„Mojemu partnerowi znudziłam się jak znoszona koszulka. Walentynki to dla mnie żałoba po naszej miłości”
„Dzień ciągnął się, jakby ktoś rozlał go cienką warstwą po całym mieszkaniu. Zbyt jasne światło wpadało przez okno, a ja nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Telefon leżał obok mnie na stole, ekranem do góry, jakby chciał mi coś udowodnić. Co jakiś czas zerkałam na niego odruchowo, choć dobrze wiedziałam, że nic się nie pojawiło”.

Walentynkowy poranek zaczął się u mnie nim zadzwonił budzik. Leżałam jeszcze chwilę, wpatrując się w sufit i udając spokój, choć serce pracowało szybciej niż zwykle. Zapytałam Pawła o plany mimochodem, jakby to była drobnostka. Odpowiedział krótko, że „zobaczymy”. Uśmiechnęłam się i wmówiłam sobie, że to nic nie znaczy. Mógł w końcu planować jakąś niespodziankę i nie chcieć mówić wprost. Przecież nie chciałam wyjść na zbyt wymagającą.
Odpowiedź przyszła szybko
Dzień ciągnął się, jakby ktoś rozlał go cienką warstwą po całym mieszkaniu. Zbyt jasne światło wpadało przez okno, a ja nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Telefon leżał obok mnie na stole, ekranem do góry, jakby chciał mi coś udowodnić. Co jakiś czas zerkałam na niego odruchowo, choć dobrze wiedziałam, że nic się nie pojawiło.
Rano wysłałam Pawłowi krótką wiadomość: „Miłego dnia”.
Odpisał po godzinie: „Dzięki. Wzajemnie”.
Patrzyłam na te dwa słowa dłużej, niż powinnam. Szukałam w nich czegoś więcej, jakiegoś ukrytego znaczenia, znaku, że pamięta. W końcu odłożyłam telefon i próbowałam zająć się czymkolwiek: sprzątanie, kawa, jeszcze jedna kawa. Zegarek na ścianie tykał głośniej niż zwykle. W południe napisałam znowu, ostrożnie, jakby to była gra, w której nie mogłam odsłonić wszystkich kart.
„Jak tam u ciebie?”.
Odpowiedź przyszła szybko: „Normalnie. Praca”.
Normalnie. To słowo zaczęło mnie uwierać. Przecież to miał być inny dzień. A może tylko ja tak myślałam? Poczułam wstyd, że w ogóle tego oczekuję. Że nadaję temu znaczenie, którego on najwyraźniej nie widział.
Im bliżej było wieczora, tym trudniej mi się oddychało. Przebierałam się kilka razy, choć nigdzie jeszcze nie wychodziłam. W lustrze widziałam kogoś, kto bardzo chce być spokojny i rozsądny, ale spod tego obrazu przebijał się niepokój. Pomyślałam, że może Paweł planuje coś w tajemnicy. Że cisza jest częścią niespodzianki. Ta myśl była jak plaster przyklejony na pęknięcie. Kiedy w końcu zadzwonił, odebrałam natychmiast.
— Hej — powiedział zwyczajnie. — Pojedziemy dziś do rodziców. Mama pytała, czy wpadniemy.
Zawahałam się.
— Dzisiaj?
— No tak. Przecież i tak nie mamy planów — rzucił lekko, jakby mówił o zakupach.
„Nie mamy” zabrzmiało jak „nie ma”. Skinęłam głową, choć wiedziałam, że nie może tego zobaczyć. Po zakończonej rozmowie usiadłam na brzegu łóżka i poczułam, że znowu czekam. Zawsze czekałam. Na wiadomość, na gest, na coś, co sprawi, że poczuję się ważna.
Usiadłam na skraju kanapy
Dom rodziców Pawła zawsze pachniał tak samo. Czystością i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać, a co sprawiało, że czułam się tam jak gość, nawet po tylu wizytach. Zdjęłam buty i od razu usłyszałam głos telewizora. Wiadomości. Zawsze wiadomości.
— Dobry wieczór — powiedziałam, starając się, by zabrzmiało to naturalnie.
Irena skinęła głową, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Dobry.
Roman siedział w fotelu, z rękami splecionymi na brzuchu. Uśmiechnął się lekko, ale nic nie powiedział. Paweł poszedł do kuchni, jakby dokładnie wiedział, gdzie powinien się udać. Ja zostałam na środku salonu, przez chwilę niepewna, czy powinnam usiąść, czy jeszcze stać.
Usiadłam na skraju kanapy. Telewizor grał głośno, rozmowa nie kleiła się wcale. Irena po chwili wstała, przyniosła herbatę, postawiła ją na stole przede mną bez słowa. Podziękowałam, ale odpowiedzią było tylko ciche westchnienie. Paweł wrócił i usiadł obok mnie, jednak między nami pozostała przestrzeń. Niby niewielka, ale wystarczająca, bym ją czuła całym ciałem.
— Zostaniemy chwilę — powiedział do rodziców.
„Chwilę” znaczyło tyle, ile zawsze. Bez pytania mnie o zdanie. Słuchałam rozmów o sprawach, które mnie nie dotyczyły. O rachunkach, o sąsiadach, o tym, co znowu się zmieniło w kraju. Nikt nie zapytał, jak minął mi dzień. Nikt nie zauważył, że to walentynki. Nawet ja przestałam to w końcu zauważać, jakby wypowiadanie tej nazwy było czymś niestosownym. Patrzyłam na Pawła, na to, jak swobodnie rozmawia z rodzicami, jak żartuje z ojcem, jak uważnie słucha matki.
Zrozumiałam wtedy, że tu wszystko ma swoje miejsce. Każdy gest, każde słowo. Ja byłam tylko dodatkiem. Kimś, kogo można przyprowadzić, ale nie trzeba się nad nim pochylać. Poczułam, że ten salon mówi więcej niż wszystkie nasze rozmowy. O nim. O mnie. O tym, jak niewiele znaczą moje oczekiwania w świecie, który już dawno ustalił swoje zasady.
Paweł nie zareagował
Siedziałam prosto, z dłońmi splecionymi na kolanach, jakbym była na spotkaniu, które wymaga ode mnie dobrego zachowania. Uśmiechałam się w odpowiednich momentach, kiwałam głową, kiedy wypadało. To było ciało nauczone przetrwania w ciszy. W środku wszystko miałam napięte, jakby ktoś pociągnął niewidzialne sznurki i zapomniał je poluzować. Paweł nachylił się po pilota, przypadkiem muskając moje ramię. Ten drobny kontakt sprawił, że przez ułamek sekundy poczułam ulgę. Zaraz potem cofnął rękę i skupił się na ekranie.
— Zimno tu trochę — rzuciłam cicho, bardziej do niego niż do wszystkich.
— Zaraz się przyzwyczaisz — odpowiedział, nie patrząc w moją stronę.
Przyzwyczaisz się. Do temperatury, do tonu, do braku reakcji. Do bycia obok. Złapałam się na tym, że liczę minuty. Nie dlatego, że chciałam już wyjść, ale dlatego, że chciałam wiedzieć, ile jeszcze dam radę siedzieć w tym stanie.
Irena spojrzała na mnie przelotnie.
— Herbaty jeszcze?
— Nie, dziękuję — odpowiedziałam szybko, jakbym nie chciała sprawiać kłopotu.
Paweł nawet nie zareagował. Rozmawiał z ojcem o czymś, co planowali na kolejny weekend. Słuchałam uważnie, bo nagle dotarło do mnie, że nie było w tym zdaniu miejsca na mnie. Ani pytania, ani zawahania. Jakby moja obecność była oczywista tylko do momentu, w którym nie trzeba było jej uwzględniać. Poczułam ścisk w gardle, ale przełknęłam go razem z powietrzem. Uśmiech nadal trzymał się mojej twarzy. Był jak maska, którą zakłada się z rozpędu. Zauważyłam, że Paweł poprawia rękaw koszuli, prostuje się, kiedy mówi do matki. Dba. Stara się. Dla mnie nie było takiego gestu.
Wtedy zrozumiałam coś, czego nie chciałam wiedzieć. To nie był brak romantyzmu ani niezręczny dzień. To była codzienność, którą tylko na chwilę zobaczyłam wyraźniej. Walentynki nie obnażyły problemu. One go po prostu podświetliły.
Zapadła krótka pauza
Kulminacja przyszła cicho. Bez podniesionych głosów, bez spojrzeń pełnych pretensji. Przyszła w chwili, która z pozoru nie miała żadnego znaczenia. Irena wstała, żeby zebrać kubki ze stołu. Roman ściszył telewizor. W tej nagłej ciszy Paweł sięgnął po telefon. Spojrzał na ekran, uśmiechnął się pod nosem i coś odpisał. Poczułam ukłucie, irracjonalne, ale silne.
— Ktoś z pracy? — zapytałam, starając się, żeby zabrzmiało to obojętnie.
— Tak — odpowiedział krótko. — Jutro trzeba będzie coś ogarnąć.
Skinęłam głową. Znowu to zrobiłam. Przyjęłam odpowiedź bez dalszych pytań, jakby ciekawość była czymś niestosownym. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje dłonie. Zauważyłam, że lekko drżą.
— Myślałam… — zaczęłam, po czym urwałam.
Paweł spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
— Co?
— Że może po drodze… no wiesz… — Zawahałam się. — Moglibyśmy gdzieś jeszcze zajrzeć.
Zapadła krótka pauza. Wystarczająco długa, żebym zdążyła pożałować, że w ogóle się odezwałam.
— Natalia, jest już późno — westchnął. — Po co komplikować? Zobaczymy innym razem.
Zobaczymy. To słowo uderzyło we mnie z całą mocą. Nagle zrozumiałam, że ono nie dotyczy tylko dzisiejszego wieczoru. Ono było odpowiedzią na wszystko, czego nigdy nie nazwałam wprost. Na pytania o wspólne plany, o zaangażowanie, o to, czy naprawdę jestem częścią jego życia. Rozejrzałam się po salonie. Po tej samej kanapie, tym samym stole. I dotarło do mnie, że Paweł nie zapomniał o walentynkach. On po prostu uznał, że nie wymagają żadnego wysiłku. Tak jak ja.
Nie poczułam złości. Poczułam coś gorszego. Spokój, który przychodzi wtedy, gdy coś w środku pęka i przestaje boleć w ten sam sposób. Już wiedziałam, gdzie jestem. I kim jestem. A właściwie – kim nie jestem.
Blisko, ale nie wystarczająco
Droga powrotna minęła w milczeniu. Paweł prowadził skupiony, jakby dzień był zupełnie zwyczajny, jakby nic się nie wydarzyło. Światła ulic odbijały się w szybie, tworząc krótkie błyski, które znikały szybciej, niż zdążyłam je nazwać. Siedziałam obok niego i miałam wrażenie, że fizycznie jestem blisko, ale emocjonalnie oddziela nas coś gęstego i niewidzialnego.
— Wszystko okej? — zapytał nagle, nie odrywając wzroku od drogi.
— Tak — odpowiedziałam automatycznie.
To było najłatwiejsze słowo. Najbezpieczniejsze. Nie wymagało tłumaczeń ani ryzyka, że powiem za dużo. Paweł skinął głową, jakby ta odpowiedź wystarczyła. Jakby naprawdę o to chodziło.
W mieszkaniu zdjęłam płaszcz i powiesiłam go na krześle. Zostałam na chwilę w przedpokoju, słuchając, jak Paweł krząta się w kuchni. Zwykłe dźwięki, zwykłe ruchy. Zwykły wieczór. Tylko ja czułam, że coś się przesunęło, że nie potrafię już wrócić do miejsca, w którym byłam rano.
Usiadłam na kanapie i pozwoliłam sobie na chwilę bez udawania. Bez uśmiechu, bez napięcia. Pomyślałam o wszystkich momentach, w których czekałam. Na lepszy czas, na gest, na słowa, które nigdy nie padły. Zrozumiałam, że walentynki nie były testem dla naszego związku. One były odpowiedzią. Paweł usiadł obok jak zwykle. Blisko, ale nie wystarczająco. Oparłam się wygodniej i poczułam, że nie mam już siły dopowiadać sobie sensów. Nie wiedziałam jeszcze, co zrobię. Wiedziałam tylko, że od tej chwili nie będę mogła powiedzieć, że nie widzę. Coś we mnie straciło złudzenia, a razem z nimi — cierpliwość do bycia na drugim planie. To nie był koniec, ale moment, w którym zaczęłam myśleć o sobie poważniej niż o nim.
Natalia, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki to dla mnie zwykła komercha. Zamiast kolacji przy świecach, wolę spędzić ten dzień pod kocem przy serialu”
- „Z okazji walentynek mąż pomógł mi w opiece nad dzieckiem. Nie wie, że to jego obowiązek, a nie dar od losu”
- „Pojechaliśmy na ferie ze znajomymi, żeby wyszło taniej. Żadne pieniądze nie były warte tego, przez co przeszliśmy”

