„Myślałam, że mamy kryzys finansowy. Późno zrozumiałam, że mąż po prostu lubi, jak marznę i jem czerstwy chleb”
„– Jadłam najtańsze rzeczy, bo mówiłeś, że nie mamy pieniędzy – powiedziałam. Spojrzał na mnie chłodno. – Może dobrze było cię nauczyć pokory. Zbyt łatwo przywykłaś do wygody”.

Z zewnątrz wyglądaliśmy jak para, która po prostu zaciska pasa w trudniejszych czasach. Małe mieszkanie na trzecim piętrze, wspólne zakupy z listą w ręku, rozmowy o rosnących cenach. Wiktor powtarzał, że to przejściowe, że trzeba być rozsądnym. Wierzyłam mu. Nosiłam w domu dwie pary skarpet i kroiłam czerstwy chleb na cienkie kromki, przekonana, że tak właśnie wygląda odpowiedzialność.
Mąż oszczędzał na wszystkim
– Iga, grzejnik jest za ciepły – powiedział pewnego wieczoru Wiktor, podchodząc do okna. – Każdy stopień to dodatkowe pieniądze.
– Jest zima – odpowiedziałam cicho. – A ja marznę cały dzień. W domu chciałabym…
Nie dokończyłam. Już kręcił głową.
– Właśnie dlatego musimy być rozsądni. Kredyt sam się nie spłaci. Inflacja nie zniknie.
Od tamtej pory ogrzewanie włączaliśmy tylko na godzinę wieczorem. Wiktor prowadził zeszyt z wydatkami. Każdą złotówkę zapisywał starannie, a gdy wracałam z zakupów, przeglądał paragony.
– Jogurt naturalny innej firmy? Ten był o trzydzieści groszy tańszy.
– Nie było go na półce – tłumaczyłam.
Patrzył na mnie tak, jakbym była nieuważnym dzieckiem.
Z czasem przestałam zapraszać kogokolwiek do domu. Wstydziłam się chłodu i pustej lodówki. Wiktor jadł w pracy, twierdząc, że to „spotkania służbowe”. Ja w szkole zjadałam kanapki z masłem i najtańszą wędliną, którą kroiłam tak cienko, że prześwitywała.
W lustrze widziałam zmęczoną twarz i coraz większe cienie pod oczami.
– Przesadzasz – mówił, gdy wspominałam o zmęczeniu. – Ludzie mają gorzej. My przynajmniej mamy dach nad głową.
Za każdym razem, gdy próbowałam dopytać o finanse, rozmowa kończyła się tak samo.
– Ufasz mi czy nie? – rzucał chłodno.
Ufałam. A przynajmniej bardzo chciałam.
Dostał premię w pracy
Kolacja u rodziców Wiktora miała być zwykłym, niedzielnym spotkaniem. Stół uginał się od jedzenia, a ja patrzyłam na półmiski z lekkim zawstydzeniem, myśląc o naszej lodówce. Radosław, brat Wiktora, klepnął go w ramię.
– No, młody, gratulacje jeszcze raz. Taka premia to nie przelewki. W końcu ktoś cię docenił.
Zamarłam z widelcem w dłoni.
– Jaka premia? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Wiktor spojrzał na mnie ostrzegawczo.
– Radosław przesadza – odpowiedział lekko. – To tylko symboliczne wyróżnienie.
– Symboliczne? – roześmiał się brat. – Człowieku, za takie „symboliczne” to ja bym pojechał z rodziną na wakacje.
W pokoju zrobiło się dziwnie cicho. Teściowa zaczęła zbierać talerze, jakby chciała zmienić temat.
Przez resztę wieczoru czułam, jak rośnie we mnie złość . Premia. Wyróżnienie. Wakacje. W mojej głowie te słowa odbijały się jak echo.
Pokłóciliśmy się
W drodze do domu milczałam. Wiktor prowadził spokojnie, jakby nic się nie stało.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytałam w końcu.
– O czym?
– O premii.
Westchnął ciężko.
– Iga, naprawdę? Musimy o tym rozmawiać teraz?
– Chciałabym wiedzieć, na czym stoimy.
Zatrzymał samochód pod blokiem i odwrócił się do mnie.
– Na tym, że próbuję nas zabezpieczyć. A ty zaczynasz podważać moje decyzje przez głupie komentarze mojego brata.
– Nie podważam. Po prostu nie wiedziałam.
– Bo nie było potrzeby. Każda dodatkowa złotówka idzie na oszczędności. Na przyszłość. Chcesz, żebym wszystko roztrwonił?
Poczułam wstyd. Może rzeczywiście byłam nierozsądna. Może myślałam zbyt krótkowzrocznie. Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Próbowałam ułożyć to sobie w głowie. Może odkładał na czarną godzinę? Może chciał mnie uchronić przed stresem? A jednak coś nie dawało mi spokoju. Po raz pierwszy pomyślałam, że nie chodzi tylko o pieniądze. Że chodzi o to, kto ma prawo wiedzieć, a kto ma się tylko dostosować. Leżałam obok niego, czując między nami odległość większą niż szerokość łóżka.
Mąż mnie okłamywał
Nie planowałam niczego szukać. To nie było tak, że postanowiłam go sprawdzić. Po prostu któregoś popołudnia szukałam w jego biurku gwarancji do czajnika, bo przestał działać. Szuflada z dokumentami była niedomknięta. Wysunęłam ją lekko i zobaczyłam kopertę z logo banku. Nie powinnam była jej otwierać. A jednak otworzyłam.
Wyciąg z konta. Aktualne saldo sprawiło, że usiadłam na krześle. Suma była kilkukrotnie wyższa niż ta, o której mówił mi Wiktor, kiedy tłumaczył, że ledwo wiążemy koniec z końcem. Dalej były transakcje. Restauracje, o których nigdy nie słyszałam. Sklep elektroniczny. Rezerwacje hotelowe w dniach, kiedy mówił, że ma szkolenia.
Czytałam te linijki po kilka razy, jakby miały się zmienić. Jakby cyfry mogły nagle zniknąć. Przypomniałam sobie zimowe wieczory, kiedy siedziałam w swetrze i rękawiczkach bez palców, poprawiając sprawdziany. Przypomniałam sobie, jak odkładałam buty na później, bo to nie czas na zachcianki. Jak kroiłam chleb na cienkie kromki, żeby wystarczył do końca tygodnia.
Wrócił wcześniej, niż się spodziewałam. Stałam przy stole z wyciągiem w dłoni.
Spojrzał na papier, potem na mnie. Nie wyglądał na zaskoczonego.
– Grzebałaś w moich rzeczach – powiedział spokojnie.
– Mamy oszczędności – odpowiedziałam. – Duże oszczędności.
Milczał.
– Chodziłeś do restauracji. Kupowałeś sprzęt. Spałeś w hotelach dłużej, niż mówiłeś.
Odłożył teczkę na komodę i zdjął płaszcz, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
– Zarządzam naszymi finansami – odparł w końcu. – To moja odpowiedzialność.
– A ja? – głos mi zadrżał. – Ja marznę w tym mieszkaniu.
– To przesada.
– Jadłam najtańsze rzeczy, bo mówiłeś, że nie mamy pieniędzy.
Spojrzał na mnie chłodno.
– Może dobrze było cię nauczyć pokory. Zbyt łatwo przywykłaś do wygody.
W tamtej chwili zrozumiałam, że to nie był kryzys. To była decyzja. Jego decyzja, żebym żyła w niedostatku, podczas gdy on korzystał z komfortu poza domem. Patrzyłam na człowieka, z którym dzieliłam nazwisko, i czułam, jak coś we mnie pęka.
Zbuntowałam się
Kilka dni po tamtej rozmowie temperatura na zewnątrz spadła poniżej zera. W mieszkaniu było tak chłodno, że para unosiła się nad kubkiem herbaty jak mgła. Siedziałam przy stole w grubym swetrze, a potem włączyłam ogrzewanie. Gdy Wiktor podszedł do termostatu, od razu był zły.
– Po co to włączone? – zapytał, skręcając ogrzewanie. – Nie stać nas na luksusy.
Spojrzałam na niego uważnie. Już wiedziałam, że to nie kwestia rachunków. Patrzył na mnie przez chwilę, a w jego oczach dostrzegłam coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć – satysfakcję.
– Stać nas – powiedziałam spokojnie.
Zatrzymał rękę. Przez moment milczał, jakby oceniał sytuację.
– I co z tego? – odpowiedział w końcu. – To ja zarabiam więcej. Ja podejmuję decyzje.
– Decyzje o tym, że mam marznąć?
– Przesadzasz.
– Nie. To ty przesadzasz, Wiktorze. Odebrałeś mi prawo do wyboru.
Jego twarz stężała.
– Beze mnie sobie nie poradzisz – powiedział chłodno. – Myślisz, że z pensji nauczycielki utrzymasz mieszkanie? Świat nie jest taki prosty.
Jeszcze kilka tygodni wcześniej te słowa sparaliżowałyby mnie. Teraz poczułam coś innego. Strach był, ale nie dominował. Silniejsze było upokorzenie, które wreszcie nazwałam po imieniu.
Miałam dość
Tydzień później podpisałam umowę na wynajem małej kawalerki. Nie była duża. Jedno okno, wąska kuchnia, jasne ściany. Kiedy wniosłam pierwszą torbę, poczułam, jak drżą mi ręce.
Wiktor stał w przedpokoju, gdy zabierałam resztę rzeczy.
– Robisz błąd – powiedział.
– Być może – odpowiedziałam. – Ale to będzie mój błąd.
Nie zatrzymał mnie. Pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu usiadłam na podłodze z talerzem ciepłej zupy, którą sama sobie ugotowałam. Włączyłam ogrzewanie i czekałam, aż powietrze stanie się przyjemne. Nikt nie skręcił grzejników. Nikt nie sprawdzał paragonów.
Bałam się. Nie wiedziałam, jak poradzę sobie finansowo, czy nie będę żałować. Czułam wstyd, że moje małżeństwo się rozpadło. Ale pod tym wszystkim było coś, czego nie czułam od dawna – spokój. Zrozumiałam, że największym chłodem w moim życiu nie była temperatura w mieszkaniu. Było nim przekonanie, że muszę zasługiwać na podstawowe rzeczy. Tamtego wieczoru, siedząc w ciszy, po raz pierwszy od lat poczułam, że nie marznę.
Iga, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka ma dla mnie czas tylko raz w miesiącu, gdy przychodzi emerytura. 1 marca na pewno się pojawi”
- „Dla moich córek jestem darmową jadłodajnią. Wpadają się najeść, zabrać słoiki i zostawić światło w lodówce”
- „Mąż często zamykał się z telefonem w łazience. Myślałam, że flirtuje z inną kobietą, ale miał co innego za uszami”

