praca mnie przestawiała.
Zmieniłam temat, bo nie chciałam, by się wycofał. Może po prostu był samotnikiem, może coś przeżył. Nie oceniałam. Za to Iza zaczęła oceniać. Podczas jednej z naszych rozmów przez telefon powiedziała:
— Mamo, a ty w ogóle coś o nim wiesz?
— Wiem, że dobrze mi z nim — odparłam.
— To trochę mało. Dobrze ci było z tatą, a jednak znałaś jego przeszłość, wiedziałaś, kim jest. Ten Norbert to dla mnie jakaś zjawa. Bez historii.
Nie chciałam, by Iza burzyła mi coś, co dopiero zaczynałam budować. A może nawet nie budować — raczej dotykać z nadzieją, że coś się samo ułoży. Tylko że tego się nie dało zbudować samemu. A Norbert... był coraz cieplejszy, ale wciąż nieprzejrzysty jak mgła.
Długo nie mogłam zasnąć
Wyszłam po mąkę i drożdże. Takie zwykłe wyjście, w szarym płaszczu i z listą zakupów. Nie spodziewałam się, że zobaczę Norberta. Stał przy aucie, obok kobiety. Kłócili się. Nie było krzyków, ale ich ciała mówiły wszystko: on nerwowo gestykulował, ona trzymała ręce na biodrach, jakby chciała go przewiercić wzrokiem. W końcu wsiadła do auta i trzasnęła drzwiami. On został, z twarzą zmęczoną i nieobecną. Nie zauważył mnie. Wróciłam do domu z bijącym sercem.
Wieczorem zaparzyłam dwie herbaty i czekałam, aż przyjdzie, jak zapowiedział. Przyszedł, z czekoladą i uśmiechem. Siedzieliśmy na kanapie, jakby nic się nie wydarzyło. Ale musiałam zapytać.
— Widziałam cię dziś... z kobietą. Przy aucie.
Zmarszczył czoło. Wziął łyk herbaty i spojrzał na mnie uważnie.
— A... tak. Moja siostra. Mamy trudną relację. Wiesz, rodzina.
Zamilkł, a potem zmienił temat. Zagrał ze mną w tę grę: „udawajmy, że nic się nie stało”. Po jego wyjściu usiadłam przed komputerem. Wpisałam jego imię i nazwisko. Przez chwilę nie było nic, potem wyskoczyło zdjęcie — on, ale z innym nazwiskiem. Artykuł sprzed roku. Spór sądowy. W tle jakaś firma, jakieś pieniądze. Nic konkretnego, ale wystarczająco, by poczuć, że to, co między nami, zaczyna rysować się pęknięciami. Zgasiłam światło. I długo nie mogłam zasnąć.
Podniósł się i wyszedł
Siedzieliśmy w mojej kuchni. On opowiadał o winie, które kiedyś pił we Włoszech, a ja udawałam, że słucham, choć myślami byłam przy zdjęciu z internetu. Zdjęciu, które nie dawało mi spokoju. Norbert, czy jakkolwiek naprawdę miał na imię, opowiadał lekko, nonszalancko, jakby nie miał nic na sumieniu. Zegar wybił dziewiętnastą, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
— Spodziewasz się kogoś? — zapytał.
Pokręciłam głową. Podeszłam do drzwi. Otworzyłam. Stała tam kobieta. Około czterdziestki, zadbana, choć z podkrążonymi oczami. Zmierzyła mnie chłodno wzrokiem, a potem spojrzała ponad moim ramieniem.
— Norbert – powiedziała spokojnie. — Wracaj do domu. Skończ tę farsę.
Spojrzałam na niego. Zamarł. Jakby ktoś wcisnął pauzę. Nie podszedł do niej, nie odezwał się. Milczał.
— Przepraszam... — zaczęłam zdezorientowana. — Kim pani...
— Monika. Żona. — Wsunęła się obok mnie do przedpokoju, jakby miała do tego prawo. — Może lepiej, że tak wyszło. Niech pani wie, z kim ma do czynienia.
Usiadła przy stole. Norbert wciąż stał. Blady. Milczący.
— Zostawił mnie z długami. Uciekł. Bez słowa. Nasze mieszkanie, nasze konto... wszystko spłonęło. A on? Zniknął. Pewnie nie jesteś pierwsza, którą wciągnął w swój teatr.
Podała mi wizytówkę. Spojrzałam na nią jak na dokument śmierci. Norbert podniósł się i wyszedł. Bez słowa. Bez spojrzenia. Monika tylko poprawiła płaszcz.
— Życzę pani, żeby to już był koniec. Bo dla mnie... to się nigdy nie kończy.
I wyszła.
Długo patrzyłam w okno
Norbert nie wrócił ani tego wieczoru, ani następnego. Przez dwa dni nie wychodziłam z domu, jakbym bała się, że natknę się na niego na klatce. Lodówka była pełna, ale nic nie jadłam. Piłam tylko herbatę — jedną za drugą, jakby gorący płyn mógł coś wypłukać ze mnie. Nie płakałam. Jeszcze nie. Wstyd był silniejszy niż ból.
Iza przyjechała w piątek.
— Mamo, czemu mi nic nie powiedziałaś? — spytała, kiedy opowiedziałam jej wszystko.
— Bo się bałam, że masz rację — wyszeptałam. — I nie chciałam cię słuchać.
Objęła mnie. Mocno, jak wtedy, gdy była mała i bała się burzy.
— Czułam, że coś w nim nie grało. Ale nie chciałam ci tego mówić wprost. Widziałam, że się cieszysz.
Nie odpowiedziałam. Nie umiałam jeszcze mówić o tym, co czułam. A czułam, że byłam dla niego tłem. Przystankiem. Schronieniem. Kilka dni później w skrzynce znalazłam kopertę. Bez znaczka, bez adresu. Rozpoznałam jego pismo. Nie otworzyłam jej od razu. Usiadłam przy stole, z nożem do masła w dłoni. Rozcięłam kopertę powoli, metodycznie. W środku był tylko krótki liścik. Dwa zdania: „Przepraszam. Nie umiałem być uczciwy”.
Paliłam go nad zlewem. Patrzyłam, jak papier kruszy się w palcach. Potem otworzyłam butelkę wina. Usiadłam w kuchni i długo patrzyłam w okno. Nie płakałam. Tym razem już nie.
Wróciłam do domu
Szłam znajomą ścieżką w lesie. Tą samą, którą chodziłam z Markiem, kiedy jeszcze żył. Tą samą, którą zaczęłam chodzić sama, żeby nie zapomnieć, jak pachnie ziemia po deszczu. Gałęzie skrzypiały cicho, śnieg topniał i kapał z drzew. Myślałam o Norbercie. O tym, jak szybko wypełnił przestrzeń po moim spokoju. Jak zajął miejsce przy moim stole, w mojej głowie, w moim sercu. I jak szybko zniknął, zostawiając po sobie ciszę. Inną niż ta, do której przywykłam. Bardziej wstydliwą. Tę, której nie chciałam pokazywać nikomu.
Zatrzymałam się przy starej ławce. Kiedyś tutaj usiedliśmy z Markiem i powiedział mi, że boi się, że umrze pierwszy. „Bo ty jesteś silniejsza” – powiedział wtedy. Nie wierzyłam, że to możliwe.
A teraz… Może naprawdę jestem silniejsza. Nie idę naprzód z podniesioną głową — raczej z sercem pozszywanym byle jak. Ale idę.
Wróciłam do domu. Włączyłam radio. Gotowałam zupę. Zwykłą, jarzynową. Bez gościa przy stole, bez historii do opowiedzenia, ale z jakimś nowym rodzajem spokoju. Takim, który nie potrzebuje już nikogo obok, żeby mieć sens. Zrozumiałam jedno: nie chcę już nikogo ratować. Nie chcę nikomu dawać siebie, jeśli ktoś przychodzi tylko się ogrzać. Mam siebie. I to, wbrew pozorom, całkiem sporo.
Bożena, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na korepetycje przyszedł do mnie ojciec studenta. Mieliśmy pogadać o matematyce, ale rozmowa zeszła na inny temat”
- „Zamieniłam wygodne życie w mieście na domek w górach. Dziś wiem, że kulig w śniegu po pachy nie jest dla mnie”
- „Myślałam, że ksiądz zapomniał przyjść do mnie z kolędą. Gdy poznałam prawdziwy powód, zapadłam się pod ziemię”

