„Może i jestem stara, ale moje serce jeszcze nie przeszło na emeryturę. Wolę uganiać się za facetami niż szydełkować”
„Moja córka twierdzi, że powinnam zająć się szydełkowaniem, bawieniem prawnuków i oglądaniem powtórek seriali, a ja? Ja mam ochotę na życie, na dreszczyk emocji i na to, by ktoś jeszcze raz spojrzał na mnie z prawdziwym podziwem. Nie jestem gotowa na bycie niewidzialną”.

- Redakcja
Kiedy patrzę w lustro, widzę siateczkę zmarszczek i skórę, która straciła dawną jędrność, ale kiedy patrzę na przystojnego mężczyznę w parku, czuję motyle w brzuchu identyczne jak te, które nie dawały mi spać w liceum. Moja córka twierdzi, że powinnam zająć się szydełkowaniem, bawieniem prawnuków i oglądaniem powtórek seriali, a ja? Ja mam ochotę na życie, na dreszczyk emocji i na to, by ktoś jeszcze raz spojrzał na mnie z prawdziwym podziwem. Nie jestem gotowa na bycie niewidzialną. Zwłaszcza od kiedy w mojej okolicy pojawił się on – siwowłosy dżentelmen, przez którego moje serce bije szybciej, a dłonie same rwą się do tego, by poprawić mu kołnierzyk płaszcza.
Moja jesień życia dopiero nabiera barw
Każdego ranka odprawiam ten sam rytuał. Wstaję, parzę mocną kawę w mojej ulubionej porcelanowej filiżance w róże i staję przed toaletką – moim małym królestwem. Z głośników starego radia płynie cicha muzyka, zazwyczaj przeboje z lat siedemdziesiątych, przypominające czasy, gdy świat leżał u moich stóp. Nakładam krem, starannie wklepuję go w policzki, szyję i dekolt, a potem czas na makijaż. Nie jakiś delikatny, „stosowny do wieku”, jak sugerują poradniki dla seniorek. O nie. Ja lubię wyrazistość. Czerwona szminka to mój znak rozpoznawczy. Kiedy pociągam nią usta, czuję, jak wstępuje we mnie nowa energia.
Moja córka, Agnieszka, kompletnie tego nie rozumie. Dla niej bycie wdową po sześćdziesiątce oznaczało automatyczne przejście w stan spoczynku. Kiedy trzy lata temu pochowałam mojego męża, Mietka, byłam zdruzgotana. Kochałam go, spędziliśmy razem czterdzieści dobrych lat. Ale żałoba minęła, a ja zostałam sama w dużym mieszkaniu, z ciszą dzwoniącą w uszach. Przez pierwszy rok siedziałam w fotelu, gapiąc się w ścianę, aż pewnego wtorku coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że Mietek by tego nie chciał. On zawsze powtarzał, że mam w sobie ogień.
– Mamo, znowu ta jaskrawa apaszka? – głos Agnieszki wyrwał mnie z zamyślenia, gdy wpadła do mnie w odwiedziny w zeszłym tygodniu. – Przecież idziesz tylko do warzywniaka. Ludzie będą gadać.
– Niech gadają, kochanie – odpowiedziałam, poprawiając jedwabny materiał. – Przynajmniej mają temat, zamiast narzekać na pogodę A poza tym, nigdy nie wiesz, kogo spotkasz między kapustą a marchewką.
Agnieszka westchnęła ciężko, stawiając na stole siatkę z zakupami, o które wcale nie prosiłam. Traktowała mnie jak duże dziecko, albo gorzej – jak kruchą porcelanę. Nie widziała we mnie kobiety, lecz „babcię”, instytucję powołaną do karmienia gołębi i narzekania na pogodę. A ja czułam, że moja jesień życia dopiero nabiera barw. I to takich, od których kręci się w głowie.
Nie zamierzałam popełnić tego błędu
Wszystko zmieniło się dokładnie miesiąc temu. W naszym osiedlowym parku, tym z piękną aleją kasztanowców, zauważyłam nową twarz. Siedział na ławce numer cztery, niedaleko nieczynnej fontanny. Był wysoki, co widać było nawet w tej pozycji. Miał na sobie beżowy prochowiec, idealnie wyprasowane spodnie w kant i lśniące w słońcu brązowe półbuty. Ale to jego włosy przykuły moją uwagę – gęste, srebrzyste, zaczesane do tyłu z nienaganną elegancją.
Przeszłam obok, udając zainteresowanie gołębiem dziobiącym okruszek. Kątem oka zauważyłam, że czyta papierową książkę. To był duży plus – mężczyzna z książką w parku to dziś widok rzadki jak jednorożec. Serce zastukało mi mocniej. Pamiętam, jak pomyślałam: „Halina, uspokój się, to pewnie jakiś profesor na emeryturze, nawet na ciebie nie spojrzy”. Ale kiedy wracałam tą samą alejką, on podniósł wzrok. Miał oczy w kolorze wyblakłego błękitu, pełne bystrego, żywego blasku. Uśmiechnął się delikatnie i skinął głową.
Prawie potknęłam się o własne nogi. Odpowiedziałam skinieniem, czując, jak policzki mi płoną mimo warstwy pudru. Wróciłam do domu jak na skrzydłach. Od tamtego dnia mój spacer do parku stał się misją. Musiałam dowiedzieć się, kim on jest. Zaczęłam dbać o siebie jeszcze bardziej. Wyciągnęłam z dna szafy płaszcz w kolorze fuksji, którego nigdy nie miałam odwagi założyć. Teraz wydawał się idealny. Moja przyjaciółka Basia, będąca moim całkowitym przeciwieństwem, pukała się w czoło.
– Halinka, tobie naprawdę odbiło – mówiła, siorbiąc herbatę w mojej kuchni. – Chłopa ci się zachciewa na stare lata? Po co ci to? Pranie, gotowanie, słuchanie narzekań.
– Basiu, tu nie chodzi o pranie skarpet – tłumaczyłam jej cierpliwie. – Tu chodzi o emocje! O to, żeby ktoś cię wziął pod rękę na spacerze. O rozmowę. O ten dreszcz, kiedy czekasz na spotkanie. Jestem jara, rozumiesz? Mam w sobie energię, która musi znaleźć ujście. A ten pan... On wygląda na kogoś, kto potrafi docenić kobietę z klasą.
Basia tylko kręciła głową, ale widziałam w jej oczach błysk zazdrości. Ona już dawno zrezygnowała z bycia kobietą, ja nie zamierzałam popełnić tego błędu.
To dało mi nadzieję
Przez kolejne dni prowadziłam regularną obserwację. Wiedziałam już, że przychodzi do parku we wtorki i czwartki, zawsze około jedenastej, zawsze z książką, czasem z małym termosem. Nigdy z nikim nie rozmawiał, choć widziałam, jak wścibska pani Jadwiga próbowała go zagadywać pod pretekstem, że jej jamnik podbiegał do niego do ławki. Dżentelmen tylko uprzejmie się uśmiechał i wracał do lektury, a Jadwiga odchodziła z kwitkiem. To dało mi nadzieję. Nie szukał byle kogo.
Od dawna chciałam do niego podejść. Wyobrażałam sobie, jak strzepuję niewidzialny pyłek z jego ramienia, jak poprawiam mu szalik. Zawsze miałam słabość do zadbanych mężczyzn, a ten nieznajomy przypominał mi najlepsze lata mojego życia, jednocześnie obiecując coś nowego. Problem w tym, że nie wiedziałam, jak zagaić, by nie wyjść na zdesperowaną. Okazja nadarzyła się niespodziewanie w lokalnej bibliotece. Okazało się, że nasz parkowy czytelnik książki wypożycza. Stałam między regałami z literaturą obyczajową, gdy go zobaczyłam przy dziale historycznym. Przeglądał jakiś gruby tom. Bez płaszcza, w eleganckiej grafitowej marynarce, wyglądał jeszcze lepiej. Wiedziałam, że jeśli teraz stchórzę, będę żałować do końca życia. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w jego stronę.
– Przepraszam najmocniej – odezwałam się, starając się, by mój głos brzmiał aksamitnie. – Widzę, że interesuje się pan historią. Może mógłby pan coś polecić?
Mężczyzna drgnął lekko i odwrócił się. Jego błękitne oczy rozszerzyły się, gdy na mnie spojrzał. Uśmiechnął się szerzej niż w parku.
– Ależ oczywiście – odpowiedział głębokim, radiowym głosem, od którego ciarki przeszły mi po plecach. – Jestem Witold. I z przyjemnością doradzę tak eleganckiej damie.
Czy nie miałam prawa do odrobiny szczęścia?
Witold. Imię pasowało do niego idealnie. Rozmawialiśmy w bibliotece przez dwadzieścia minut – o książkach, o zmianach w mieście i o tym, że dzisiejsza młodzież nie docenia papieru. Okazało się, że jest emerytowanym architektem i wdowcem od pięciu lat. Kiedy zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, czułam się, jakbym wygrała na loterii. Szliśmy wolnym krokiem. Przy nim znów śmiałam się perliście. Czułam, że żyję.
– Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze, pani Halino. Może w parku? Bez książek, za to z rozmową? – zapytał, patrząc mi prosto w oczy. – Bardzo chętnie, panie Witoldzie – odpowiedziałam, czując rumieniec na twarzy.
Weszłam do mieszkania, opierając się plecami o drzwi. Czułam się wspaniale. Wtedy zadzwonił telefon. Agnieszka.
– Mamo, dzwoniła do mnie ciocia Basia. Podobno widziała cię z jakimś obcym facetem pod klatką. Co ty wyprawiasz? Wpuszczasz obcych do domu? A jak to jakiś oszust? Słyszałaś o metodzie na wnuczka, na policjanta, teraz pewnie jest metoda na amanta!
Moja euforia prysła. Córka potrafiła zepsuć każdą chwilę.
– Agnieszko, uspokój się – powiedziałam stanowczo. – To pan Witold, kulturalny człowiek, architekt. I nie wpuściłam go do domu, tylko mnie odprowadził pod blok. – Architekt! Akurat. Mamo, masz prawie siedemdziesiąt lat. Bądź poważna. Przyjadę jutro, musimy porozmawiać.
Rozłączyłam się zła. Czy nie miałam prawa do odrobiny szczęścia? Czy bycie starszą osobą oznacza obowiązek bycia podejrzliwą i samotną? Nie zamierzałam się poddać. I żadne gadanie córki nie mogło tego zmienić.
Co ludzie powiedzą
Następnego dnia Agnieszka przyjechała z mężem, jakby szykowała się na interwencję. Usiedli w salonie z nietęgimi minami.
– Mamo, martwimy się o ciebie – zaczęła. – Takie zachowania... to szukanie przygód... to niebezpieczne. Ludzie w twoim wieku są łatwowierni.
– Ludzie w moim wieku? – prychnęłam, stawiając przed nimi ciasto, które upiekłam rano, po cichu licząc, że może Witold wpadnie. –
Agnieszko, ja nie straciłam rozumu. Mam prawo rozmawiać z ludźmi. Mam prawo się uśmiechać. Mam prawo czuć się atrakcyjna!
Zapadła cisza. Zięć nerwowo mieszał herbatę. Agnieszka patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Rzadko podnosiłam głos. Zawsze byłam tą łagodną Halinką.
– Ale mamo... Co ludzie powiedzą? Że wdowa gania za facetami?
– Nie ganiam. Spaceruję. I wiesz co? Mam gdzieś, co ludzie powiedzą. Przez całe życie przejmowałam się opinią innych. Teraz, na finiszu, chcę pożyć dla siebie. Jeśli Witold okaże się oszustem, to trudno, moja strata. Ale jeśli okaże się wspaniałym towarzyszem na jesień życia, to nie darowałabym sobie, gdybym nie spróbowała.
Agnieszka milczała długo. W końcu wstała i zamiast krzyczeć, przytuliła mnie.
– Po prostu się boję, że ktoś cię skrzywdzi, mamo. Że zostaniesz zraniona.
– Wiem, kochanie – pogłaskałam ją po plecach. – Ale samotność rani bardziej niż cokolwiek innego. Zaufaj mi.
To był przełom. Może nie zrozumiała mnie w pełni, ale przestała narzucać mi swoje zdanie. Miałam wolną drogę do parku.
Spotkanie, które wszystko wyjaśniło
Wtorek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Ubrałam ulubioną sukienkę w kwiaty, perły i czerwoną szminkę. Witold czekał na ławce numer cztery. Kiedy mnie zobaczył, wstał i uśmiechnął się tak promiennie, że kolana mi zmiękły. Zamiast książki, trzymał mały bukiet fiołków.
– Dla najpiękniejszej ozdoby tego parku – powiedział, wręczając mi kwiaty.
Usiedliśmy, a rozmowa płynęła sama. Opowiedział mi o żonie, o tym, jak bardzo jej mu brakuje, i o zbyt cichym domu. Mówił o pasji do szachów i o tym, że uwielbia tańczyć, ale nie ma z kim.
– Tańczyć? – ożywiłam się. – Panie Witoldzie, ja uwielbiam tańczyć! Mój Mietek miał dwie lewe nogi, więc rzadko chodziliśmy na potańcówki, ale zawsze o tym marzyłam.
– W takim razie, droga Halino, musimy to nadrobić. W klubie seniora w każdy piątek są wieczorki taneczne. Czy uczynisz mi ten zaszczyt?
– Z największą przyjemnością – szepnęłam.
Siedzieliśmy tak, trzymając się za ręce jak nastolatkowie. Przechodnie zerkali na nas – niektórzy z sympatią, inni ze zdziwieniem, a pani Jadwiga z parteru o mało nie upuściła siatki z zakupami. Ale ja widziałam tylko jego błękitne oczy. Wiedziałam, że to nie jest miłość mojego życia – ta już odeszła. Ale to była radość mojego życia. Iskra, której tak bardzo potrzebowałam.
Najważniejsze, że nie jestem sama
Od tamtego dnia minęły trzy miesiące. Witold i ja jesteśmy nierozłączni. Chodzimy na spacery, do kina, a w piątki królujemy na parkiecie w klubie seniora. Okazało się, że on tańczy jak marzenie. Moje koleżanki, w tym sceptyczna Basia, patrzą na mnie z podziwem i odrobiną zazdrości. Basia nawet zaczęła się malować i zapisała się do biblioteki, licząc, że i na nią czeka jakiś dżentelmen między regałami. Agnieszka też się uspokoiła. Kiedy zobaczyła nas razem, jak śmiejemy się przy herbacie, zrozumiała, że Witold to porządny człowiek. Nawet zaprosiła go na obiad.
Oczywiście, nie jest idealnie. Mamy swoje przyzwyczajenia, dolegliwości i humory. Czasem spieramy się o bałagan albo o program w telewizji. Ale to są drobiazgi. Najważniejsze, że nie jestem sama. Że mam do kogo otworzyć usta i dla kogo się stroić. Czasem korci mnie, żeby poprawić mu krawat, czasem, żeby strzepnąć okruch z jego swetra, a czasem po prostu, żeby upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jestem stara, to fakt. Mam swoje lata, zmarszczki i bagaż doświadczeń. Ale w środku? W środku wciąż płonie ten sam ogień, co czterdzieści lat temu. Jestem jara i nie zamierzam nikogo za to przepraszać. Bo życie nie kończy się na emeryturze – ono po prostu zmienia smak na bardziej wytrawny i trzeba się nim delektować do ostatniej chwili, najlepiej w dobrym towarzystwie.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sanatorium znów uwierzyłam w miłość. Szkoda, że dla niego ważniejszy był mój pełny portfel niż uczucia”
- „Po rozwodzie zrozumiałam, jak bardzo byłam zależna od mojego eksmęża. W wieku 55 lat muszę się nauczyć życia na nowo”
- „Zakochałam się podczas pobytu w sanatorium. 1 telefon od córki sprawił, że zaczęłam się wstydzić tego uczucia”

