Reklama

Kiedy byłam mała, kolęda była dla mnie czymś niemal magicznym. Mama piekła ciasto, ojciec od rana biegał z odkurzaczem, a ja nerwowo poprawiałam obrus i czekałam, aż w drzwiach stanie ksiądz z kropidłem. Nawet jeśli na co dzień niewiele myśleliśmy o Kościele, ten jeden dzień był wyjątkowy – trochę jak święta, tylko że krótsze i bez prezentów. Potem, już jako dorosła, próbowałam podtrzymać ten zwyczaj. Zresztą, nie tylko ja. Sąsiedzi dopytywali, kiedy będzie kolęda, czy ktoś się zapisał, czy wiadomo, który ksiądz chodzi w naszej okolicy. Zawsze był lekki zamęt i poruszenie. Tylko w tym roku – było inaczej. Przez długi czas wydawało mi się, że to po prostu jakaś pomyłka. Jednak gdy prawda wyszła na jaw, miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Byłam poddenerwowana

Siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty, której nawet nie miałam ochoty dopić. To był już trzeci tydzień stycznia, a ja jeszcze nie przyjęłam księdza po kolędzie. Sąsiadka z dołu przywitała mnie wczoraj na schodach z ironicznym uśmiechem.

– No, no, u nas już po kolędzie. A do ciebie ksiądz jeszcze nie zawitał? – zagaiła niby od niechcenia.

– Nie, może termin zmienili… – próbowałam się uśmiechnąć, ale czułam, jak robi mi się gorąco.

– No wiesz, ja tam nic nie sugeruję, ale różne rzeczy się teraz mówi. Może zrezygnowali… z wybranych mieszkań – rzuciła, poprawiając włosy.

– Co masz na myśli? – zapytałam ostrożnie.

– Aaa, to nie do mnie pytanie. Trzeba spytać księdza – uśmiechnęła się słodko, ale w oczach miała wyraźne zadowolenie.

Wróciłam do mieszkania zirytowana. Chwilę później sięgnęłam po telefon.

– Zadzwonię do kancelarii. Co mi szkodzi. Najwyżej się ośmieszę – westchnęłam i wybrałam numer.

Nic z tego nie rozumiałam

Telefon odebrała młoda kobieta.

– Parafia świętego Józefa, dzień dobry!

– Dzień dobry. Dzwonię z pytaniem dotyczącym wizyty duszpasterskiej… – zaczęłam ostrożnie. – Bo… do mojego mieszkania ksiądz w tym roku nie dotarł. I chciałam się dowiedzieć, czy może byłam pominięta przez pomyłkę?

– Już sprawdzam… – odpowiedziała. Słychać było szelest papierów. – A adres?

Podałam. Nazwisko też. Cisza po drugiej stronie zrobiła się niepokojąca.

– Tak… Jest tu adnotacja – powiedziała wolniej. – W tym roku ksiądz postanowił nie odwiedzać pani domu.

Zamarłam.

– Słucham? – rzuciłam w końcu. – Jak to „postanowił”?

– To decyzja księdza prowadzącego kolędę… – zawiesiła głos.

– Jak to decyzja? – powtórzyłam ostrzej. – To teraz ksiądz wybiera, do kogo łaskawie zajrzy?

– Ja tylko przekazuję informacje – odparła urażona. – Może warto porozmawiać z księdzem osobiście. Proszę przyjść po mszy porannej. Zawsze ma wtedy dyżur w kancelarii.

– Przyjdę – powiedziałam zimno. – I liczę na jakieś wyjaśnienie. Bo czuję się... jakby ktoś mnie celowo ominął.

– Proszę zrozumieć, ksiądz... też człowiek – rzuciła nagle, już nieco ciszej. – Czasem może się pomylić.

Rozłączyłam się i wpatrywałam się w ekran telefonu. Co to w ogóle miało znaczyć? Czułam, jak narasta we mnie wściekłość, ale pod spodem już zaczęło się sączyć coś gorszego – wstyd.

Zamrugałam ze zdziwienia

Na drugi dzień rano stałam pod kancelarią parafialną. Czekałam, aż ksiądz skończy rozmawiać z jakąś starszą panią. Wychodząc, rzuciła mi ukradkowe spojrzenie, jakby coś wiedziała. Kiedy weszłam, ksiądz spojrzał na mnie znad okularów.

– Słucham – powiedział tonem uprzejmym, ale chłodnym.

– Chciałam zapytać… Dlaczego w tym roku nikt nie przyszedł do mnie z kolędą? – zapytałam wprost, nie bawiąc się w ceregiele.

– A nazwisko? – zapytał, mimo że chyba doskonale mnie znał.

Podałam.

– Tak… Po pewnej konsultacji zdecydowałem, że... nie odwiedzę pani domu – powiedział, jakby mówił o zamówieniu pizzy, które nagle mu się odwidziało.

– „Po konsultacji”? Z kim? Ze świętym Piotrem?! – parsknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zawahał się.

– Pani Hanno, sytuacja jest delikatna.

Zamrugałam.

Co proszę?!

– Sąsiedzi... No cóż. Ktoś poinformował nas, że pani sposób bycia może nie być zgodny z wartościami, które reprezentuje Kościół.

– I na podstawie plotek ksiądz mnie skreślił z listy?! – głos mi zadrżał.

– Proszę się nie unosić. To nie wyrok. Po prostu... uznaliśmy, że może nie jest pani gotowa na wizytę duszpasterską.

– Czyli jak? Mam żyć według wytycznych sąsiadki z dołu?!

Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko blado, jakbym była upartym dzieckiem. Wyszłam, trzaskając drzwiami.

Nie wytrzymałam

Przez resztę dnia chodziłam po mieszkaniu jak tykająca bomba. Co chwilę zerkałam przez okno, jakby miało mi to jakoś pomóc. Nic nie pomagało. I jeszcze ta sąsiadka… W końcu nie wytrzymałam. Zeszłam piętro niżej i zapukałam. Otworzyła mi natychmiast.

– Dzień dobry – rzuciłam chłodno. – Masz może chwilkę?

– Oczywiście – odparła z tym swoim słodkim tonem. – Proszę, wejdź.

– Nie, wolę tu. Szybko pójdzie. Mam pytanie: rozmawiałaś ostatnio z księdzem? O mnie?

– O to chodzi… – powiedziała z udawanym zaskoczeniem. – Przecież to była tylko drobna sugestia. W dobrej wierze.

– Dobra wiara? Dlaczego? Co ci się nie podoba?

– No wiesz… trochę głośno u ciebie bywało… A raz widziałam, jak wróciłaś z jakimś panem późnym wieczorem.

– Boże drogi, czyli w twojej głowie to już niemoralne prowadzenie się?

– Nie powiedziałam tego. Po prostu… ludzie mówią. Ja tylko przekazałam, co słyszałam. Żeby ksiądz wiedział.

– Czyli plotki, tak? Przekazałaś księdzu plotki. Świetnie. I teraz zostałam publicznie wyklęta, dzięki twojej „życzliwości”.

– Nie wyklęta, nie przesadzaj. Po prostu... może to dla ciebie sygnał, że warto coś przemyśleć?

– Przemyślałam – syknęłam. – Że warto zmienić parafię. Albo zamieszkanie.

Odwróciłam się i odeszłam, zostawiając ją z miną, której nie zapomnę do końca życia.

Poczułam ulgę

Po tej rozmowie z sąsiadką nie spałam pół nocy. Przewracałam się w łóżku, analizując każde słowo. Najgorsze było to, że zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę mogłam zrobić coś, co dało ludziom pretekst do tego, żeby mnie oceniać. Nazajutrz wzięłam wolne. Poszłam na długi spacer po mieście, snując się bez celu, aż w końcu zawędrowałam pod kościół i weszłam do środka. Chciałam... nie wiem, może się uspokoić. Może porozmawiać z kimś, kto nie będzie mi prawił morałów. Kościół był prawie pusty. W bocznej nawie siedział młodszy ksiądz, ten nowy, którego widywałam tylko z daleka. Pisał coś w notesie. Zanim zdążyłam się wycofać, podniósł wzrok.

– Dzień dobry. Proszę usiąść, jeśli pani chce. Wygląda pani, jakby nie miała najlepszego dnia.

– Bo nie mam – przyznałam z gorzkim uśmiechem.

Usiadłam obok i przez chwilę milczeliśmy.

– To prawda, że... ksiądz proboszcz zdecydował się do mnie nie przychodzić? – spytałam cicho.

Skinął głową.

– Rozmawialiśmy o tym. Nie wszyscy się z tym zgadzamy, proszę mi wierzyć.

– A ksiądz? Co ksiądz myśli?

Popatrzył na mnie uważnie.

– Myślę, że nikt nie powinien być oceniany na podstawie szeptów zza ściany. I że Kościół nie powinien się zamykać – powiedział spokojnie.

Spojrzałam na niego, pierwszy raz od dwóch dni czując coś na kształt ulgi.

Odzyskałam spokój

Minęły dwa tygodnie. Ksiądz, z którym wtedy rozmawiałam, rzeczywiście okazał się inny niż reszta. Zaproponował, że jeśli tylko chcę, może przyjść do mnie z kolędą – niezależnie od decyzji proboszcza.

Nie musi być oficjalnie – uśmiechnął się. – Po prostu przyjdę z modlitwą, z rozmową.

Zgodziłam się. Bo chciałam. Chciałam odzyskać spokój i choć odrobinę wiary w ludzi. Przyszedł w piątek wieczorem z małą buteleczką wody święconej i Pismem Świętym. Zaproponowałam herbatę. Rozmawialiśmy ponad godzinę. Ani razu nie padło pytanie, czy żyję „zgodnie z nauką Kościoła”. Nie było ocen, nie było wytknięć.

– Pani dom… ma w sobie coś ciepłego. Prawdziwego – powiedział przy pożegnaniu.

– I mimo to uznali, że nie jestem godna kolędy – uśmiechnęłam się krzywo.

– Wie pani… czasem Kościół jako instytucja potrafi rozczarować. Jednak wiara to coś więcej. I niech pani nie pozwala nikomu wmówić, że nie zasługuje na łaskę Pana.

Te słowa zostały mi w głowie na długo. Niedługo potem zapisałam się do innej parafii. Nie z buntu. Z potrzeby. Zmieniłam też zamek w drzwiach – symbolicznie. Bo jeśli ktoś zza ściany czuje się powołany, by zaglądać mi do sumienia, niech przynajmniej nie czuje się zaproszony. I nie, nie zapadłam się pod ziemię. Podniosłam głowę. Bo nie ja powinnam się wstydzić.

Hanna, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama