„Musiałam szybko wyjść za mąż bez miłości. Z bankomatu już nie miałam co wyciągać, a pod sercem rosło mi nasionko”
„Tylko że wtedy zrozumiałam coś, co wcześniej wypierałam – on naprawdę chciał, żeby to się udało. A ja coraz bardziej się bałam, że nie potrafię już się zakochać. Że zostałam tu nie z rozsądku, a ze strachu. Że przyzwyczajenie i potrzeba stabilności powoli przyklejały mnie do tego życia”.

Nie tego się spodziewałam po swoich dwudziestych piątych urodzinach. Gdy inne moje koleżanki planowały śluby z miłości albo marzyły o podróżach po świecie, ja siedziałam w wynajmowanej kawalerce, licząc ostatnie dwadzieścia siedem złotych, które jeszcze mogłam wypłacić z bankomatu. Na domiar wszystkiego test ciążowy nie pozostawił złudzeń – dwie kreski. Ojciec dziecka nie odbierał telefonu, a rodzina... nie chciałam nawet myśleć, co by powiedzieli. Musiałam działać szybko. Musiałam podjąć decyzję, która w teorii miała mnie uratować. W praktyce – nie miałam pojęcia, czy mnie nie pogrąży. To była desperacja.
Ostatnie 27 złotych
Wcisnęłam kartę do bankomatu z nadzieją, że system się pomyli, że może gdzieś jeszcze zaksięguje się jakiś przelew. Nic z tego. Ekran zamrugał i pokazał kwotę: 27,43 zł. Nie miałam już siły nawet się wściekać. Wyjęłam banknot dwudziestozłotowy, który wysunął się z maszyny jakby z litości. Przeszłam kilka kroków i usiadłam na zimnej ławce. W brzuchu ściskało mnie z głodu, a jednocześnie z nerwów – ciężko było rozróżnić, co boli bardziej.
Nie mogłam wrócić do rodziców. Od dawna mówiłam, że sobie radzę, że nie potrzebuję pomocy. Ojciec uważał, że kobieta powinna mieć męża i dom, a nie jakieś „widzi mi się” o studiowaniu grafiki. Matka od lat siedziała cicho, jakby się bała mieć własne zdanie. Nie chciałam być jak ona.
Zerknęłam na ekran telefonu. Ostatnia wiadomość od Roberta brzmiała: „Nie pisz już. Nie będę ojcem”. Miałam ochotę rzucić telefonem o chodnik, ale przecież nie miałam za co kupić nowego.
– Muszę coś wymyślić – powiedziałam cicho do siebie. – Muszę znaleźć wyjście.
Spojrzałam na pierścionek, który nosiłam jeszcze z liceum, taki sztuczny, błyszczący badziew z lumpeksu. I wtedy pomyślałam o Michale. Zawsze miał do mnie słabość. Może dalej miał.
Propozycja bez pierścionka
Michała znałam od lat. Był takim chłopakiem, który zawsze robił za tego drugiego – dobry, pomocny, trochę za cichy. Spotykaliśmy się kiedyś przez kilka miesięcy, ale nic z tego nie wyszło. Dla mnie był wtedy zbyt przewidywalny. Teraz? Może przewidywalność była tym, czego właśnie potrzebowałam.
Napisałam do niego: „Możemy się spotkać? Ważne”. Odpisał po minucie, jakby tylko czekał na wiadomość ode mnie. Spotkaliśmy się w tej samej kawiarni co zawsze, przy oknie z widokiem na tramwaje. Przyszedł z lekkim uśmiechem, z tą samą kurtką, którą nosił od studiów.
– Co się dzieje? – zapytał, zanim jeszcze zdążyłam zdjąć szalik.
Wzięłam głęboki oddech. Nie było sensu owijać w bawełnę.
– Jestem w ciąży. I nie mam się do kogo zwrócić.
Zmarszczył brwi, jakby właśnie liczył w głowie możliwe rozwiązania.
– To jego? Ten… Robert?
Skinęłam głową. Michał westchnął.
– Co mogę zrobić?
Spojrzałam mu w oczy. Wiedziałam, że to nieuczciwe. Ale nie miałam już czasu na idealne rozwiązania.
– Potrzebuję męża. I nazwiska. I kogoś, kto pomoże mi przejść przez to wszystko.
Przez chwilę nic nie mówił. Potem tylko skinął głową.
– W takim razie… zrobię, co trzeba.
Nie było pierścionka. Nie było romantyzmu. Tylko zgoda na układ.
Ślub w sukience z przeceny
Nie było wesela. Nie było świadków poza jego kuzynką i moją koleżanką z uczelni, która przyszła tylko dlatego, że obiecałam jej zwrócić za taksówkę. Sukienkę kupiłam w outlecie – przecena 70%. Biała, prosta, jak na komunię. Gdy ją mierzyłam, ekspedientka zapytała, czy to na ślub cywilny. Skłamałam, że na imprezę z przebierańcami. Prawda byłaby zbyt żałosna.
W urzędzie panował chłód, nawet urzędniczka zdawała się znudzona naszą przysięgą. Michał miał zbyt duży garnitur, który pożyczył od ojca. Ja nie miałam nic niebieskiego, nic pożyczonego. Po ceremonii wyszliśmy na zewnątrz i stanęliśmy na chodniku jak para obcych ludzi, których przypadkiem sfotografował jakiś turysta.
– Chcesz gdzieś iść? – zapytał cicho.
– Nie mam ochoty. Chodźmy do domu.
Do jego mieszkania. Teraz już naszego. Kawalerka, z meblościanką z lat dziewięćdziesiątych i kuchenką, która potrzebowała trzech prób, żeby zaskoczyć ogień. Położyłam sukienkę na krześle i usiadłam na łóżku.
– Nie musimy udawać, wiesz? – powiedział, siadając obok. – Możemy po prostu jakoś przez to przejść.
– Tego właśnie chcę – odpowiedziałam, choć nawet nie byłam pewna, czego tak naprawdę chcę.
Tego wieczoru nie było toastów, nie było „sto lat”, nie było nawet wspólnego zdjęcia. Byliśmy tylko my – dwoje ludzi, którzy zawarli układ. Jak wspólnicy w biznesie. A między nami milczenie.
Mieszkanie z widokiem na nic
Nasze dni mijały cicho. Wstawałam pierwsza i przygotowywałam herbatę – nie kawę, bo od zapachu mdliło mnie jeszcze bardziej niż od smażonej cebuli. Michał wychodził do pracy w swoim biurze rachunkowym, a ja zostawałam sama. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na tramwaje, które co pół godziny turkotały pod blokiem. Widok na nic – stara apteka, kiosk z zamkniętymi okiennicami i betonowe podwórko z trzepakiem, na którym już nikt nie trzepał dywanów.
Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Wieczorami kładł się obok mnie na łóżku i czytał książkę. Czasem pytał, jak się czuję, ale raczej z grzeczności niż z potrzeby. Ja z kolei próbowałam nie płakać. Choć czasem nie dawałam rady i szłam do łazienki, żeby puścić wodę, gdy łzy leciały ciurkiem.
Raz złapał mnie, jak wychodziłam z zapuchniętymi oczami.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Nic. Hormony – skłamałam.
Nie dopytywał. Usiadł tylko obok i podał mi kubek z miętą. I choć chciałam poczuć ulgę, poczułam się jeszcze bardziej samotna. Bo to nie była miłość. To była cisza, obowiązek, układ. A brzuch rósł. Już nie dało się go ukryć pod swetrem. Czasami kładłam na nim dłoń i mówiłam cicho:
– Wiem, że zasługujesz na więcej. Ja chyba też.
Ale nie miałam odwagi nic zmieniać.
Zaczęłam się bać
Pewnego dnia Michał wrócił z pracy wcześniej. Przyniósł jogurty, chleb i kwiaty w zgniecionym papierze. Patrzyłam, jak ustawia wszystko na blacie, a potem odwraca się do mnie z niepewnym uśmiechem.
– Pomyślałem, że może… że potrzebujemy trochę koloru.
– Dziękuję – odpowiedziałam mechanicznie, choć kwiaty były ładne.
Tylko że wtedy zrozumiałam coś, co wcześniej wypierałam – on naprawdę chciał, żeby to się udało. A ja coraz bardziej się bałam, że nie potrafię już się zakochać. Że zostałam tu nie z rozsądku, a ze strachu. Że przyzwyczajenie i potrzeba stabilności powoli przyklejały mnie do tego życia, którego przecież wcale nie chciałam.
W nocy długo nie spałam. Michał oddychał spokojnie, a ja leżałam na boku i wpatrywałam się w ciemność. Myślałam o tym, jak bardzo boję się, że to już na zawsze. Te śniadania w milczeniu, spacer do apteki, rozmowy o rachunkach, święta u jego rodziny, w których nie znałam żadnej cioci po imieniu.
A przecież to nie była przemoc. On był dobry, cierpliwy. To ja byłam oszustką. I choć codziennie wmawiałam sobie, że zrobiłam to dla dziecka, w głębi duszy wiedziałam, że to był akt desperacji. Ucieczka przed samotnością. Przed wstydem. Przed prawdą. I właśnie ta świadomość bolała mnie najbardziej.
Nie taki koniec, jakiego chciałam
Poród był szybki i trudny. Michał był cały czas przy mnie. Trzymał mnie za rękę, mówił, że dam radę, że wszystko będzie dobrze. A kiedy usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszego syna, coś w nim pękło – rozpłakał się, jak dziecko. Pomyślałam wtedy, że może jednak uda nam się stworzyć coś prawdziwego. Chociaż kawałek szczęścia.
Przez pierwsze tygodnie byliśmy jak drużyna. Wspólne wstawanie w nocy, przewijanie, karmienie, drzemki w środku dnia. Michał naprawdę się starał. Kupował pieluchy, gotował zupki, czytał poradniki. Nikt nigdy wcześniej nie był przy mnie tak blisko. A mimo to ja czułam, że stoję obok własnego życia. Jakby ktoś inny przeżywał to wszystko za mnie.
Któregoś dnia powiedział cicho:
– Kocham cię, wiesz?
Nie odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się tylko lekko i spojrzałam na nasze dziecko, które spało spokojnie obok.
Nie taki koniec sobie wyobrażałam. Myślałam, że kiedyś spotkam kogoś, przy kim wszystko będzie oczywiste, naturalne. Że serce mi zabije szybciej, że poczuję ten błysk, jak w filmach. Zamiast tego miałam męża, którego szanowałam, ale nie kochałam. Dziecko, które było moją największą miłością. I życie, które ułożyłam z rozsądku. Może to wystarczy. A może kiedyś powiem mu prawdę. Albo sobie.
Izabela, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaprosiłem na sylwestra piękność z aplikacji randkowej. Czekałem na buziaka o północy, a dostałem tylko gorzką prawdę”
- „Wybrałem się na sylwestrowy rejs z obecną i byłą dziewczyną. Nowy Rok miałem zacząć z tą, która bardziej się postara”
- „Syn po rozwodzie jest na moim garnuszku. Nie mam siły patrzeć, jak z zaradnego mężczyzny zrobiły się ciepłe kluchy”

